środa, 12 lipca 2017

192/365

Osiem godzin w biurze - sama z J. - a za oknem deszcz, wiatr i grzmoty. Miałam wrażenie, że usnę a jednak udało się jakoś przetrwać, sporo zrobić. W domu słuchałam "Simony"; jestem pełna podziwu dla takiego trybu życia, dla mnie niewyobrażalnym jest zmienić miejski dom z wygodami na puszczę, odludzie gdzie nawet sam diabeł rzadko zagląda aby powiedzieć "dobranoc". I to otoczenie zwierząt, ich wszędobylskość, wszechobecność. Wieczorem sporo przeczytanych stron "Willi Misteriów", jestem dopiero w połowie a już chciałabym poznać rozwiązanie zagadki.
I jeszcze do snu delikatnie rozpyliłam - a jakże! - Elixir des Merveilles. Cóż... wydał mi się zupełnie inny niż podczas ostatnich testów: czułam pomarańcze, karmel, bursztyn. Z ciężkiego, dusznego aromatu powoli uwalniały się lekkie, cierpkie nuty. Taka metamorfoza! A żeby było śmieszniej, żeby było mniej oczywiste - rano (czyli dziś) znów go użyłam. I czuję tylko duszące i męczące, gdzie ten urok, czar, intryga którą czułam wieczorem? Nie wiem... może on współgra akurat z chłodnymi wieczorami? No po prostu... eliksir cudów!;)

1 komentarz:

  1. Matko ! Z tego co piszesz, "Simona" to idealna książka dla mnie :))

    Może to był taki magiczny wieczór, skoro i mnie film wydał się bajkowy. A samego zapachu jestem bardzo ciekawa !

    OdpowiedzUsuń