poniedziałek, 31 lipca 2017

212.2017

31/07 - ostatni dzień lipca, upalny i duszny. Wróciłam do domu, wykąpałam się
           i zasnęłam. Zawsze mnie to dziwi, że tak dobrze sypiam w skwar.
         
           Wieczorny spacer z psem, nadal ciepło ale powietrze już przyjemne.
           Uśmiecham się nad niezmiennym wybuchem euforii Soni na słowo "spacer" :)
           Rozmawiałam z synem nr1. Jutro ma przyjechać !
         
           I rozłożyło mnie pozytywnie na łopatki to zdjęcie na fb :)
           a warte zapamiętania jest zdanie z Trójkowej Godziny wychowawczej:
           żeby wychodzić z założenia, że dziecko zachowało się najlepiej jak 
           potrafiło/mogło (w danym momencie).


211/365

Zatankowaliśmy i pojechaliśmy odwieźć mamę na działkę, za miasto. Wracaliśmy polnymi drogami, ze zdjętym dachem, z rock-radiem w głośnikach. W wyobraźni zawsze wygląda to lepiej. W praktyce od wiatru moje blond fale wyglądały jak pakuły, słońca grzało niemiłosiernie a siedzenie z czarnej skóry parzyły w plecy. W Puszczykowie zjedliśmy lody. Kolejny raz zaskoczyła mnie inwencja cukerników z "Piekarni Natura" - stworzyli lody o smaku rogali marcińskich i... naprawdę tak smakują!

Późne popołudnie spędziłam na leżance na tarasie, w cieniu. Uwielbiam takie rozleniwienie, kiedy powoli podchodzi zmrok, a wieczór nadal jest gorący ale już bez palącego udziału słońca...


210/365

Rano zakupy na Rynku Wildeckim. Nie ma wiśni! I już w tym roku nie będzie, a to oznacza, że nie będzie też czekowiśni!:( Za to kupiłam 5 kg ogórków i zrobiłam słoiki w zalewie curry. 
Po południu spotkanie z panem K. Tak, dzieje się. Przede mną trudny, długi tydzień. 

Wieczorem pojechaliśmy z mamą kupić nową pralkę dla niej. Poprzednia pamięta jeszcze moje panieńskie czasy... Później pojechaliśmy na lody a po powrocie do domu zaległam z audiobookiem; zżymam się strasznie na autorkę, niekoniecznie pasuje mi jej specyfika w nazywaniu każdorazowo bohaterów pełnym imieniem, nazwiskiem a czasem i stopniem służbowym (Jaśmina Ciosek-Dworakowska czy sierżant sztabowa Emilia Strzałkowska, aaaa!). Bardzo drażnią mnie też kolejne zapożyczenia z Lackberg (tym razem policjant na urlopie ojcowskim z dziecięciem w wózku przypadkowo znajdujący się w centrum akcji), no i mocno kuleją realia obyczajowe. Ale intryga wciąga więc sporo wybaczam (acz nadal nie pojmuję ocen typu 10* - czyli ARCYDZIEŁO - na "lubimyczytać"...).

209/365

A jednak znalazłam odlewkę perfum, których jeszcze nie testowałam - "Roma" Laury Biagotti. Moje pierwsze "dorosłe" perfumy to była jej "Laura" - lekkie, kwiatowe, owocowe, dziewczęce takie. I pamiętam, że te dziesiątki lat temu bardzo chciałam kupić "Romę" lub "Venezię" (tak, te nazwy!) ale żadna nie przypadła mi do gustu. I nic dziwnego - bo "Roma" jest dość trudna, zdecydowanie dla dojrzalszej kobiety niż dziewiętnastolatka. Ciepła, korzenna, usypiająca kompozycja... bardzo upalna w odbiorze, dokładnie jak miasto w pełni lata. Jestem zachwycona!
Na obiad zrobiłam naleśniki z serem i jagodami. A na deser kupiłam sobie dwa audiobooki:)
Wieczorem zdążyliśmy na lody do "Kolorowej":)

211.2017

30/07 - niedzielny senny poranek, zabrałam się za podlewanie kwiatów
          przed domem, później na tarasie. Gdy snułam się z konewką usłyszałam:
          Danusia !... po kilku minutach ponownie. Zdążyłam podlać wszystkie
          rośliny, nawoływanie powtarzało się, aż w końcu dobiegło mnie: ratunku !
          Na tarasie w domu obok był sąsiad, zawołałam do niego, ale on stwierdził,
          że nie słyszy (ten od czarnego psa, który pogryzł dzieciaka). Zebrałam się
          i poszłam sama tam, skąd dochodził głos. Za moim ogródkiem, przy równoległej
          ulicy, na swojej posesji starszy pan przewrócił się i nie był w stanie wstać.
          Uwiesiłam się na dzwonku przy furtce. Równie wiekowa żona nie słyszała
          jego wołania. Przyszedł jeszcze inny sąsiad i razem udało nam się spionizować
          tego człowieka, który był już bardzo osłabiony... Wstrząsnęła mną cała ta
          sytuacja.

          W ramach odreagowania upiekłam pizzę i pogalopowałam do rodziców :)
          Wcześniej pomalowałam włosy. Miał wyjść blond. Wyszedł żółto-rudawy -
          jednak :) ale i tak jestem zadowolona :)
          Następnie razem z B. robiłyśmy zakupy.
          Udało mi się też w końcu porozmawiać z siostrą na skype...
          Wieczorem z D. 1/15x3 ! :))      

210.2017

29/07 - atmosfera w br1 okazała się przyjemna, a co najważniejsze An. zrobił
            znacznie więcej niż B. w tym samym czasie, co skutkuje przyspieszeniem
            finału mojego zlecenia w tym m-cu :)
         
            Obejrzałam Ciało/Body. O jakże mnie rozczarował i zezłościł.
            Gdyby nie genialne kreacje Mai Ostaszewskiej i Janusza Gajosa, ten film
            wg mnie nie obroniłby się. Różne tematy złapane i rzucone do góry z nadzieją,
            że po opadnięciu coś z tego wyjdzie... Osobne wątki przeplatają się tak subtelnie,
            że ciężko z tego sklecić całość. Być może nie rozumiem intencji twórców.    
            Fakt, że wracają do mnie pytania: czy spotkałam się z sytuacją, w której terapeuta
            przerywa proces tuż przed wybuchem emocji pytaniem: teraz Ci lepiej ? Nie.
            Jakim terapeutą jest Anna, która strasznie słabo radzi sobie z prywatnym życiem ?
            Nie wiem, może tak wygląda prawda, choćby na przykładzie Andrzeja Samsona.
            Kompletnie nie znajduję uzasadnienia sceny z tańczącą w samych majtkach
            Ewą Dałkowską do "Śmierć w bikini". Albo ten film jest tak przeintelektualizowany,
            że to nie moja półka, albo źle zrobiony.
            W mojej głowie zostawił wiele pytań i złość.

209.2017

28/07 - po 16-tej pojechałam do br2 dokończyć mc.  Przyznam, że zszokowała
           mnie tapeta na pulpicie nowej pracownicy - troll face. Co trzeba mieć
           w głowie, żeby chcieć oglądać to dobrowolnie ?
           
           Później zakupy dla siebie i dla B., która została bez auta, za to z rezydentami :)
           Wieczorem spacer z psem. Zasnęłam przy trzecim podejściu do Instynktu wilka

piątek, 28 lipca 2017

208/365

Kolejny dzień z deszczem. Matko! Ile można!? Mój organizm zastrajkował i naprawdę z trudem siedziałam w pracy. Uznałam, że nie ma sensu się męczyć i razem z J. wyszłyśmy pół godziny wcześniej. L. przywiózł jagodzianki, te niezrównane i absolutnie najlepsze na świecie jagodzianki z małej cukierni od "pani pączkowej". Przyjechał K., pożyczył nasze auto dostawcze, a zostawił swój samochód. No jednak jestem blacharą, bo świadomość, że aż do wtorku będziemy jeździć tym, że w słoneczną niedzielę możemy zdjąć dach, przejechać przez wertepy, że włos rozwiany, muzyka głośno a my piękni, młodzi, zrelaksowani - wyraźnie poprawiła mi nastrój. Póki nie doczytałam, ile to auto pali (19 litrów/100 km benzyny!!!). Czyli przejażdżka co najwyżej do osiedlowej biedry;)

A kawałek z pracy przeszłam pieszo. W lipcu, w botkach które nosiłam zimą. Wiał wiatr, chwilowo nie padało, i ach! jak bardzo zapragnęłam znaleźć siły na codzienne spacery. Szukałam, szukałam, szukałam... ale znalazłam tylko drogę do łóżka, kuszącego popołudniową drzemką:) 


208.2017

27/07-  rano mail z dobrą wiadomością od H. :)
            Praca, wolne popołudnie, finał "Mostu...", 1/15x3 już lżej.
            Banalny dzień. Poproszę o takich więcej !!! :)
           

czwartek, 27 lipca 2017

207/365

I kolejny dzień, w którym jestem nieprzytomna. Świat jest oślizgły od deszczu, mam wrażenie, że nawet mury nasiąkają wilgocią, moje biedne kwiaty i zioła chyba też mają dość. Szukam pozytywów ale znów czuję się masakrycznie zmęczona ilością spraw, maili, dokumentów. Rano w Biedronce kupiłam wielką pakę nowego smaku Lay's: grzyby w śmietanie. No pyszne:)

W Trójce rano cudowna piosenka.


A później "Ptasiek" Anity Lipnickiej, nie wiem dlaczego dopiero teraz wsłuchałam się w słowa. Dreszcze...

206/365

Wracam do domu tak zmęczona, że zaparzam kawę i zasypiam zanim zdążę ją wypić. Najchętniej nie wstawałabym z łóżka aż do rana. I to nie ma nic wspólnego z depresją, to po prostu zmęczenie, brak dnia wolnego od bardzo, bardzo dawna. Z trudem wstaję i o 19:30 robię obiad. Łudziłabym się, że to przez ten deszcz, który pada nieustająco od poniedziałkowego wieczora, ale to jednak stan trwający znacznie dłużej. Jestem bardzo, bardzo zmęczona. Marzę o urlopie, kilku dniach beztroski, zwolnienia od myślenia o zakupach, gotowaniu, praniu. A przede wszystkim o sprawach firmowych...

Przyszła paczka z moim perfumeryjnym zakupem. Ale nie miałam ani siły ani nawet chęci podejść do paczkomatu. Z pozytywów - usłyszałam w radio Bebel Gilberto. I chociaż to nie tango, to jakoś odżyło we mnie marzenie, aby podstaw tanga jednak się nauczyć. Czy kiedykolwiek marzenie wyewoluuje w plan? Nie wiem...





207.2017

26/07 - urlop w br1. Duża zmiana personalna w wąskim gronie. Zobaczymy
            jak i czy w ogóle to zadziała.
            Po pracy tradycyjna imieninowa kawa z A, tym razem szybka, bo
            chyba usnęłabym nad stolikiem. Wpadłam jeszcze do B., a z nią po
            zakupy.
            Wieczorny spacer z Sonią przyniósł mi wreszcie spokój i odprężenie.
            Przed snem 2 odcinki "Mostu...". Zostały jeszcze 2 do końca serii,
            a ja dalej nie wiem kto morduje ! :)


206.2017

25/07 - bardzo potrzebuję urlopu... Generalnie ludzkość doprowadza mnie
           do szału, czyjaś lakoniczna odpowiedź lub uniesiona w reakcji brew
           sprawiają, że rzuciłabym się gryźć aorty :) a co gorsza ledwo na sobą
           panuję.
           Sukcesem jest 1/15x3, początkowo w ulewie, przeczłapanym tak bardzo,
           że chyba wyprzedzały mnie wypełzłe stadnie po deszczu ślimaki.

wtorek, 25 lipca 2017

205/365

Rano upiekłam chleb i jeszcze gorący wzięłam do pracy. Bardzo lubię karmić swoją próżność tymi zachwyconymi pytaniami "ciepły? piekłaś rano? to o której wstałaś?" podczas gdy całe moje poranne zaangażowanie sprowadza się do włączenia piekarnika:)
Dostałam maila z informacją, że zapach na który się czaję jest obecnie w promocji (i to w pojemności 75 ml!). To w myśl, że nie mogę sobie wszystkiego odmawiać - zamówiłam. Ach!
Poza tym bardzo produktywnie spędziłam dzień, pojechałam z L. i G. na montaż za Poznań. I załatwiłam sto firmowych spraw. Acz sporo jeszcze czeka a ja w wiecznym niedoczasie...

204/365

Spałam do 10! A kiedy już wstałam w ramach śniadania zjadłam dwie małe kanapeczki z hummusem paprykowym i kiełkami. No i pojechaliśmy na zakupy do Auchan. Weszłam do Orsay, sklepu który bardzo lubię mimo że nie jest łatwo się w nim ubrać: na wyprzedaży zostają same rozmiary 32-34, które wyglądają jak dla lalek. Ale znalazłam bluzkę dla siebie, i jeszcze zrealizowałam jakiś smsowy kupon, więc zapłaciłam 40 pln. 
W domu, zainspirowana jednym z dodatków piątkowej kolacji, usmażyłam konfiturę z czerwonej cebuli. Trochę rozczarowana, bo z kilograma cebuli, po dwóch godzinach krojenia, duszenia, mieszania wyszedł jeden jedyny niewielki słoiczek. Hmm. Za to obiad w postaci pieczonych ziemniaków, marchewki, kalafiora z dodatkiem sosu tzatziki, fasolki szparagowej i sadzonego jajka - epicki i obłędny:)

203/365

Jak można się domyślić - to był dzień totalnego rozleniwienia. Rano okazało się, że znów pękło mi naczynie krwionośne tuż przy źrenicy. Dziecko zapytało, czy jadłam coś z papryką? Bo chyba wpadł mi kawałek do oka:) Zmógł mnie upał - pierwszy raz w tym roku. Na nic nie miałam siły, chęci. W audiotece pojawiły się trzy książki, które chcę - dwóch byłam pewna, bo to nowa książka Wojciecha Chmielarza i wydana w wersji audio kolejna część z serii o Lipowie Katarzyny Puzyńskiej. Ale postanowiłam też przymierzyć się do książki o Wandzie Rutkiewicz autorstwa Anny Kamińskiej i... już bezpłatny fragment mnie zainteresował, zaintrygował. No to muszę kupić:)

202/365

Dzień na wariackich papierach. Najpierw bieganina, na szybko kończone zlecenia. Później razem z J. usiadłam do przygotowywania pożegnalnej niespodzianki dla P. Chciałam ująć 12 lat jego pracy w jakiejś pamiątkowej, niesztampowej formie. Ile wspomnień na zdjęciach... I wyszło niezwykle niesztampowo przede wszystkim z powodu pomyłki pana przyjmującego zamówienie. Z sytuacji udało nam się jakoś wybrnąć (po telefonicznej burzy mózgów) ok 18. Na 19:15 byliśmy umówieni w mieście... Spotkaliśmy się w cudownej restauracji. I to był bardzo miły, bardzo długi wieczór. Dwie karafki wina, talerz tapas, dania obiadowe, kawa, desery, tortilla... Matko, no uwielbiam jeść!:) 
A później poszliśmy na piwo (akurat ja wybrałam mojito). I ograłam J. w partyjce dart! Do domu wróciliśmy prawie pieszo (jednak kawałek podjechaliśmy taksówką, byłam już bardzo senna), sporo po północy... Ależ było miło, lekko i dobrze:)

[do pachnienia wybrałam resztkę próbki Perles de Lalique, o których w jednej z grudniowych notek pisałam, że piękne ale nie pasują do mnie. zmieniłam zdanie - bardzo pasują. nie wiem, czy to kwestia innej pory roku? innej mnie? mojego nastawienia? teraz nie czułam w nich tego chłodu, dystansu ale przede wszystkim ciepłą, taką ogrodową, różę podkręconą pieprzem. tak, chyba lubię tę pieprzową nutę w zapachach...]

poniedziałek, 24 lipca 2017

205.2017

24/07 - i znów przyszły te wyjątkowe dni, kiedy życie zdominowane jest
           przez pracę. Wciskanie w te bloki innych czynności jest zajęciem
           karkołomnym i efekt objawił się wczoraj, gdy po etacie i br2 robiłam
           zakupy rodzicom. Zgubiłam klucz od auta. Z koszem pełnym zakupów
           przeszukałam torebkę. I nic. Rozpięty breloczek, rozsypane klucze, a tego
           od samochodu brak. Poszłam do domu po zapasowy. Płakać mi się chciało
           ze złości i bezsilności. Jeszcze durna rozmowa z kasjerem o kluczu, który
           być może poniewiera się gdzieś w sklepie... Oryginalny leżał w aucie.
           To niewątpliwie z kategorii happy.

204.2017

23/07 - dzień był duszny, pochmurny i tak senny, że nie miałam siły zwlec
            się z łóżka. Obejrzałam 2 odcinki trzeciego sezonu "Mostu..."
            Koło 18-tej poszliśmy z D. biegać nowy cykl 1/15x3.
            Bardzo jestem z siebie dumna, bo 45 min nigdy w życiu jeszcze
            nie przebiegłam. Do teraz :)))
            A syn nr2 pojechał do miasta na literę K. złożyć dokumenty...

niedziela, 23 lipca 2017

203.2017

22/07 - rano pojechałam do br2. Jestem zadowolona, bo sporo udało mi się
            zrobić. Wróciłam koło 11-tej i wybraliśmy się zwiedzać znany Skansen :)
            Świeciło słońce, temperatura koło 30 stopni, ale lekki wiatr i bliskość Narwi
            łagodziło odczucie upału. Dojechaliśmy na tyle wcześnie, że nie było
            problemów z parkingiem. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie miła
            i przyjazna obsługa, w szczególności miska z wodą dla psów :)
            oraz możliwość obejścia całego terenu z towarzyszącym nam alaskanem.
            W XIX w. karczmie zamówiliśmy pajdę chleba z domowym smalcem
            i piwo kozicowe. Do smalcu marzyłabym o chlebie eM., bo ten karczmiany
            wypiekało glutenowe beztalencie.    

            Goście wyjechali koło 17-tej. Wieczorem jeszcze odwiedziłam B.
            i jej najnowsze wnuczę(cie) (?) :)   I tak ! Cieszę się, że moje dzieci są już
            tak duże i potrafią jasno sformułować swoje bolączki, i nie ryczą co
            15 minut. Wyidealizowałam przeszłość, sprowadzając opiekę nad
            noworodkiem do prostych czynności. Wspomnienia odżyły, gdy trzymałam
            tego malucha w ramionach, a on darł się wniebogłosy...

202.2017

21/07 - po pracy dowiedziałam się, że syn nr2 dostał się na UJ.
           Ambiwalencja - i to jaka ! Radość i wielki smutek w jednym :/

           Wieczorem pojechałyśmy z K. na basen. Okazuje się, że w piątki
           działają również sauny, więc zaliczyłyśmy wszystko :) Pływanie,
           saunę suchą i parową, jacuzzi, hydromasaż, zjeżdżalnię i rwącą rzekę :D
       
           Po powrocie zrobiłam tę idealną pizzę. Wyszła tak pyszna, że wprowadzam
           sobie ZAKAZ jej wykonywania !!! :)))

piątek, 21 lipca 2017

201/365

Mama ugotowała swoją zupę z młodych warzyw. Cudowna! I smak przenoszący w tę wyidealizowaną krainę dzieciństwa. Przydało mi się takie pokrzepiające klepanie po plecach, bo chwilę po 15, kiedy przeczytałam, że sejm przegłosował ustawę o Sądzie Najwyższym łzy zakręciły się w oczach. Nigdy nie przypuszczałam, że to w ogóle możliwe - płakać nad ustawą?
Zepsuło nam się auto więc na wieczorny "Łańcuch Światła" musieliśmy jechać busem. I tymże busem zaparkować gdzieś. W centrum miasta, do którego zjechało sporo aut z peryferiów, z powiatu. Miły pan z policji pozwolił nam zaparkować tuż przed muzeum, na miejscu dla autokarów (których o 21 raczej nie ma). I weszliśmy w tłum...

Kiedy wracaliśmy, już po 23, w Rock Radio - przypadek? - grały same polskie piosenki. I jedna z tych, którą bardzo lubię i ucieszyłam się, że w tej nocy rozbrzmiewa w aucie. To jest wokal!


W domu zjadłam miseczkę zupy owocowej mojego autorstwa. Z porzeczek, wiśni i suszonej żurawiny, z dodatkiem goździków, cynamonu i imbiru. Jest boska i nie pojmuję, jak można jej nie lubić?:)

201.2017

20/07 - długi dzień. W pracy miły akcent w postaci słów szefa - pewnie po
           tym jednodniowym urlopie :) - że beze mnie jest pusto i że na mnie można
           polegać ! (to akurat w kontekście). Oby, oby :)
           Chwila w br1. Nie wiedziałam czego się spodziewać po awanturze sprzed
           tygodnia, więc byłam zaskoczona, że jest po prostu miło !

          Goście pojechali do W., byli na moim ukochanym cyplu z brzózkami.
          Zatęskniłam tam bardzo. Układam w sobie zmiany jakie zaszły, ale widzę,
          że jest trudniej, niż przypuszczałam. Zanim wrócili przebiegłam 1/10x4,
          wcześniej niż zazwyczaj o 5 godz., w duszne popołudnie... Było trudniej, niż
          zwykle. Plus, że jednak przeczłapałam :)

          Wieczorem pojechaliśmy do kręgielni. Podchodziłam do tego pomysłu
          z rezerwą i obawą. Tymczasem samo miejsce jest sympatyczne, a rzucanie
          kulami i coś w rodzaju lightowej rywalizacji okazały się bardzo przyjemnym
          doznaniem !!! :)

czwartek, 20 lipca 2017

200.2017

19/07 - jako, że moi goście mają narodowe zacięcie zaproponowałam im
           zwiedzanie ekspozycji w powstającym Muzeum. Na miejscu okazało się,
           że przyjechaliśmy w dniu uruchomienia przebudowy. Wystawę przewieziono
           poprzedniego dnia. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, gdy dyrektor placówki
           (muszę przyznać, że mój znajomy, ale nie wiedziałam, że aż tak :)
           oprowadził nas po wszystkich budynkach, barwnie i z pasją opowiadając
           historię więziennych murów oraz wydarzenia z lat 1939-1956, w tym omówił
           3 istniejące już, sugestywne murale.
           Gdy pozostają fakty, nie używane przedmiotowo i politycznie dla doraźnych,
           partykularnych  interesów, wrażenia są piorunujące. Być może nie jest to takie
           zero-jedynkowe, jak mi się do tej pory wydawało. Nie wiem, mam zbyt głęboko
           na dziś wryte przekonanie, że to byli bandyci.
         
           Po spacerze nad Narwią miałam wizytę u dentystki. Uparłam się na znieczulenie,
           które nie zaczęło nawet działać, borowanie trwało 30 sekund, za to później przez
           2 godziny mówiłam jakbym miała w ustach kluchy.

           A wieczorem oglądałyśmy z K. "Most nad Sundem", pojechałyśmy po sushi
           i jeszcze zrobiłam pizzę... Mój żołądek przybrał kształt znaku zapytania :/

199.2017

18/07 - goście planowani na piątek zjawili się we wtorek wieczorem.
            Upiekłam warzywa, ziemniaki i karkówkę. Zrobiłam tartę z gruszkami
            i sos z granatu, który staje się moim tegorocznym faworytem :)
            Zdążyłam wypróbować smycz do biegania i jestem przeszczęśliwa !
            Sonia bardzo ładnie spaceruję, gdy ja człapię, bo stwierdzenie, że ONA biegnie
            byłoby nadużyciem :)) a mnie jest o jakieś 20% lżej !!! :))
         
            Przez te wydarzenia i zajęcia widziałam tylko migawkę zajść w sejmie.
            Do czego ci wybrańcy narodu nas doprowadzą ? Nie mieści mi się w głowie
            ten brak odpowiedzialności, ta zabawa pociskami nad ogniskiem.
            Słowa Gomułki odżywają: staliśmy nad przepaścią, ale udało nam się zrobić
            krok do przodu. Upiorny chichot historii o obłudnej twarzy Piotrowicza...

200/365

Dzień z "Sun" Jil Sander, to niestety już ostatnia z zamówionych próbek. A zapach... dziwny. Kremowy, ciepły, sugestywny. Dokładnie oddaje ten efekt skóry rozgrzanej opalaniem, skóry latem. Słodki ale nie tą słodyczą gourmand tak dominującą we współczesnych zapachach, to raczej słodycz drzewna, kwiatowa, oleista, taka lipowa. I w tej słodyczy nie ma nic męczącego, przytłaczającego. Wydaje się, że na upały idealne byłyby zapachy z wodną, świeżą, lekką nutą. A tu słodki, kadzidlany sprawdził się idealnie - przywołał plażę, lenistwo, urlopowy nastrój. Chcę! Chcę bardzo!

W domu kolejna przymiarka do słuchania "Morfiny". Nie mam przekonania. Więc być może fakt, że porzuciłam lekturę po kilkudziesięciu stronach nie wynika z mojego zmęczenia czytaniem ale z braku kompatybilności z tą akurat opowieścią?

Wieczorem, razem z mamą i G. pojechaliśmy na protest. Przyszła też J., nie wiem, jak udało nam się znaleźć w tym tłumie. Stanowiłyśmy idealną parę - ja z czerwoną, J. z białą świecą:) Ale było mi smutno, chwilę wcześniej rozmawiałam z pewną panią, która spytała "a czy nam od tego w portfelu przybędzie?". Ech... więc chodzi o to, aby śląska na grill była tania i piwo nie przedrażało sprawy?
Dwa obrazki z Poznania. Jednak krzepiące:)

środa, 19 lipca 2017

199/365

Shiro... obłędny zapach. Jestem w nich absolutnie zakochana, w tej przyskórnej, subtelnej nucie, która lekka a przez to taka tylko dla mnie. Obiecuję sobie, że to będzie kolejny mój zapach. I myślę, jak będzie brzmiał jesienią i zimą, jak osiądzie na golfie, na apaszce.  

Po pracy usnęłam na moim balkonowym szezlongu. Gdzieś obok niedopita filiżanka kawy, kot mruczący, Maciej Stuhr czytający "Morfinę", zapach ziemi unoszący się znad chwilę wcześniej podlanej trawy. Takie błogie, lipcowe lenistwo, rozkosz dla zmysłów, wytchnienie dla myśli, ukojenie dla emocji.

Wieczorem pojechaliśmy na Plac Wolności, wziąć udział w milczącym proteście podczas "Łańcucha światła" w obronie niezawisłości sądów. Było sporo ludzi, dużo starszych. Wzruszyła mnie starsza pani z białą różą, która podczas śpiewania hymnu wyciągnęła w górę rękę trzymającą Konstytucję. I samo śpiewanie hymnu, ciche, stonowane, tak dalekie od tego stadionowego huczenia. I te kilka minut milczenia ze świecami/latarkami/lampkami w dłoniach...

wtorek, 18 lipca 2017

198/365

W ramach dzieła upiększania naszego tarasu wjechałam do Pepco i kupiłam dwa lekkie kocyki polarowe (w cenie ok 9 pln/szt), które pięknie wyglądają nałożone na bujany fotel i wiklinową leżankę. Kocyki są w kolorowe paski i idealnie rozjaśniają ten smutnawy zakątek. A mnie ostatnio bardzo, bardzo potrzeba pstrokacizny:) Bardzo spodobało mi się życie tarasowe więc do zmroku siedzieliśmy, śmialiśmy się i piliśmy białe wino. 
A przed snem obejrzałam dwa odcinki RuPaul’s Drag Race i na jednym popłakałam się ze wzruszenia. Niby lekki, rozrywkowy program a jednak sporo o akceptacji, zmaganiu się z odrzuceniem, o zgodzie na bycie sobą, o doznanych krzywdach.

[testowany był Lalique L'Amour. taki dziewczątkowaty zapach, lekki, uloty, słodki i mało inwazyjny. dwadzieścia pięć lat temu byłoby wielkie zauroczenia. ale już nie jestem dziewczątkiem.]

198.2017

17/07 - dwa punkty dnia :)
           Kurier przywiózł przesyłkę ze smyczą do biegania. Zobaczymy
           jak obie z Sonią się odnajdziemy w takim układzie :)

           Na prośbę syna nr2 zrobiłam ponownie tartę z gruszkami.
           Tym razem 60 ml wody w kruchym zastąpiłam 2 żółtkami,
           przez co to ciasto naprawdę zyskało i zbliżył się do obłędnego
           ideału :)) Spód stał się delikatny i kruchy, a nie twardy jak podeszwa.
           Gratuluję sobie i polecam :)))

poniedziałek, 17 lipca 2017

197/365

Pobudka już przed siódmą. Wstawiłam chleby do pieca, żeby pół godziny później upajać się cudownym zapachem niedzielnego poranka. L. zawiózł jeden bochenek do pana A., wrócił z czekoladą - deserową nadziewaną musem pomarańczowym. Nijak to nie brzmi, za to jak smakuje! Do śniadania wypiłam herbatę z balkonowej mięty. Na obiad zrobiłam zapiekankę makaronową z warzywami. Położyłam się na leżance i wysłuchałam do końca "Simony". Bardzo mnie zaskoczyło, że na miejsce spoczynku wybrała maleńkie Poryte zamiast Białowieży, a stypa odbyła się w Nowogrodzie (czy mam rację sądząc, że tam jest tylko jedne, jedyne miejsce stosowne na taką uroczystość?:)) I znów poczułam ogromną tęsknotę za wyprawą na wschód...
Na ból głowy, który od rana nie odpuszczał wzięłam solpadeinę. I przespałam się na leżance, pod kocem, pod zachmurzonym niebem. Wciąż myślałam o badaniach Simony, o tym że muszę, chcę odszukać te jej radiowe gawędy. Anna Kamińska napisała biografię doskonałą - bez epatowania sensacją, intymnością, mocno skupiając się na dziele, spuściźnie pozostałej po bohaterce. A ta spuścizna, obserwacje, wnioski bardzo wiele dają do myślenia.

I kupiłam "Króla" Szczepana Twardocha w interpretacji Macieja Stuhra. Słucha się niesamowicie!

196/365


Rano pojechaliśmy na rynek. Standardowe sobotnie, letnie zakupy. I po kwiaty, żeby jakoś ożywić tan nasz smutny taras. Jednak kupując kwiaty czuję się jak dziecko we mgle. Nie wiem, czy kupuję dobre, ładne, czy jeszcze będę długo kwitnąć, itp. Posadziłam, ustawiłam, powiesiłam. No jest ładniej ale nadal jakoś tak mizernie. Za to obiad czyli makaron z kurkami i bobem - wyśmienity. Wyrobiłam jeszcze ciasto na dwa chleby, zrobiłam jogurtowiec z porzeczkami i galaretką - a to wszystko z koszmarnym bólem głowy, na który tabletka dość słabo zadziałała. I wieczorem, po rozwieszeniu prania, po ogarnięciu ogrodu padłam ze zmęczenia.




195/365

Dziś testuję ten zapach: D&G Anthology L'Imperatrice 3 - znaczy "Cesarzowa". Nazwa sugeruje jakieś monumentalne, przyciężkie kadzidło, kurz i naftalinę. I pewnie dlatego długo nawet nie zwracałam uwagi na oferty sprzedaży odlewek, bojąc się że mnie udusi ta "cesarzowa". Tymczasem to zapach lekki, letni, zwiewny i radosny. Taki beztroski, rozwiany, potargany i apetyczny. Czuję tę kwaśną nutę rabarbaru i kiwi, rześki, rezolutny sorbet. Polubimy się chociaż czuję niedosyt pazura, charakteru, jakiejś pałacowej intrygi;)

Wieczorem pojechaliśmy nad Wartę. Pospacerować, posiedzieć przy zachodzącym słońcu. A później do bistro na piadinę (i pod stołem popijany cydr), pogaduchy i śmiechy z M. Do domu zlądowaliśmy po północy. Jednak miasto w letnią, lipcową noc, ludzie na ulicach, daje ogromnego kopa energetycznego. Czułam się autentycznie szczęśliwa, odprężona, zadowolona z życia. I z siebie. Kiedy porównuję swój stan ducha z tym koszmarnym, marcowym stanem - to nie poznaję siebie.



niedziela, 16 lipca 2017

197.2017

16/07 - pożegnałyśmy się rano z Il i było po wizycie...
           Cały dzień minął mi na snuciu się między kuchnią a telewizorem.
           Obejrzałam do końca pierwszy sezon "Mostu..." i chcę więcej !
           Polubiłam Sagę, ciekawa jestem co dalej, chociaż finał trochę mnie
           zawiódł.
          W międzyczasie na kawę przyjechała Ir (chyba mam najwięcej
          koleżanek, których imiona zaczynają się na literę I :))

          A wieczorem pierwszy raz 1/10x4 :) Biegnę troszkę szybciej i teraz
          czuję, że dałam sobie w kość :)

196.2017

15/07 - wstałyśmy o 6 rano i gadałyśmy przez 3 godz, przez co Il spóźniła się
            na prowadzone przez nią warsztaty ! Gdy pojechała obejrzałam jeden
            dwugodzinny odcinek "Mostu...", pojechałam po zakupy i wpadłam do
            rodziców. Po powrocie do domu upiekłam tartę z gruszkami, przy czym
            owoce zalałam sokiem z cytryny wymieszanym z cynamonem i imbirem.
            Nie wiem, czy obłędna to trafne określenie :) ale na pewno smaczna,
            ciasto maślane a masa jedwabista.
            Il wróciła po 18 tak zmęczona, że położyła się odpocząć. Założyłam
            słuchawki, obejrzałam kolejny odcinek i zasnęłam ! :)

sobota, 15 lipca 2017

195.2017

14/07 - rano powkładałam do miski wszystkie składniki na ciasto drożdżowe
           z przepisu eM. :) Czas w pracy na szczęście przeleciał, bo skupiona byłam
           głównie na tym co po :) A po - wymieszałam ciasto, obłożyłam borówkami
           i morelami, posypałam kruszonką i upiekłam. No spektakularne nie wyszło :))
           Nie wiem, martwić się czy cieszyć, ale wybieram opcję z radością, bo jeszcze
           zaczęłabym je robić co tydzień. W smaku super, tyle, że rozlałam je na
           największej blaszce, więc wyszło płaskie. Obawiałam się zwęglonego spodu,
           jeśli wzięłabym mniejszą formę. A i tak dół przy- środek NIE do - piekłam. Ech :/
           Tak czy siak, marzę o piekarniku z termoobiegiem...



            A jeszcze rano, w drodze do pracy pan Mann na życzenie pana Piotra,
            - choć wiadomo, że to nie koncert życzeń :) - puścił "Tennessee Whiskey".
            Ścisnęło mnie w gardle i miałam łzy w oczach. Pan P. dedykował ten utwór
            siostrze w dniu ślubu wraz z prostymi życzeniami szczęścia. Zresztą... pisząc
            te słowa znowu jestem wzruszona :) Poza tym tak dobrze słucha mi się pana
            Manna, że poczułam jakby część tych życzeń skapnęła na mnie :) do tego stopnia,
            że pojawiła się przemożna potrzeba poinformowania pana Manna o swoim stanie :)
            (za to Czarnoksiążnik gada tak beznamiętnie, tak do bólu smęci,
             że proponowanym książkom robi bardziej antyreklamę, niż cokolwiek innego.
             Nie jestem w stanie zapamiętać ani autora, ani tytułu, nie mówiąc już o tym,
             że żadne pragnienie posiadanie nie zostaje nawet trącone...)

             Przyjechała Il. To był wieczór spędzony na dobrej rozmowie, przy
             naprawdę smacznym - przyznaję nieskromnie :) - jedzeniu.
             A sos z granatu do pieczonych warzyw jest O B Ł Ę D N Y :)
       

piątek, 14 lipca 2017

194.2017

13/07 - dużo drobnych spraw wybijających z równowagi. Trudnych,
           irytujących ale też i dobrych... tyle, że zmiana tak na mnie działa.

           Trochę posprzątałam górę i dół, przygotowałam sypialnię, zrobiłam
           pranie. Ugotowałam cytrynowe pęczotto i sos z granatów  na piątek.

           Wieczorem bieg 1/9 x 4, przy czym najprzyjemniejsze było ostatnie
           powtórzenie. Ponieważ trasa robi się coraz dłuższa chyba zacznę
           w  końcu używać endomonto.

194/365

Milion załatwionych spraw. Kilkanaście stron książki. Wieczorem podjechaliśmy umieścić kilkanaście książek w regale bookcrossingowym. A skoro blisko jest Kolorowa - to wiadomo - trzeba wstąpić na lody. Spróbowałam nowego smaku - śliwkowego z winem. I naprawdę smakowały domowym winem śliwkowym! Zrobiliśmy jeszcze spacer po centru, natknęliśmy się na otwartą drogerię Hebe. A tam... promocje, promocje, promocje! Kupiłam trzy litrowe maski do włosów Kallosa (każda za 9 pln) i kosmetyk do olejowania włosów w rewelacyjnej cenie 15 pln (w skład wchodzi 7 olejków, żadnych innych substancji - więc taki skład za taką cenę to wręcz niewiarygodna okazja). 

[Wczoraj testowałam Eau des Merveilles (tak, bardzo uparłam się poznać te legendarne zapachy Hermesa i podzielić zachwyt całego świata;P). Nie bardzo jest o czym pisać, bo nawet w chwili aplikacji nic nie czułam. Zapach uleciał tak szybko, jakbym rozpyliła wodę:) Hmm. Chyba nie jest mi po drodze z tymi Hermesami:/]

czwartek, 13 lipca 2017

193/365

Przypływ gotówki - tak, to zawsze cieszy. I daje taki spokój, kiedy można rozliczyć się z pracownikami. Pan listonosz dostarczył kolejną kopertę z próbkami/odlewkami perfum zakupionymi na grupie, w tym całkiem spora odlewka Shiro. Do snu kolejne kilkanaście stron książki. I lekki szum w głowie po wypiciu połowy niewielkiego kieliszka wina - tak bardzo ekonomiczna jestem...

Na Instagramie przyglądam się jednemu profilowi. Czytam podpisy pod zdjęciami, oglądam kadry. I zastanawiam się, czy to możliwe, że rozpoznaję autora? Jak poznaję? Po kilkunastu słowach? Po bardzo specyficznej frazie? Czy to naprawdę możliwe...? Czy istnieją aż takie zbiegi okoliczności?
Tak bardzo, bardzo naturalnie wiem, po którą sięgnąć płytę. Oczywistość. To naprawdę wspomnienia, które lubię, które wciąż mnie potrafią uśmiechnąć i rozczulić.


193.2017

12/07 - albo PG ustaliła taki termin, albo syn nr2 dopiero się zorientował.
           W każdym razie okazało się, że musi jechać do G., żeby złożyć
            dokumenty, ponieważ nie liczy się data stempla pocztowego, a fakt
            złożenia kompletu do 14/07. W tempie ekspresowym kupiłam mu
            bilet autobusowy i o 22 wyjechał na wybrzeże. Słabo mi było na
            dworcu, a jeszcze gorzej w domu. Smuto i samotnie, a to dopiero
            przedsmak tego, co mnie czeka. Na kategorię happy zasługuje całkiem
            dobra organizacja tego spontanicznego zdarzenia :) które niejako
            przyćmiło radość z przesyłki. (A stanik jest uroczy, bardzo zwiewny
            i delikatny !)

            Wieczorem zasnęłam przy pierwszym odcinku serialu, który
            zapowiada się  atrakcyjnie ! :) jeśli można tak określić film o morderstwie.

środa, 12 lipca 2017

192/365

Osiem godzin w biurze - sama z J. - a za oknem deszcz, wiatr i grzmoty. Miałam wrażenie, że usnę a jednak udało się jakoś przetrwać, sporo zrobić. W domu słuchałam "Simony"; jestem pełna podziwu dla takiego trybu życia, dla mnie niewyobrażalnym jest zmienić miejski dom z wygodami na puszczę, odludzie gdzie nawet sam diabeł rzadko zagląda aby powiedzieć "dobranoc". I to otoczenie zwierząt, ich wszędobylskość, wszechobecność. Wieczorem sporo przeczytanych stron "Willi Misteriów", jestem dopiero w połowie a już chciałabym poznać rozwiązanie zagadki.
I jeszcze do snu delikatnie rozpyliłam - a jakże! - Elixir des Merveilles. Cóż... wydał mi się zupełnie inny niż podczas ostatnich testów: czułam pomarańcze, karmel, bursztyn. Z ciężkiego, dusznego aromatu powoli uwalniały się lekkie, cierpkie nuty. Taka metamorfoza! A żeby było śmieszniej, żeby było mniej oczywiste - rano (czyli dziś) znów go użyłam. I czuję tylko duszące i męczące, gdzie ten urok, czar, intryga którą czułam wieczorem? Nie wiem... może on współgra akurat z chłodnymi wieczorami? No po prostu... eliksir cudów!;)

wtorek, 11 lipca 2017

192.2017

11/07 - kolejny dzień w pracy, kiedy nie wiem za co się łapać.
           Jeden z byłych pracowników doprowadził mnie do takiej wściekłości,
           że myślałam, że popłaczę się ze złości. 
           
           Wieczorem bieg 1/9x4. Jest naprawdę ciężko, człapię okropnie,
           trzecie powtórzenie z wrażeniem bycia na granicy kolki, za to przy
           czwartym przypływ sił !? :) Towarzyszył mi syn nr2, co robi mojej
           głowie dobrze :) Poza tym uczucie lekkości nóg wieczorem warte jest
           takiego wysiłku.

          Przed snem na chybił-trafił wybrałam komedię romantyczną. Fajny,
          lekki film. Myślę, że gdyby pozostała dźwiękowo wersja oryginalna,
          a nie dubbing, to wiele by zyskał. Fabuła sztampowa, ale dla mnie
          powiało "Arabellą" i "Masz wiadomość" w jednym :)


191.2017

10/07 - po pracy umówiłam się z I., koleżanką z lat szkolnych.
           Przespacerowałyśmy 3 godziny, odwiedzając po drodze
           dwie kawiarnie. Dowiedziałam się, że w jej mieście (okolice
           Krakowa) strajkowało ponad 80% szkół w ramach protestu
           przeciw reformie oświaty, co totalnie mijało się z przekazem
           telewizji narodowej...

           Wieczorem obejrzałam film. Widocznie już do niego dojrzałam.
           Pierwszy raz Marian Dziędziel wydał mi się ciepłym człowiekiem :)
           a sama historia trochę jak jedna z wersji tej samej opowieści
           o odchodzeniu, pokazana bardzo prawdziwie, ale - za co jestem
           wdzięczna twórcom - nie drastycznie. No bo tak to dla mnie w życiu
           też wygląda: tragikomicznie.

poniedziałek, 10 lipca 2017

191/365

Pojechaliśmy z G. na diagnozę (7 sierpnia kolejna - podobno już krótsza - wizyta, opinia na początku września). Nie przypuszczałam, że zajmie to cztery godziny! Byłam zmęczona siedzeniem na korytarzu, bezsensownym czekaniem, głodna. W nagrodę podeszliśmy kilka metrów do Krasza:)
W domu położyłam się na chwilę. Po przebudzeniu odkryłam, że dowcipne dziecko położyło mi na głowie pocztówkę wyjętą ze skrzynki. Pocztówkę z Bristolu! Tak, dopiero wczoraj dotarła - nie że byłam chamidłem, które wcześniej nie podziękowało;) Ach! Rzeczywiście na pocztówce widoczki z miasta wyglądają przepięknie.
Z próbek testowałam wczoraj Narciso Poudree. Obłęd! Znam ten zapach z blotterka, ale na skórze, ubraniu, włosach jest taki bardzo mój. Trochę duszny, ciepły, pudrowy, luksusowy a przy tym lekki. Jednak gdybym miała kupić, wybrałabym klasyczne Narciso. Jest cięższe ale bardziej pazurzaste, futrzaste, charakterne. Rano włosy nadal nimi pachniały...

190/365

Rano czytałam w łóżku. Już zapomniałam jaka to przyjemność odsunąć rolety, wpuścić słońce, leżeć na miękkiej poduszce, pić poranną kawę i czytać. Uwielbiam takie poranki! A później zrobiłam desernik jogurtowy z porzeczkami i galaretką, obiad, pranie. Posadziłam sadzonki ziół, nie spodziewałam się, że po wyjęciu z folii będą aż tak wielki i bujne! Przygotowałam miejsce w donicach na jakieś ładne kwiaty. I słuchałam "Simony", jestem już za połową. Wydawało mi się, że przyjście na świat w takiej rodzinie to bycie uprzywilejowanym, nic bardziej mylnego - to brzemię, ciężar oczekiwań od których niełatwo się uwolnić. Ale książka to piękna biografia osoby upartej, odważnej w spełnianiu marzeń, pełnej pasji i determinacji. Wieczorem pochylam się nad starymi zdjęciami, w myślach przywołuję te moje marzenia, plany na życie. I tym bardziej podziwiam Simonę Kossak bo wiem, jak łatwo to stracić, popłynąć z prądem zamiast zawalczyć o swoje.

189/365

Dzień zaczął się pięknie - dziecko przyniosło mi do łóżka czekoladę zakupioną za swoje kieszonkowe (acz muszę nadmienić, że kilka godzin później samo tę czekoladę zjadło, co było powodem srogiej awantury - nie, nie dlatego, że zjadł. dlatego, że nie miałam pojęcia, czy tyle cukru/kakao zwyczajnie mu nie zaszkodzi. oraz za kłamstwo, że nie wie, co się z nią stało, za próbę zwalenia winy na Zaspę... o matko:/). Pojechałam na rynek kupić owoce, warzywa i sadzonki ziół. Dostałam od pana gratis jedną sadzonkę bazylii. Oraz cięte różyczki. Przed tymi różami bardzo się broniłam, jakoś tak głupio było mi przyjąć za darmo to, na czym pan (jak sądzę raczej mało zamożny) zarabia. Ale rozwalił mnie argument pana: Coś pani taka wstydliwa? Wazonu w domu nie masz?:)))
W domu posprzątaliśmy garaż i piwnicę. Dokumentnie. Bardzo stare książki wywieźliśmy do stojących w centrum regałów bookcrossingowych. Jakoś tak miło mi, że może w ten sposób te harlequiny, ludlumy, klasyka czy inne tygrysy znajdą nowych właścicieli. Przy okazji znalazłam dużo moich starych zdjęć. Przy części łza w oku bo jako siedemnastolatka byłam śliczna (nawet w kostiumie kąpielowym!), przy innych oczy szeroko otwarte z niedowierzania bo jako dwudziestolatka byłam niewiarygodnie brzydka, chuda i naprawdę wyglądałam jak ofiara anoreksji. 

Z testowanych próbek - Shiro. Zapach w moim odbiorze tak obłędny, że chyba poświęcę mu osobną notkę na moim starym, zakurzonym, zapomnianym blogu:)

niedziela, 9 lipca 2017

190.2017

09/07 - na obiad znowu pizza ! Wspaniałe jest to ciasto, a dla mnie wciąż
           niewiarygodny jest fakt, że mi wychodzi :))
         
            Obejrzeliśmy z synem nr1 "Okję", rzeczywiście jest jedna scena,
            na której rozpłakałam się głośno, tak była wymowna i okropna.

            Po czwartkowym treningu bardzo obawiałam się dzisiejszego
            biegania, szczególnie, ze jedno powtórzenie to już 9 minut.
            Tym razem ubrałam się lżej, zostawiłam psa w domu, za to D.
            jechał obok mnie na rowerze. Wypróbowaliśmy inną trasę
            i było super. Na razie nie jestem gotowa biegać sama. Racjonalnie
            wszystko już sobie przetłumaczyłam ale gdy dochodzą do głosu
            emocje i ogarnia mnie panika, to rozsypuję się jak 5-latka.

189.2017

08/07 - sobota rozpoczęta spokojnie i leniwie była początkiem cudownego
            dnia, który potwierdził, że moje dzieci i pieniądze dają mi pełnię
            szczęścia :)))
            Spotkaliśmy się z D. i pojechaliśmy Nikko sushi, gdzie ku naszemu
            zaskoczeniu (i radości) podano nam zestaw nr 8 na takim oto statku :)


           Później kupiłam sobie wymarzony zestaw Veet :) i lakier nr7.
           Zrobiliśmy zakupy dla moich rodziców. W biedrze kupiłam lilie,
           które po powrocie do domu przesadziłam do gruntu czując, że zrobiłam
           niezły interes :)) 3 cebulki za 7,99, podczas gdy wiosną jedna kosztuje 4-5 zł.
       

           A wieczorem razem z synem nr2 obejrzeliśmy filmy polecane przez syna nr1.
          Pierwszy - początkowo, zważywszy na tematykę -  zastanawiałam się o czym
          on jest i do kogo kierowany. Czy mam się bać przyszłości, w której religia i pary
          homoseksualne zdominują świat ? Czy film  jest za, czy przeciw.  Od połowy nie
          miałam wątpliwości. A finał jest po prostu szokujący. Taki mniejszy kaliber
          "Requiem dla snu", co uznaję za komplement dla twórców "Love...".
          By nie konfrontować się z niepokojem (czy przerażeniem), który pozostawia
          po sobie ten film włączyłam kolejny. I to była dobra decyzja :) Może nie lekka,
          ale z pewnością lżejsza i zabawna historia wyczynów pewnego księdza na
          chorwackiej wyspie znacząco poprawiła nam nastrój. Poza tą łyżką dziegciu
          na końcu. W pamięci pozostaje pociągająca wyspa na Adriatyku i spójna z obrazem
          muzyka Kusturicy.



188.2017

07/07 -  Piątek zakończył bardzo pracowity tydzień. Delegacje, płace, pismo
            do pracownika. Ludzie pokazują mi jak bardzo ograniczoną mam wyobraźnię,
            że nie ma czegoś takiego jak granica bezczelności i cwaniactwa.
            Z radością wyszłam z pracy.
           
            Wieczorem przyjechał syn nr1. I w tej sytuacji nic więcej do szczęścia
            nie jest mi potrzebne.

sobota, 8 lipca 2017

187.2017

06/07 - od dziewiątej sekundy tej piosenki wiedziałam, że to miłość :)


       
            Z pracy wyjechałam dwie godziny później niż zwykle.
            Wracając zatrzymałam się przy straganie z kwiatami :)
            Miałam kupić mamie 3 begonie. Skończyło się na 5 begoniach, 3 rozwarach,
            2 lawendach i 1 bakopie. Ehmy :)

            A o samotnym biegu 1/8x4 lepiej nie wspominać. Maskara, dramat i rozpacz :/

188/365


Policzyłam bardzo skrupulatnie urlopy pozostałe pracownikom. Policzyłam nawet 2016 rok. Wyszło mi kompletnie inaczej niż księgowemu. Hmmm... Za to bardzo mnie cieszy zaprowadzony porządek w segregatorze ze sprawami pracowniczymi.
Na poczcie odebrałam zamówione próbki perfum. Tyle szczęścia! Testowanie zaczynam od Elixir des Merveilles Hermesa. Zachwyciły mnie opisy użytkowników, zaintrygowały nuty zapachowe. Mam wrażenie, ze dostałam zepsuta, zleżała próbkę bo to co czuje (jakas dziwna, słodka substancja, jakby leżała latami w oknie wystawowym kiosku Ruchu) nijak ma sie do tej pomarańczy, karmelu, żywicy której się spodziewałam! Przed snem aplikuje na szyje Le Parfum Lalique. Na początku jest cieżko i słodko, ale rano... ten cudowny zapachowy ślad na poduszce, wyobrażam sobie jak pięknie musi wybrzmiewać otulając szalem, golfem, swetrem w zimowe, mroźne poranki...

187/365

Dzień w pracowni. Z wiertarką, z takerem, taśmami tapicerskimi. Z ulgą witam przelew za "stolarskie" zlecenie, przy którym bardzo dużo zrobiłam. 
Przed snem czytam kilkanaście stron "Willi Misteriów" Davida Hewsona, znów pod wrażeniem kunsztownego oddania klimatu opisywanych miejsc. Niby kryminał ale każdy tego autora sprawia, ze chcę odwiedzić opisywane miasta - Amsterdam, Wenecje, Rzym...

I pewnie dlatego śni mi sie ognisty romans w rzymskiej scenerii, ha!:)

czwartek, 6 lipca 2017

186/365

Kupiłam maliny i wuchtę warzyw na wildeckim rynku. W pracy opanowała mnie taka senność, że potrafiłam nic zrobić. Ziewałam, ziewałam... zebrałam się i pojechałam do ulubionej małej cukierni po ciastko. Były jagodzianki! Oczywiście kiedy wróciłam do firmy kompletnie zapomniałam o ciastku:) Przeziewałam te godziny, a kiedy wróciłam do domu z ulgą padłam na łóżko i spałam ponad dwie godziny. Wieczorem przypomniałam sobie o jagodziance. Nie spodziewałam się, że będzie tak wspaniała!
Z radością powitałam informację, że w audiotece dostępna jest "Simona" Anny Kamińskiej, książka którą od dawna mam na "chciejliście". Włączyłam bezpłatny fragment i... trochę nie pasuje mi lektorka (Kinga Preis), co mnie zadziwia bo jako aktorkę ją uwielbiam. Tu czyta jakoś niepewnie, dziwnie. Ale chyba dam szansę:)

środa, 5 lipca 2017

186.2017

05/07 - skończyłam mc w br1. Czuję się wyczerpana :/ Sama praca jest
            ciekawa, lubię ją, tylko dużo tego wszystkiego. Ale to i tak
            najmocniejszy punkt dnia. Trochę jak wyjście na wolność :))
         
            Syn nr2 kupił truskawki - te dobre. Po południu pojechaliśmy
            do Tesco, wpadliśmy do rodziców, zrobiłam zakupy.
            Wieczorem spacer z psem. Aha ! I dałam sąsiadce 10 zł na
            zeszytową zbiórkę na - jak określiła - marmury w kościele :)
         
            Kroiłam truskawki na kolację, a w Trójce taka spójna ze mną
            muzycznie (bo tekstowo nie wiem) piosenka :)

185/365

Oczywiście znów nie udało mi się wstać tak wcześnie jak chciałam. Do pracy poszłam więc we wczoraj umytych włosach. I o dziwo! Nawet nie musiałam ich jakoś spinać bo wyglądały bardzo dobrze. Włożyłam ulubione dopasowane dżinsy, botki zamszowe, lnianą koszulę - i cóż - zachwyciłam się odbiciem w lustrze, mimo że bardzo zwyczajny to strój i wygląd. Zwyczajny ale taki mój. Matko, jakie to próżne! i jak bardzo mi potrzebne;)
W pracy pół dnia w pracowni, z wkrętarką w dłoni, bardzo to lubię. A w skrzynce list dobry i ciepły. Na obiad moja ukochana zupa z letnich warzyw. I  jeszcze sześćdziesiąt stron książki do poduszki.

184/365

Nienawidzę wstawania na dźwięk budzika. I nawet nie działa fakt, że włączam kilka drzemek i wstaję niemal godzinę później niż powinnam. W pracy telefon, że jednak zwolniło się miejsce na półkoloniach i możemy G. przywieźć nawet zaraz. Pędzę uradowana do domu a tam... ryk, bo G. już się nastawił, że ten tydzień będzie w domu. Na nic tłumaczenia, przekonywania że będzie fajnie, dobrze. Na szczęście G. rozumie, że tak trzeba. A mnie trochę łamie się serce. Ale tylko trochę, bo wiem że odbiorę radosne dziecko.
Na rynku jak zwykle tracę rozum na widok tanich i pięknych czereśni, malin, bobu. Więc na obiad naleśniki z serkiem i malinami - pierwszymi w tym roku.

wtorek, 4 lipca 2017

185.2017

04/07 - praca i br1. Po południu pojechaliśmy z synem nr2 do galerii.
            Dopiero teraz czuję jaka byłam dzielna, gdy kupowaliśmy dla
            niego trochę bielizny z intencją na po wakacjach... Bo teraz to
            chce mi się płakać, że wyjedzie :(
            W biedrze dokupiłam jeszcze 3 miseczki. Uwielbiam je !!!
            Z każdym razem gdy je widzę myślę o eM., bo nie wiem, czy
            przed rokiem sama bym je wypatrzyła :)


         
            Dziś 1/8x4 już trochę naprawdę biegłam ! Aaaaaaaaaaaa !!!! :))))

184.2017

03/07 - do pracy poszłam ubrana na biało :) co kiedyś było nie do pomyślenia.
            Wyszłam poirytowana (bez związku z bielą), bo jest trochę kłopotliwych
            spraw, które mogą zakończyć się kontrolą. No zobaczymy.

            Po pracy nigdzie nie musiałam jechać. W biedrze kupiłam 3 miseczki,
            z "nowej edycji" (5,99)  oraz najlepszą maskę złuszczającą do stóp.



              Po powrocie do domu sfotografowałam ogródek. Powala mnie różnica,
              między zdjęciem z kwietnia a tym lipcowym. Tempo w jakim te rośliny
              wypełniają przestrzeń jest zachwycające :) To nie chodzi o moje ego,
              bo ja je tylko posadziłam, resztę robi natura, która dodaje mi wiary
              w swoją potęgę.



poniedziałek, 3 lipca 2017

183/365

Posprzątałam łazienkę. Ale jak! Przetarłam każdą fugę, każdą uszczelkę, każdy zakątek. Wyrzuciłam dużo kosmetyków, które gdzieś śladowo i ledwie na dnie albo już po terminie. I bardzo mnie zdziwiło, że to wcale nie zajęło jakoś bardzo wiele czasu. Naprawdę chciałabym takim entuzjazmem wykazywać się znacznie częściej, bo jednak kojąco działa widok uładzonego czystego wnętrza.
Obiad nasz letni ulubiony - bób, młode ziemniaki, fasolka z tartą bułką i jajko sadzone.
Wieczorem podjechałam do firmy wydrukować formularze dla US.
I tak skończyła się niedziela...

182/365

W sobotę miałam plan spać aż do powrotu G., czyli do 10. Czy muszę dodawać, że obudziłam się chwilę po 6 i przez pół godziny przewracałam się z boku na bok, że nie mogłam zasnąć? W końcu usnęłam a chwilę później obudzili mnie śmieciarze:)
Przedpołudnie spędziłam w pracowni na pakowaniu tego i owego. A popołudnie spędziłam na robieniu pizzy (którą miał upiec G. ale jakoś nie wykazywał chęci), wieszaniu prania i oddawaniu się prozie życia. Ach, i na przeglądaniu stron o perfumach. Pocieszające, że nie muszę ich kupować, że zadowalam się tylko czytaniem o nich i wyobrażaniem sobie, dopasowywaniem do siebie...
Na deser kupiłam ulubione lody Palermo z Fawora. Oczywiście zapomniałam o nich, co doskonale pokazuje jak lichy jest mój pęd do słodyczy:)

181/365

Okazało się, że ktoś chce kupić coś, co chcemy sprzedać. No, perspektywa przypływu gotówki zawsze cieszy. G. poszedł do kina. Padałam na wieść, że w kinie kubełek popkornu i cola kosztuje 26 pln! Autentycznie nie uwierzyłam i sprawdziłam na paragonie. Nie ogarniam, naprawdę nie ogarniam takiej ceny... 
W ramach hucznego obchodzenia piątku postanowiliśmy zrobić G. niespodziankę i w drodze na nocowanie u babci zabraliśmy go do Krasza. Było wszystko, łącznie z listkami mięty, które są idealnym podkręceniem smaku mięsa, warzyw i sosów.

niedziela, 2 lipca 2017

183.2017

02/07 - obudziłam się z przeświadczeniem, że jest poniedziałek... trochę mi
            ulżyło, że jednak niedziela. Zwlokłam się z łóżka i poczłapałam
            na górę malować sufit w łazience i przekonać się na własnej skórze,
            czy farba nadal będzie odstawać. Inwestycja w dulux (oraz wczorajsze
            zabiegi) przyniosły efekt. Udało mi się pomalować i wyglądał nieźle.
         
            Koło południa uczyłam syna nr2 robić duszoną karkówkę i smażone
            ziemniaki. Dobrze mu idzie, więc uznał, że gotowanie codziennych
            potrwa jest banalnie proste i stracił zainteresowanie tematem.

            Wieczorem D. wyrównał szpachlą kilka zbyt mocno przytartych miejsc.
            Jutro syn nr2 przemaluje sufit jeszcze raz i chyba będzie można uznać
            odnowę łazienki za zakończoną ! Aha... jeszcze sprzątanie :/

            Padł kolejny rekord życia !!! 1/8x4 !!! :D
            (Następnie tygodnie: 1/9x4, 1/10x4, 1/15x3... a dalej nie chcę pamiętać,
            bo tracę rezon :))

sobota, 1 lipca 2017

182.2017

01/07 - wichura w tygodniu połamała gałęzie tulipanowca. Przyjechał D.,
            żeby je powycinać. Wyszlifował też sufit w łazience i pomalował go
            gruntem. Idealny ex-mąż :)
            A mnie tym razem pizza wyszła !!!!!!!!!! :)))



181.2017

30/06 - ostatni dzień czerwca. Niecierpliwie czekałam na wyniki z matury.
           Uprałam spodnie, w których podobno była karteczka z loginem i hasłem
           do konta, na którym od północy można było sprawdzić punkty, więc
           dowiedziałam się dopiero o 11. Nie spodziewałam się, że ogarnie mnie
           taka panika... Do 29 czerwca w ogóle nie denerwowałam się, a tu nagle
           taki boom strachu. Na szczęście wyniki są bardzo dobre, choć nie aż tak,
           żeby załapać się na AGH. Może to i lepiej :) Następny w kolejce Gdańsk.