piątek, 30 czerwca 2017

180/365

Coś się kończy. Wczoraj rozmawiałam z P., zaproponował porozumienie stron. W US usiłowałam załatwić złożenie jednego formularza. Oczywiście urząd ulokowany w centrum miasta, w kamienicy, gdzie pomimo wakacji trudno znaleźć miejsce do parkowania. Kiedy w końcu znaleźliśmy, odstaliśmy w kolejce to okazało się, że... to nie ten Urząd:) Pojechaliśmy kilka ulic dalej, znów szukaliśmy miejsce do zaparkowania. Już przy okienku skojarzyłam, że nie wzięłam kopii do potwierdzenia. Zapytałam, czy jest możliwość skopiowania formularza - nie ma, ksero w US jest zepsute. W budynku nie ma też punktu ksero więc musiałam przebiec kilka ulic, żeby wydać 60 groszy na skserowanie dwóch stron. Kiedy wróciłam do okienka pani stwierdziła, że formularz ma złą datę, i jeśli zmienią ją odręcznie, to ona go nie przyjmie. Cóż... Właściwie to jest zabawne, nie wiem czy na pierwszej linii zawsze sadzają takie antypatyczne baby? 
Na obiad naleśniki z serem waniliowym i truskawkami. Wczoraj wybitne:)
Wieczorem obejrzałam film na Netflixie. Poruszający, piękny i okrutny. Płakałam.
A w filmie cudowna piosenka:



czwartek, 29 czerwca 2017

180.2017

29/06 - pobiłam rekord wytrzymałości... Praca, br1, br2.  Wyszłam o 21:20.
           Miałam taki mętlik w głowie ze zmęczenia, że myślałam, że oszaleje.
           Ostatnio gdzieś przeczytałam, że ktoś (nie pamiętam kto) biega, bo to go
           relaksuje. I tak... spróbowałam :) Ostatni cykl 1/7x4 za mną !
           Fizycznie dobiłam się, ale psychicznie chyba faktycznie poczułam odprężenie.

           W drodze z br1 do br2 zatrzymałam się na pasażu i kupiłam truskawki.
           Sprzedawcy już się pakowali, było po 18. Zmęczona (ale i chytra) baba :)
           sprzedała mi owoce z łubianką za 18 zł. Nawet nie chciało mi się myśleć,
           że jakoś drogo (jak na nasze realia) ale jej mąż dodał mi małe opakowanie
           agrestu mówiąc, że to gratis, bo truskawki zmokły podczas ulewy.
           Chytra baba nie była zadowolona, ale mnie się jakoś miło zrobiło,
           zwłaszcza, że na piątek mam w menu sałatkę z agrestem, a wypadło mi to
           z głowy :) I tak, sporo truskawek musiałam wyrzucić, ale te, które zostały
           są ładne i smaczne.

179/365

Rano pomyślałam, że nie mam co liczyć na przychylność losu więc jeśli chcę mieć miły akcent w tym dniu, to muszą sama o niego zadbać. I tak zrobiłam obiad, obiad marzenie... Młode gotowane ziemniaki podane z masłem i koperkiem, bób i fasolka szparagowa polane tartą bułką, surówka z młodej kapusty i jajko sadzone. G. stwierdził, że - za wyjątkiem ziemniaków, których nie lubi (jak można!?) - taki obiad mógłby jeść codziennie. Litościwie pominęłam, że oporządzenie warzyw zajęło mi godzinę, co przekreśla takie plany obiadowe. A ponieważ ziemniaków i bobu ugotowałam duuuużo to z reszty zrobiłam sałatkę z dodatkiem rzodkiewki, pesto i świeżych liści bazylii. 
Właśnie za tą warzywną i owocową obfitością tęskniłam tak bardzo:)

179.2017

28/06 - urlop w br1 przerwany telefonem od B. Zupełnie nieoczekiwanie
           życie zmusiło mnie do tego, by przejechać łącznie 300 km w dużej
           części nieznaną mi trasą. Czy - pomijając dramatyczną bądź co najmniej
           trudną sytuację B.  - doda mi to odwagi do wypuszczania się autem
           w dłuższe trasy ? Nie wiem. Na pewno cieszę się, że tę przetrwałam :)
           W drodze Piotr Kaczkowski puścił - tak jakoś tematycznie...

      

           W nocy straszna burza, ale w domu czułam się tak bezpiecznie, do tego
           byłam tak zmęczona, że jedynie zarejestrowałam ten fakt.

178.2017

27/06 - to był taki dzień, o którym ciężko coś napisać... Może, że
            z ulgą dotarłam do domu i z ulgą nie poszłam do biedry oglądać
            nagrania monitoringu, bo niezależnie od rozstrzygnięcia, tak jak
            się spodziewałam, mama była niezadowolona. Zostaliśmy obdarowani
            wzgardzonymi przez mamę pomidorami i kabanosami, które oddał sklep.
            Była u mnie Ir., pochwaliła kwiaty... ale ja nie miałam nawet siły gadać.
            A wieczorem całkiem znośnie przetruchtałam 1/7x4.

środa, 28 czerwca 2017

178/365

I znów mam problem, co dobrego o tym dniu napisać...
Pojechałam do mojej "ulubionej" instytucji złożyć podpis i dwie pieczątki pod dokumentem. Zrobiło mi się przykro, że tyle starań i dobrej woli właściwie na nic. Na pocieszenie wstąpiłam na rynek i kupiłam piękne, ciemne truskawki. I bób, młody bób. A nawet wędzoną makrelę;)
A skoro byliśmy blisko cukierni serwującej dobre lody - to skusiliśmy się na dwie gałki. Zamówiłam smak gianduja i wiśnia. Jakie było moje zdziwienie, kiedy gianduja w tym wydaniu okazała się... biała. Zapytałam, czy pani nie pomyliła się. Nie, u nich gianduja to cytryna z limonką. Pytam od kiedy skoro to właśnie u nich pierwszy raz spróbowałam smaku gianduja? Pani stwierdziła, że tak ma napisane, jest pierwszy dzień po urlopie i nic nie wie. Uznałam, że nie ma sensu wykłócać się o smak gałki lodów za 2,50. A później oczywiście pożałowałam, bo cytryna z limonką miała dziwny, mydlany posmak. 
Położyłam się o 21. Nie mam pomysłu, jak przywrócić sobie żywotność.

wtorek, 27 czerwca 2017

177/365

Odstawiliśmy G. na półkolonie, minę miał nieszczególną kiedy okazało się, że jest jednym z pierwszych dzieci. Trochę się gryzłam, czy mu się podoba, czy odnalazł się w towarzystwie. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To jednak nie jest przedszkolak tęskniący za mamą i kiedy musi, to potrafi integrować się towarzysko. Wracaliśmy do domu słuchając podekscytowanego dziecka opowiadającego o dniu pełnym wrażeń. Że na warsztatach kulinarnych mielili ziarna na mąkę, a później robili i piekli pizzę, i że to takie proste i fajne. No chyba tak skoro w domu ochoczo zabrał się za obieranie marchewek i tarcie ich na surówkę. Zadzwonił też do babci z zaproszeniem na sobotnią pizzę, którą sam zrobi! Jaki kamień z serca - byłam pewna, że będzie tam smutny i zagubiony więc ogromna ulga, że podoba mu się i już mam rezerwować termin na następne wakacje;)

177.2017

26/06 - wstałam zmęczona. a to dopiero poniedziałek...
           Dostałam wiadomość, że córka B. urodziła - po ponad dobie akcji
           porodowej. Szczęśliwie wszystko w porządku. Ale poza tym, pomimo
           przepięknych butów - zadebiutowałam na chyba 12-cm wygodnej koturnie -
           zakupu farby do sufitu oraz ubranek niemowlęcych w ramach prezentu,
           to był trudny i ciężki dzień. W pracy dużo przytłaczających spraw,
           przez przeoczenie szefowej niespodziewanie musiałam jechać do br2,
           a w międzyczasie poszukiwałam tatę, który wyszedł na półgodzinny
           spacer... Znalazłam go po 4 godzinach, gdy maszerował dziarsko do domu
           w zupełnie przeciwnym kierunku...

poniedziałek, 26 czerwca 2017

176.2017

25/06 - postanowiłam, że pojedziemy do Ol. do syna nr1. Przyjechaliśmy
           na 16, bo tak dopiero mógł wyjść z pracy. Do tej pory czuję to ściśnięcie
           serca i radość, gdy zobaczyłam jak idzie na przeciwko nas...
           Pojechaliśmy na plażę nad jeziorem Ukiel i muszę przyznać, że to miejsce
           zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie. Teren jest zagospodarowany
           rewelacyjnie, wijąca się promenada odgradza plaże i pomosty od części
           sportowej, boisk, placów zabaw, wyglądających naprawdę fajnie kawiarenek
           i małej gastronomii. Później pojechaliśmy d GH, kupiłam (jak się okazało
           wymarzone i oglądane od tygodni) buty sportowe dla syna nr1 oraz zupełnie
           przez niego nie planowane spodnie :) Zjedliśmy w KFC, ale coś mi Vitalia
           odebrała pro-kurczakowy zapała :)
           Później przeszliśmy przez część Starówki, obeszliśmy Zamek Kapituły 
           Warmińskiej, vis a vis pracuje syn, a potem ... trzeba było wracać do domu.
           Cóż, przynajmniej w takie dni okazuje się, że jesteśmy kochającą się rodziną.
           A serce do tej pory mnie boli, gdy pomyślę, że mój syn, ten wyższy ode mnie
           o głowę chłop poparzył sobie gorącą patelnią palce...

175.2017

24/06 - rano pojechałam po D. ponieważ nie wiedziałam czego spodziewać się
           po powrocie do domu ze strony sąsiadów za moje konfidenctwo.
           Niepotrzebnie.
           Przez cały dzień D. robił oblistwowanie brodzika, przykręcił wentylator
           i zamocował drzwiczki rewizyjne. Zostało pomalować sufit i lifting łazienki
           będzie można uznać za zakończony.
           Zrobiłam pizzę wg przepisu eM. bo syn nr2 spał do 14-tej. Nic z tego !
           Ciasto drożdżowe to nie moja bajka, co potwierdziło się po raz kolejny !!!
           Najpierw było zbyt rzadkie, dodałam drugie tyle mąki, w końcu coś tam
           wyszło, trzymałam to coś w piekarniku o 2 minuty za długo i spód był
           w połowie spalony ! Poddaję się !!! :)
           Wieczorem poszliśmy biegać nowy cykl 1/7x4. Było dość późno (21), chłodno
           i to, co wydawało mi się nieosiągalne i przerażające całkiem spokojnie
           przeczłapałam. Największe zaskoczenie poczułam, gdy położyłam się spać.
           Miałam wrażenie, że moje nogi są lżejsze o jakieś 20 kg !!!


174.2017

23/06 - naprawdę to poczułam, że jest piątek i jak bardzo, ale to bardzo
           cieszę się z tego powodu ! Wyszłam z pracy wcześniej, żeby dowiedzieć
           się jak działa ePue. No dupy nie urywa, bo najważniejszy dla mnie wykaz
           zaświadczeń lekarskich (dawniej L-4) w pełni nie działa.
         
           Byłam z mamą w Obi, później pojechałyśmy po kwiaty. Kupiłam piękną, bladoróżową
           fuksję, różowy rozwar, begonię, dwie miniaturowe petunie, białą pelargonię
           i lobelię. Wobec kwiatów całkowicie puszczają mi hamulce... Powyrywałam
           bratki, żeby w gazonie posadzić nowe rośliny... i płakać mi się chciało, bo część
           miała pąki, wręcz bolało mnie to rwanie.
         
           Wieczorem sytuacja zmusiła mnie do nocowania poza domem, wylądowałam u B.,
           gdzie w wyniku porządkowania jej stanu posiadania (obuwniczego) zostałam
           obdarowana m.in.takimi i takimi cudami :D
         

176/365

Kolejna zmiana pogody, kolejny ból głowy, który usiłowałam wygnać snem. Przespałam pół dnia a głowa nie przestawała boleć. O 17 poddałam się i L. pojechał kupić Solpadeinę. Wypiłam, zasnęłam i obudziłam się już bez bólu. Skończyłam słuchać "Projekt Rosie" i wzięłam się za prasowanie. To jednak nie była moja ulubiona niedziela.
Za to trzy rożki zjedzone w ramach deseru...:)

175/365

Wstałam wcześnie a ponieważ jechałam na badanie lipidogramu i poziomu cukru - nie mogłam zjeść śniadania. Czy muszę dodawać, że jak na złość byłam okrutnie głodna?:)
Badanie wyszło rewelacyjnie, wszystko w normie, cukier niski. Tylko pani laborantka zwróciła uwagę, że mam bardzo delikatne żyły i warto je wzmocnić. W drodze powrotnej z festynu podjechaliśmy jeszcze na lody do Kolorowej. I znów mieliśmy szczęście, bo nie było kolejki. Za to był mój ulubiony smak czyli mascarpone z czarną porzeczką, a jako drugi wzięłam sorbet malinowy z porto:)
W domu ugotowałam zupę jarzynową na młodej włoszczyźnie, z młodymi ziemniakami i kapustą. Bardzo już tęskniłam za tym lekkim smakiem młodych warzyw, niby nic a jak cieszy. A wieczorem poszłam z G. i Zaspą odprowadzić dziecko na nocleg u babci. 

174/365

Plan aby na zakończenie roku założyć sukienkę totalnie nie wypalił. Padało, wiało i zdecydowanie nie była to sukienkowa pogoda. Odprowadziłam G. na uroczystość a sama pognałam do ulubionej cukierenki i kupiłam dwie jeszcze ciepłe drożdżówki z serem, które pożarłam wręcz nieprzyzwoicie. Do popołudniowej kawy kupiłam małe pączki z serowym nadzieniem i babkę truflową z wiśniami.
Na zakończeniu w klasie okazało się, że dostałam dyplom! No to się zdziwiłam, bo mam wrażenie że w tym roku to wyjątkowo niewiele się udzielałam. Wróciłam do pracy, wróciłam  - niestety - z bólem głowy, który mimo przyjęcia tabletki trzymał mnie do późnego popołudnia. 
Wieczorem obejrzałam dwa odcinki "07 zgłoś się", serialu do którego mam wyjątkową słabość. Ale on faktycznie aktorsko, reżyserko i scenariuszowo trzyma poziom.

piątek, 23 czerwca 2017

173/365

Rano w trójce piękna piosenka, możliwe że nigdy wcześniej jej nie słyszałam?


A później... Świecie, ech świecie... takiego afrontu to się nie spodziewałam. Ale przyjęłam do wiadomości, bez dramatu, bez łez chociaż z poczuciem, że znów robię za Hioba.
Na pocieszenie w trójce kolejna piękna piosenka, którą tak dobrze było sobie przypomnieć.


Po pracy jadę z G. na ostatni w tym roku szkolnym, wydłużony trening. Od trenera słyszę, że G. zrobił wielki postęp i ma zadatki na bramkarza, bardzo się odnajduje i przykłada grając na tej pozycji. Ech, no to będziemy brnąć w tę piłkę;)

173.2017

22/06 - dzień wybitnie zakupowy. Zamówiłam Apricot oraz cztery kolorowe shirty
            yyyy :) Widocznie mam wielkie zapotrzebowanie na nasycone barwy.

            Wstępnie skończyłam w br2.
            Syn nr2 zrobił pizzę z przepisu eM. Zostawił mi mały kawałek. Wyszła
            świetna !!! Lekka, chrupiąca ale też miękka :)
  
            W ramach brawo ja pomimo ogromnego, by nie powiedzieć skrajnego
            zmęczenia przeczłapałam 1/6 x 4. Jeśli odzew od Wszechświata -
            uzewnętrzniony przez dziada na rowerze komentującego, że przy takiej
            nadwadze, to powinnam dać sobie spokój - miał być mobilizujący, to:
            Wszechświecie -  nie był !!!

172.2017

21/06 - pierwszy dzień lata, duszny. Kwiaty przed domem kwitną jak szalone.
           W drodze do br2 kupiłam dla mamy znowu truskawkowe truskawki.
           W biurze ogarnęłam 1/3 firm.

           Wieczorem z bólem serca powyrywałam bratki. Biedne już były, zwisały
           przerośnięte i żałosne. W ich miejsce do gazonów posadziłam begonie.
           Rozkwitły pelargonie w skrzynkach i naprawdę jest pięknie przed domem.
       
         

czwartek, 22 czerwca 2017

172/365

I znów pół dnia w pracowni, niewiarygodne jak szybko umyka czas, kiedy robi się coś konstruktywnego. W międzyczasie dwie urzędowe sprawy, które załatwiałam zdalnie. Tak, jestem wielkim fanem wszelkich ePUAPów i innych takich. Ale żeby nie było zbyt prosto jedną z wiadomości musiałam odczytać za pomocą programu służącego do weryfikacji podpisu elektronicznego. Nie brzmi groźnie, póki na rządowych stronach nie trzeba znaleźć takiego programu. A później obsłużyć go bez instrukcji. Wiadomo - intuicyjne to nie jest, więc jestem dumna z faktu, że odczytanie korespondencji z urzędu zajęło mi tylko pół godziny;)

Rano nie wysuszyłam włosów suszarką, do pracy przyszłam z rozwichrzonymi falami. P. zapytał czy byłam u fryzjera zrobić trwałą. Kiedy przywołałam w wyobraźni wizję mnie u fryzjera z wałkami do trwałej nie mogłam przestać się śmiać:)

środa, 21 czerwca 2017

171/365

Przekazałam dokumenty księgowemu. Rozmawiał ze mną jak człowiek, coś poradził, coś zasugerował. A wszystko w duchu wyrozumiało-współczującym. I jeszcze pocieszył mnie stwierdzeniem, że pracownicy moi mają bardzo przyzwoite wypłaty. 
Pół dnia spędziłam w pracowni docinając, zgrzewając, itp. Jednak lubię tę manufakturę, zawsze wracam z przekonaniem, że nareszcie zrobiłam coś wymiernego, konkretnego i pożytecznego. 
Upał mnie chyba bardzo zmęczył bo usnęłam przed 21. Obudziłam się w nocy - już świtało, wpuściłam koty, skubnęłam i zjadłam kilka poziomek. Piękne są takie ciepłe, czerwcowe noce...

171.2017

20/06 - zaczęłam mc w br2 i od samego myślenia o tym, jestem zmęczona.
           Wychodząc zapomniałam parasola, ale na szczęście nie padało. Poza
           tym nic straconego - wkrótce odbiorę.
         
           Po upalnym dniu zdecydowałam się na bieg w spodniach dresowych 2/3,
           których mam z 10 par (z paczek)  i szczerze ich nie znoszę :) niemniej
           okazały się wprawdzie niewyględne, za to wygodne :)

           Po kilku dniach z zalukaj włączyłam tvn24, wytrwałam 2 min newsów
           i przełączyłam na film... Nie jestem w stanie konfrontować się z obecną
           rzeczywistością polityczną.

          Ach ! Znalazłam plus dnia :) Nowe buty do biegania są super :)))

wtorek, 20 czerwca 2017

170.2017

19/06 - upał tropikalny - w moim aucie na pewno. Przez klimatyzator w pracy
            odczuwany na zewnątrz dobitniej. Co prawda padam :) ale nie ma co
            na te gorące 5 dni w roku narzekać :)
         
            Robiłam zakupy w bierze, kasjerka wbiła mnie w podłogę pytaniem
            o zdrowie taty. Nie przyszło mi do głowy, że one kojarzą, że jestem
            córką... A przy ostatniej akcji "2x płacę za jedne zakupy" zrobił
            w sklepie awanturę.

           Po południu podjechałam do G., żeby zrobić depilację nóg woskiem.
           Śmignęła i zrobiła, a sama bujam się z plastrami godzinami...
         
           W domu obejrzałam ostatnie odcinki "Teorii..." a wieczorem
           wraz z synem nr2 zamknęliśmy tygodniowy abonament VIP na
           Zalukaj za 3,99 kinowym hitem. Tzn, zamknął syn, bo ja zasnęłam.

170/365

Włożyłam lnianą, krótką sukienkę kupioną dwa tygodnie temu w Lidlu. Tak, tę która wzbudzała wątpliwości więc zamierzałam ją oddać. Początkowo czułam się w tej krótkości przed kolano trochę nieswojo ale pod koniec dnia uznałam, że ją uwielbiam:)
Odkurzyłam zapomnianą maskę do włosów. Kiedyś robiła mi totalny przyklap a teraz... jest idealna: włosy miękkie, nawilżone, ładnie się układają. Czuję się jak mistrz recyklingu!:)

poniedziałek, 19 czerwca 2017

169/365

W niedzielę jedziemy na obowiązkowy festyn do klubu piłkarskiego więc nie ma długiego spania, niestety. Przymierzam wszystkie moje letnie sukienki i lustro mówi, że tak - mogę je nosić. Więc zakładam tę lat temu kilka kupioną w Zalando, jestem niezwykle szczęśliwa, że mogę bezproblemowo korzystać z obfitości mojej szafy (tak, jestem kobietą, która ma się w co ubrać!). Na festynie siedzę na trybunach, wieje wiatr, świeci słońce, włosy jaśnieją...
Na obiad robię pizzę. A później siadam na fotelu bujanym i słucham Borysa Szyca tak cudownie i ze swadą czytającego audiobooka. O fatalnym i przegranym meczu naszej reprezentacji w siatkarskiej Lidze Światowej nawet nie wspominam. Przed nami ostatni tydzień nauki w tym roku szkolnym. Tak szybko minął...

168/365

Śpię długo, bardzo długo. A zanim wstanę oglądam pozostałe odcinki najnowszego "Orange". Pada, wieje, zimno więc na obiad robię ulubione wszystkich naleśniki z serem i truskawkami. Na deser zjadamy resztę czwartkowych lodów, chociaż upiekłam też placek drożdżowy z rabarbarem i truskawkimi. Wieczorem znów wzruszam się na moim ulubionym filmie. A przed snem włączam idealną na smutki lekturę:)

167/365

Na piątek zaplanowałam pieczenie chleba i wyjazd do pracy. Na chwilę. Z chwili zrobiły się cztery godziny a zapisane sprawy związane z ośmiotysięcznikiem sprawiły, jakby szczyt jeszcze się wypiętrzył. Tyle trzeba dopilnować, tyle załatwić. Pan K. zajadał się moim sernikiem. Podziękował za chleb. Mam wrażenie, że tak po ludzku nawet mnie lubi:) Przed snem duża porcja "Orange...". To nie jest najlepszy sezon ale spotkanie z niektórymi bohaterkami - dobre i wzruszające.

166/365

Wstaję wcześnie, piekę sernik z truskawkami i kruszonką. Robię lody z pieczonych truskawek, z dodatkiem balsamico i czarnego pieprzu. I jeszcze surówkę do obiadu, i obiad z udziałem bobu i pesto. Przyjeżdża mama, chwali obiad, sernik i lody. A ja czuję, że naprawdę lubię karmić ludzi, że tego czasu spędzonego w kuchni nie umiałabym uznać za stracony. Taki dzień bez trosk, bez chmur...

169.2017

18/06 - prawie cały dzień oglądałam 9 i 10 sezon Teorii wielkiego podrywu.
           Uwielbiam ten serial. Gwarantuje mi taki relaks i odprężenie, jak kilka
           godzin w SPA :)
         
           Zrobiliśmy z synem nr2 żeberka po amerykańsku wg przepisu pani
           Katarzyny Pospieszyńskiej. Receptura hołubiona jest przez całą rodzinę
           i przyjaciół :))) I niestety, 1 kg mięsa jest na raz !

          Wieczorem nowa seria 1/6x4. W konfrontacji z innymi biegaczami jestem
          żółwiem. No tak, przygnębiło mnie to. Ego cierpi :)

168.2017

17/06 - pomalowałam rano włosy. Na opakowaniu jasny blond, na moich
           złotawo-zielone :) ale i tak jestem zadowolona :)
       
           Syn nr2 zrobił zupę pomidorową, sałatkę jarzynową (wykorzystanie
           warzyw z wywaru !:)) i pizzę ! Wobec mojego lęku przed ciastem drożdżowe,
           testowaliśmy gotowy, surowy podkład. To średni pomysł. Wyszła podeszwa...
           Ale i tak gorszy jest fakt, że wszystkiego próbuję i nie bardzo idzie to
           w parze z Vitalią :) za to okazuje się znienacka, że syn nr2 jest utalentowany
           kulinarnie, czego żadne z nas się nie spodziewało :))

           Wieczorem pojechałam do rodziców. Oparłyśmy się z mamą o komodę
           i patrzyłyśmy na nasze odbicia w lustrze. Mama powiedziała do mnie:
           zobacz, tak będziesz kiedyś wyglądała...
           Odparłam, że całkiem przyzwoicie :)
           To kolejny moment, w którym nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a ja czuję,
           że on jest dla mnie cenny, ważny, w jakiś sposób tkliwy i bardzo osobisty.
           Ale też chcę go zapamiętać, dlatego o tym piszę.

niedziela, 18 czerwca 2017

167.2017

16/06 - piątek. Po pracy zabrałam mamę do miasta. Załatwiła planowaną
            od 2 miesięcy sprawę, zrobiła zakupy w Obi oraz w Leclerku, przy czym
            miałam dziką (i wredną) frajdę, gdy przekonała się jak to jest robić zakupy
            ze swojej listy. W połowie miała dość :P
            Usiadłyśmy też w kawiarni. Kawa i lody :)
            Wzruszam się, gdy o tym myślę. Niby nic, po prostu przyjemnie...

            Wieczorem spotkałam się z D. Wręczyłam mu 2 naleśniki i porcję degustacyjną
            sosu bolognese wykonane przez syna nr2 :)

piątek, 16 czerwca 2017

165/365

Jadę do ukochanej instytucji wyjaśnić wątpliwości dotyczące terminów przedstawionych w piśmie. W aucie dociera do mnie wiadomość z innej instytucji, oczywista i przewidywana, ale... akurat dziś? teraz? tak? Mam dość tej środy. Ustalam z panem K. nowy plan działania i czuję się jakbym stała u stóp ośmiotysięcznika. Po pracy jadę do pań księgowych. Godzina w ogrodzie i wychodzę jak ze SPA. Zaczynają się wolne dni:)

164/365

Wracam z pracy zmęczona, chociaż nie bardzo wiem czym konkretnie. Kładę się na chwilę i zasypiam na godzinę. Na obiad robię szybkie mini-klopsiki, sos pomidorowy i makaron. Jedziemy do pana K. Wracam wykończona i z ulgą zasypiam. Przed snem próbuję nie myśleć o konieczności poukładania nowej sytuacji. Ale trudno od tego uciec. Może dlatego śni mi się jakaś gra planszowa, na której myszki walczą o kawałek sera..?;)

166.2017

15/06 - Boże Ciało... w swym heretyckim nastawieniu skupiłam się na tym,
            jak wrócić do domu, by nie wpaść na którąś procesję z sześciu -
            w 53-tysięcznym mieście - kościołów.
         
            90% dnia spędziłam w pozycji horyzontalnej. Obejrzałam cały sezon
            "Ani" - mam mieszane uczucia; Ugotowanego, środek przedrzemałam,
            lecz ocena na filmwebie 6,6 wydaje mi się wygórowana, a przed snem
            Światło między oceanami... I ten film faktycznie mnie zaskoczył.
            Bradley Cooper i Michael Fassbender,  aktorzy - dla mnie - o zbliżonym
            typie urody i teoretycznie podobny target do obsadzenia. W tej konfrontacji
            umiejętności Coopera wyglądają co najmniej blado, za to Fassbender wzbudził
            moją ciekawość z domieszką sympatii - jaki z niego będzie Harry Hole :)
            notabene... Charlotte Gainsbourg ma zagrać Rakel... buuuu !

           Przeczłapałam też ostatnie 1/5x4, od niedzieli dochodzi kolejna minuta.
           A tak w ogóle sam się wymyślił sposób na głośnomówiącego sąsiada :)
           Po powrocie z biegania rozciągam się przy zagłuszających go dźwiękach :))


         


165.2017

14/06 - wyjechałam z pracy z godzinnym opóźnieniem, bo zjawił się po
            długiej nieobecności bhp-owiec. Nawet nie byłam zła :)
         
            Podjechałam do galerii, kupiłam nowy jack-jack. Na pytanie pana
            w sklepie (do czego mi ten kabel jest potrzebny, bo ten który przywiozłam
            na wzór jest od Xboksa)  odpowiedziałam, że do połączenia komórki
            z samochodem, żeby mi audiobook działał przez... ehmy... samochód :)
            I wówczas się dowiedziałam, że to właśnie jack-jack !
         
            Wpadłam do rodziców, gdzie było więcej z konwencji horroru niż happy...
            Tata w sklepie 2x zapłacił za te same zakupy, raz 61 zł, a drugi raz 38 zł.
            Rzeczy za 20 zł nie przyniósł, bo przy drugim płaceniu zabrakło mu pieniędzy.
            Ale, że nic nie pamięta, poza tym, że był w biedrze, to nawet w sklepie ciężko
            coś reklamować, bo na drugim paragonie nic nie jest stornowane.

            Wobec powyższego z pełną premedytacją pojechałam wieczorem do
            B i L opijać ich nowe auto i topić smutki w limonkowym Ballantines,
            obejrzawszy wcześniej ostatni odcinek "Opowieści podręcznej"
            i pierwszy Ani.

środa, 14 czerwca 2017

164.2017

13/06 - pomimo trzynastego, w pracy spokojnie :)
           Zrzuciłam sobie na telefon z cd "Mistrza i Małgorzatę" i słucham
           po raz trzeci. Ostatnio obejrzałam połowę Elegii, o której kiedyś
           opowiadała mi eM. Bohater filmu mówi: "Czy "Wojna i pokój" stała się
           inną książką, ponieważ ją przeczytaliśmy ? Oczywiście, że tak ! Ale
           dlaczego ? Bo wnosimy coś do niej. Wnosimy nas samych. Co więcej,
           czytamy książkę po 10 latach i znowu się zmieni, bo my się zmieniliśmy.
           Piękno jest w oku obserwatora." Nie wiem, czy książka się zmienia,
           mój odbiór i kontekst życiowy za każdym razem jest inny.
           W ramach lekcji gotowania syn nr2 wykonał sos bolognese z pieczarkami
           i mięsem wołowym, oraz ugotował makaron i zupę pieczarkową
           na wywarze warzywnym :) Bardzo był z siebie dumny :))
           Będąc z nim w kuchni powiedziałam, że kocham teraz moje życie.
           Jest takie jak chcę, spokojne i szczęśliwe...
           Wieczorem zaliczone 1/5x4 :D
         

wtorek, 13 czerwca 2017

163/365

Znów trochę łez. Niby godzę się z tym wszystkim co się dzieje ale nie wychodzi.
Poszłam do laboratorium zrobić badania. Wieczorem zalogowałam się, ściągnęłam wyniki badań (zachwycona faktem, że tak szybko, zdalnie i sprawnie) no cóż - wyniki mam rewelacyjne. I to jest bardzo dobra wiadomość, tym bardziej że czuje się rozgrzeszona z niedostatecznej - w moim mniemaniu - dbałości o zdrowie.
Wieczorem wróciłam do czytania o bibliotekarzach z Timbuktu. Ale wciąż łapałam się na tym, że myśli uciekają do pań Chmura, na Piaskową Górę, do Grażynki Rozpuch. Widać moje związanie z tymi książkami, tęsknota za opowieściami jest tak duża, że nie pozwala skupić się na nowej lekturze. Więc odpaliłam nowy sezon "Orange is the new black" i obejrzałam trzy odcinki.

163.2017

12/06 - człapiąc w niedzielę mówiłam synowi nr2, że muszę kupić sobie
           buty do biegania. Nie, że jakieś specjalistyczne, ale potrzebne mi nowe
           i lekkie. I oto nadeszła paczka od siostry a w niej sportowe buty
           w ilość 2 par, w tym jedne idealne :))) Ponadto sporo ubrań dla mnie,
           w tym jeansowa, poprzecierana kamizelka. Nigdy nie miałam czegoś
           takiego i poczułam się młodsza o jakieś 15 lat :D

poniedziałek, 12 czerwca 2017

162/365

Śpię bardzo długo. Piekę zaplecioną wieczorem chałkę. Dziecko wraca od babci i razem jemy śniadanie - ciepłe pieczywo z masłem i pieczonymi truskawkami (z balsamico i pieprzem). Później gramy w karty, leżymy na kocu, polewamy się wodą z węża. Słucham ostatnich już rozdziałów "Chmurdalii" i jednak lubię Jadzię, dość ambiwalentnie ale lubię i rozumiem, być może odnajduję w jej postaci sporo siebie (to chyba powinno mnie smucić?)... Wieczorem oglądam "Dziennik Bridget Jones" ale nawet to nie pomaga na narastające poczucie lęku przed poniedziałkiem, konfrontacji z pracową, codzienną rzeczywistością.
Wieczorem zaczęłam czytać "Hardkorowych bibliotekarzy z Timbuktu". Pochłaniam kolejne strony i wiem, czuję że muszę bardziej zgłębić tę niewiarygodną historię Timbuktu, miasta na pustyni, miasta genialnego i tak bardzo zaskakującego. Przypominam sobie to Timbuktu z "Na wpół..." i wiem, że teraz w świecie rozszalałych ideologii, zaślepionych ludzi wszystkie te opisy są już tak bardzo przebrzmiałe i nieaktualne...

161/365

Kawa, kawa i w drogę - zapisać G. na półkolonie. Niestety, zapisy według kolejności zgłoszeń więc trzeba było zerwać się o świcie i stanąć w kolejce. Zaskoczyło mnie, że panie zaczęły przyjmować zgłoszenia sporo przed czasem. G. udało się wpisać na jeden turnus (i będzie z kolegami z klasy), na kolejny jest pierwszy na liście rezerwowej. To jeszcze muszę zagospodarować jedyne osiem pozostałych tygodni wakacji:/
W drodze do domu szybkie zakupy. Obiad. Pranie. A to wszystko tak lekko i beztrosko. Zadziwia mnie, że do poczucia szczęścia wystarcza fakt, że nie muszę iść do pracy, myśleć o pracy, martwić się, bać kolejnych przesyłek listonosza. To kilkadziesiąt zwyczajnych, banalnych godzin uszczęśliwia mnie w najwyższym stopniu.

160/365

Piątek. Boże, jak uwielbiam tę ostatnią godzinę pracy i perspektywę wolnych dni!
Na obiad naleśniki z serem i truskawkami. Później wyjazd na spotkanie "Małych naukowców" na Politechnice Poznańskiej. Pokaz "Fizyka Show" mnie zachwycił i rozbawił, aż nie wierzę, że młodzi w tym czasie woleli pod ławką grać w karty;) Po pokazach i warsztatach poszliśmy całą grupą do "Bar a boo", jestem tak przejedzona pizzą, że postawiłam na makaron z kurczakiem, szpinakiem i gorgonzolą, L. wziął filet z kurczaka sous vide (o matko! jakie to było pyszne!). Zamówiłam też aperol spritz, bo tyle się naczytałam... trochę rozczarował - miałam wrażenie, że piję visolvit doprawiony alkoholem. Więc razem z I. zamówiłyśmy jeszcze karafkę prosecco:) Dopiero w drodze do domu poczułam, że prosecco bardzo, bardzo, ale to bardzo poprawia mi nastrój:)

niedziela, 11 czerwca 2017

162.2017

11/06 - dobra, spokojna niedziela :) Obejrzałam 3 odcinki "Podręcznej",
           a później razem z synem nr2 Teorię wszystkiego. Zasłużony Oscar
           dla Eddie`go Redmayne...
           Późno, bo późno, ale zaczęłam uczyć syna nr2 gotować, ponieważ
           bardzo zdenerwowały go uwagi jego ojca w stylu: jak Ty sobie na
           studiach poradzisz z jedzeniem, skoro umiesz tylko jajecznicę ?
           Mamy ambitny plan, że od października poradzi sobie znakomicie :)
           Dziś wykonał bazę do sosu bolognese oraz kotlety a`la schabowe
           z kurczaka. O ! I bardzo był szczęśliwy :)
           A wieczorem, tak... udało się 1/5 x 4 i żyję :)

161.2017

10/06 - rano obejrzałam "Chatę", bo już raczej nie doczytam książki.
           Nie jest taka słaba jak myślałam, ale też nie - zważywszy na recenzję,
           - tak katolicka, jak sądzi jej propagator :)
           A później jeszcze kolejny odcinek "Opowieści podręcznej" (2017)
           Na 14-tą umówiłam się z mamą. Pojechałyśmy do W. po raz ostatni.
           Smutno, ale to taki rzadki przypadek, gdy przygotowałam się psychicznie,
           wyobrażając jak to będzie i to pomogło...
           Później pojechałyśmy po kwiaty :) Mama kupiła sobie pelargonie,
           goździki i sundavillę (tej nazwy wciąż nie mogę zapamiętać ;/)
           a ja sobie wybrałam niecierpka, heliotrop, komarnicę, gazanię,
           begonie dragony, wkrótce wysadzę  je na miejsce bratków, bo ledwo
           zipią w te upały oraz wilczomlecz, dwie białe pelargonie i rozwary,
           które mają kiepską nazwę, za to pięknie wyglądają :)
         

160.2017

09/06 - pojechałam do pracy na 11-tą. Fajnie tak móc się wyspać,
           ale do 17-tej ciężko mi wysiedzieć :) Poodkurzałam w biurze,
           umyłam podłogę, zasłoniłam roletę i włączyłam klimatyzator.
           Co za luksus :)))) Dopiero potem zabrałam się za odgruzowanie
           biurka.
           Po pracy odebrałam od D. kontener i poprzytulałam Nemo,
           która przeszła sterylizację. Taka to przykra decyzja, racjonalnie
           jak najbardziej uzasadniona, ale gdy patrzy się na małego, cierpiącego
           kota, to trudno z emocjami...
           Wieczorem człapanie 1/4x4. Od niedzieli dochodzi minuta w cyklu
           i trochę mi słabo :)

159.2017

08/06 - praca, dokończenie zlecenia w br1. Samochód z braku bilonu
           zaparkowałam dość daleko od biura, za to wracając udało mi się
           kupić dobre, smakujące truskawkami truskawki :) Zawiozłam je
           mamie, odsypałam sobie kilkanaście i w ramach kolacji zjadłam
           (odważone :)) z chlebem i serkiem. Ot, i to była największa radość
           dnia :)

piątek, 9 czerwca 2017

159/365

Jakiś męczący był ten dzień. Ziewałam, pobolewała mnie głowa i czułam się bardzo zmęczona. Pojechałam z chłopakami na trening, bo to zawsze okazja do pobycia w parku, popatrzenia na zieleń, nicnierobienia. Włączyłam radio w samochodzie i usłyszałam słowa piosenki "Raz staruszek, spacerując w lesie/Ujrzał listek przywiędły i blady/I pomyślał: - Znowu idzie jesień/Jesień idzie, nie ma na to rady!". Szybko przełączyłam na inną stację, nie będą mi tu o jesieni śpiewać skoro jeszcze latem się nie nacieszyłam. A w Rock Radio... "Money" Pink Floyd. Pomarudziłam, bo "money" to jednak nie jest temat poprawiający nastrój. I stwierdziłam, że teraz to ja poproszę na poprawę nastroju "Money For Nothing". 10 sekund później z głośników popłynął bardzo charakterystyczne intro:


No zbaraniałam. A później nie mogliśmy pohamować śmiechu na ten osobliwy zbieg okoliczności. L. patrzył na mnie i wciąż pytał: "ale jak? jak to zrobiłaś!?":)))

Wieczorem koktajl z naszych polskich, rosnących na polu truskawek. I pięć poziomek z balkonowej hodowli. A do snu oczywiście "Chmurdalia" - sprawdziłam konsula z Kowna i pan Sugihara naprawdę istniał, fascynująca postać:)

czwartek, 8 czerwca 2017

158.2017

07/06 - środa, która była poniedziałkiem, niezdarnie parafrazując tytuł
           powieści... Po czterech godzinach snu zwlokłam się z łóżka.
           TU na szczęście świeciło słońce :) W pracy dzień minął spokojnie,
           po na chwilę weszłam do K. i szefowej, by opowiedzieć wrażenia
           z podróży.
           Podjechałam też do rodziców, zrobiłam zakupy i najszczęśliwsza
           poczułam się po powrocie do domu, gdy... zaczęłam pielić !!! :))
           Obejrzałam pierwszą wersję Podręcznej, ugotowałam obiad na
           2 dni. Koty nie wiem, ale pies wyraźnie tęsknił :)        
           Wieczorem z synem nr2 i Sonią przeczłapałam 1/4 x 4, co daje
           już 16 minut czegoś biegopodobnego :) Ale cóż... daję radę :D
           Trochę mi głupio tak okazywać samozadowolenie, ale i lot,
           i to bieganie, to takie moje mikro siedmiotysięczniki :)
         

157.2017

06/06 - wtorek był dniem powrotu do domu. Po śniadaniu, które
           kolejny dzień wychodziło nam w okolicach 11-tej poszłyśmy do
           punktu informacyjnego, żeby kupić pocztówkę na specjalne
           zamówienie :) Trochę spacerowałyśmy przez miasto, które
           z taką niską zabudową, zabytkowymi budynkami, dużą ilością
           zielonych skwerów wydaje się przyjazne.  Zdążyłyśmy też
           pojechać na basen :) alternatywnie miałyśmy w planach spacer
           po parku, ale zaczął lać deszcz. Na basenie pływało mi się świetnie,
           aż zaczęłam tęsknić. Parę minut spędziłyśmy w suchej saunie,
           na moment weszłyśmy do parowej, ale tam było mi już słabo :)
           A potem już wszystko było na czas. Obiad, dojazd do lotniska,
           pożegnanie, a przede mną największy stres... Okazało się, że do
           pakietu powitalno-pożegnalnego wystarczyło dodać wzruszenie ramion,
           na znak, że nie rozumiem :) Najtrudniejsze było  znalezienie w sumie
           dobrze oznakowanego gate`u, bo w Modlinie były 4, a tu 34 :)
           Szczęśliwe jednak dotarłam na miejsce. W samolocie siedziałam
           przy oknie. Bristol pożegnał mnie tęczą, a gdy samolot wzleciał
           w chmury przez prawie całą podróż wracała do mnie piosenka.
       



158/365

Przyszedł list z instytucji. Nastawiłam się na negatywne rozpatrzenie wniosku a tymczasem... Z miną zrezygnowaną otwierałam kopertę a po przeczytaniu pisma byłam najbardziej zdziwionym człowiekiem świata. Nie jest to może wielki powód do radości ale jednak dość pozytywna wiadomość.
Rano spięłam włosy w niedbały koczek i tak chodziłam cały dzień. Przed wieczornym prysznicem rozpuściłam włosy i dopiero poczułam ich zapach, zapach szamponu, olejku na końcówkach, zapach świeżości. I chyba najbardziej zaskoczył i ucieszył mnie fakt, że mnie to ucieszyło. Bo to takie moje, takie znajdowanie w niczym powodów do uśmiechu, zauważanie drobiazgów.
Kilka przednocnych godzin z "Chmurdalią". Chciałabym aby ta opowieść snuła się w nieskończoność. Pamiętam z pierwszej lektury, że "Piaskowa Góra" podobała mi się bardziej, była bardziej przystępna, swojska, z tą rzeczywistością znaną trochę z życia a trochę z Barei. A teraz znacznie bardziej zachwyciła mnie "Chmurdalia", słucham, oddycham i już wiem, że bardzo będę tęsknić:)

156.2017

05/06 - poniedziałek K. przeznaczyła na zwiedzanie Bristolu, co zaczęliśmy
          cydrem w przyportowym pubie. Pogoda była charakterystyczna dla rejonu,
          lał deszcz :) Jechaliśmy piętrowym, czerwonym autobusem, przewodniczka
          omawiała wąskie uliczki, marinę. Dowiedziałam się, że w tym mieście
          pracował Nick Park, twórca Wallace i Gromita, a tajemniczy Banksy,
          którego graffiti mijaliśmy, być może w Bristolu się urodził :)
          Wysiedliśmy, żeby zwiedzić zabytkowy dworzec kolejowy
          i gotycki kościół St. Mary Redcliffe. W strugach deszczu wróciliśmy
          do mariny, gdzie przy spływającej po stopniach fontannie czekaliśmy
          na niewielką barkę wycieczkową pełniącą z tego co zaobserwowałam
          funkcję tramwaju wodnego.
          Po wycieczce bardzo zmęczeni zrobiliśmy zakupy, a po kolacji
          zasnęłam podczas dobrze zapowiadającego się filmu...




       

155.2017

04/06 - zjedliśmy późne śniadanie i pojechaliśmy nad Kanał Bristolski.
           Nie mogę się pozbyć myśli, która sprawia mi frajdę, że poleciałam
           do Weston-super-Mare, by pobiegać po plaży :)))) i tego oglądu
           rzeczywistości będę się trzymać :)
           Długo szliśmy po piaszczystej plaży podziwiając kitesurferów,
           wiał silny wiatr, więc momentami odrywali się od fal w kolorze błota :)
           i unosili się na latawco-spadochronach.
           Świeciło słońce, ludzi nie było wielu, co bardzo mi odpowiadało.
           Śliczne budki handlowe były pozamykane, a mnie zachwycał fakt, że
           w ogóle są i do tego takie ładne :) Usiedliśmy nieopodal molo na
           klasyczne fish&chips, a mnie fascynowały unoszące się niemal bez
           poruszania skrzydłami mewie sępy, czujnie śledzące każdy ruch.
           Wracając promenadą poszliśmy na karuzelę, ogromne, pionowe koło
           statecznie poruszające gondolami. Operator zgodził się, byśmy
           wsiedli z Ivanem, dorosłym malamutem alaskanem, co pies przyjął
           bez ekscytacji :)





154.2017

03/06 - dzień, w którym po raz pierwszy leciałam samolotem, więc nic
          nie przebiło tego wydarzenia w kategorii happy :) Nie bałam się,
          czułam ciekawość, w momencie startu euforię, niesamowicie przyjemne
          uczucie, gdy samolot wzbija się między chmurami, leci bokiem,
          a przez sąsiednie okienko widać malejące budynki, oddalające się pola.
          Na lotnisku w UK szłam za wszystkimi, znajomość języka obcego
          była mi potrzebna w zakresie: hello, thank you i bye, bye :)
          A po odprawie czekała już na mnie K. z W.
          Wracając z lotniska pojechaliśmy na oświetlony Most Clifton Suspension.
          Przeszliśmy przed północą uliczkami, przy których domy wyglądały
          jak z Notting Hill. Nieoczekiwanie i od pierwszego wrażenia poczułam,
          że bardzo mi się to miejsce podoba... i że nie miałabym oporów, żeby
          tam zamieszkać ! :)

środa, 7 czerwca 2017

157/365

Rano spotkałam koleżankę mamy. Popatrzyła na mnie, i stwierdziła, że ledwie poznała, bo i włosy długie, i blond, i schudłam. To pierwsza osoba "z zewnątrz", która to zauważyła więc mam potwierdzenie, że faktycznie widać:) 
Dość nieoczekiwany wyjazd służbowy, niby tylko 150 km, ale busem i bocznymi drogami. W podróży prawie sześć godzin, ledwie zdążyliśmy aby odebrać G. z treningu. Wróciłam bardzo zmęczona (fizycznie) ale jakoś w dobrym nastroju po podróży. Do snu nadal "Chmurdalia" - niesamowita.

156/365

G. miał dzień przytulaka. Ładował mi się na kolana, wtulał, i w ogóle był taką wyjątkową przylepką. No cud! A kiedy składałam na górze pranie usłyszałam, że szuka czegoś w szafach. Byłam przekonana, że słodkości, jedzenia. Tymczasem kiedy przyszedł do mnie miał na kolanie plaster. Okazało się, że się przewrócił. Przemył skaleczenie wodą, oczyścił Octeniseptem, wyjął z apteczki plaster, uciął odpowiedni kawałek, przykleił na kolano. Nie spodziewałam się aż takiego przejawu samodzielności!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

155/365

Spanie do 10! Kawa poranna i rożki. I pyszne śniadanie, i równie pyszny obiad. W międzyczasie słuchałam "Chmurdalii" wciąż i na nowo zachwycona przejmującymi losami bohaterów, ileż to trzeba wyobraźni aby stworzyć postać Ludka Borowica i tajemnicy robionych przez niego zdjęć. Zachwyca mnie to bajanie, to snucie gawędy tak potoczyste, to płynięcie opowieści...
Po obiedzie graliśmy w "Doble" i "5 Sekund Junior", ech... strasznie lubię planszówki i bardzo żałuję, że w domu jest nas za mało, aby grać w Dixit. Poza tym zmobilizowałam się i wyprasowałam cały ogromny kosz prania. Nawet lubię prasować ale jak ciężko zejść z kanapy, rozstawić deskę...:)

154/365

Dzień rajdu szkolnego połączonego z zieloną lekcją na ścieżce edukacyjnej i rodzinnymi biegami. Ukończyłam (co nie jest wielkim wyczynem zważywszy na dystans acz jest jednak wyczynem zważywszy, że ostatnio biegałam 4 lata temu)! I właściwie dopiero dziś uświadomiłam sobie, że na szyi zawieszono mi pierwszy w moim życiu medal za ukończenie jakiegokolwiek biegu. Chyba w ogóle pierwszy medal za udział w wydarzeniu o charakterze sportowym:) 
Ale moje osiągnięcie blednie totalnie przy wyczynie G. Biegł w grupie z dziećmi przedziału wiekowego 8-10 lat i przybiegł na metę jako jedenasty. I w ogóle nie był zmęczony, na mecie stwierdził, że spokojnie zrobiłby jeszcze jedno takie okrążenie. Czy muszę dodawać, że na mecie był sporo przed nami? Eeee... on chyba ma predyspozycje do biegania. Bo tak bez przygotowania, bez treningu?

A później pojechaliśmy na mecz, gdzie G. był jednym z chłopców wyprowadzających zawodników na murawę. No wzruszyłam się, kiedy patrzyłam, jak moje dziecko wychodzi na główne boisko. A poza tym pierwszy raz w życiu byłam na meczu piłkarskim. I nawet się nie wynudziłam!

153/365

Ta radość piątkowa kiedy wybiegam z firmy i czuję jakbym wyfrunęła z klatki. Przede mną wolne i spokojne popołudnie plus całe dwa dni. Po drodze wjeżdżam do perfumerii, na nadgarstek aplikuję zapach, który zimą mnie uwiódł. Latem, niestety, rozwija się jeszcze piękniej: jest pudrowy, elegancki, wyrafinowany. Mam wrażenie, że pachnie takim futrzanym luksusem. Obłędny!
W domu oglądamy mecz Ligi Światowej, w którym polska reprezentacja zaskakująco łatwo wygrywa z Brazylią. Zachwyca mnie to popołudnie:)
A w ramach prezentu urodzinowego dla siebie samej poszłam do lekarza rodzinnego po skierowanie na badanie krwi, ALAT/ASPAT, trójglicerydy, itp. Mam nadzieję, że moja roztropność zostanie wynagrodzona i wyniki wyjdą rewelacyjne:)

sobota, 3 czerwca 2017

153.2017

02/06 - pożyczyłam torby podróżne od wszystkich :) i w końcu idealna
           okazała się od Ir. i pod względem wymiarów, i minimalnego zużycia.
           L. poprosiła, żebyśmy się zamieniły godzinami pracy, co okazało
           się dla mnie bardzo korzystne, bo rano zdążyłam jeszcze wpaść do
           fryzjerki, żeby nadała jakiś kształt moim włosom.
           W pracy zrobiłam wszystko co dałam radę, zostało mi do rozliczenia
           trzech pracowników, ale mam nadzieję, że po prostu w całości i o czasie
           wrócę :) Na wszelki wypadek wyrobiłam jednak kartę ubezpieczenia
           zdrowotnego !

152.2017

01/06 - zdecydowałam się jednak kupić spodnie w Tesco, szczególnie,
           że mnie zdecydowanie pasuje fason, a zważywszy na cenę, reszcie
           społeczeństwa nie :)


piątek, 2 czerwca 2017

152/365

Dzień moich urodzin. Te cyfry tak szybko zmieniające się. Za szybko? Od lat już mnie ten dzień nie ekscytuje, chociaż kiedy wkładam rano sukienkę, czeszę włosy i czuję się tak inaczej i odświętnie, na chwilę wraca ta radość, poczucie wyjątkowości tego dnia.
Do pracy zrobiłam mus czekoladowy z malinami - stuningowałam przepis i wyszedł obłędny! Dostałam od pracowników bukiet białych kwiatów. W ramach prezentu (i wykorzystania rabatu 50%) kupiłam w YR wodę perfumowaną, idealną na lato, bazująca na zapachu kwiatów pomarańczy, neroli - świeżą, lekką, cierpką.
Pojechałam z G. na trening, dojechała do nas mama, razem podjechaliśmy na szybki obiad do ulubionego bistro, a później do domu. Padłam z nadmiaru wrażeń o 21. Ale wcześniej słuchałam "Chmurdalii". Lubię mądrość Grażynki Rozpuch, te proste a jednak pełne głębi słowa o miłości matki do dziecka...
"Co to znaczy, że ty się poświęcasz, Jadzia? dziwiła się. Nie możesz po prostu Dominiki kochać?
Nie tresowała psów przybłędów i nie karała półdzikich kotów, które łaziły jej po stołach i kanapach, zalegały w atłasach łóżka z baldachimem, a dzieci nie chciała urabiać na niczyj obraz i podobieństwo, bo od początku wydawały jej się osobnymi istotami, które zostały tylko na krótko oddane pod jej opiekę. Mijały lata i córki coraz częściej odrywały się od Grażynki, nie zostawiając ran, znosiło je w miejsca lepsze i gorsze, ale w żadnym z nich nie mogły powiedzieć, to twoja wina, mamo, ani, to wszystko dzięki tobie; i cudem, którego zazdrościła Grażynce niejedna matka, wyrosły na kobiety przekonane, że są tam, gdzie powinny, że ich ciała i myśli należą do nich.
"

czwartek, 1 czerwca 2017

151.2017

31/05 - praca, br1. Ciekawa rozmowa emerytowanym nauczycielem, klientem br.
          Zaczynam lubić rozmowy z panami po 60-tce :D czyżby to był mój target ? :)
          Chyba chodzi o to, że coraz bardziej cenię intelekt utrzymany w dobrej formie...
          A poza tym nic :) Po powrocie położyłam się i zasnęłam ! Wstałam po 20,
          poszliśmy z synem nr2 i Sonią na spacer. Nie znudzą mi się jej reakcje na to
          słowo. Uszy do góry, podskoki a w oczach taka radość, jakby spotkało ją
          największe, możliwe szczęście :)

150.2017

30/05 - to był dzień z kategorii tak męczących, że wieczorem mam wrażenie,
           że rozsadzi mi głowę, przy czym nie czuję bólu, tylko tak bardzo mam
           dość... Od 8 do 16 w br1, a następnie do 19 w br2. Wróciłam do domu,
           wypiłam kawę z mlekiem, chwilę odpoczęłam i poszliśmy biegać :D
           Jezu, to jest nieprawdopodobne, ile radości sprawia mi to człapanie !
           Za każdym razem jestem ciekawa ile dam radę, czy w ogóle dam, i po
           zakończeniu mogłabym śpiewać We are the champions :)))
           Wróciliśmy do domu. Rozłożyłam matę, włączyłam gongi, zrobiłam
           część sesji jogi, świeciły się te małe ledowe latarenki i czułam się
           absolutnie szczęśliwa :)


         

149.2017

29/05 - po wejściu do biura zobaczyłam wiszący vis a vis drzwi klimatyzator !
           Bardzo się ucieszyłam, bo ostatnie okresy lata były nie do wytrzymania.
           Podczas upałów - co prawda krótkotrwałych w skali roku - ale jednak,
           po 2-3 dniach niemal leżałam na biurku.

           Momentami ogarnia mnie panika przed sobotnim lotem, czym podzieliłam
           się hojnie z eM. podczas długiej, wieczornej rozmowy :) A rozmowa była
           jasnym i ciepłym punktem dnia !

           Ag. przysłała do mnie maila, czy mogłabym napisać o swoich wrażeniach
           nt. Wakacji z AŻ. Oto one:

Słowo, które przychodzi mi do głowy, gdy myślę o Wakacjach z Akademią Życia, to akceptacja. Nieinwazyjne towarzystwo ludzi, subtelne zainteresowanie, które jednak bardzo odbiega od obojętności. A gdybym miała napisać jak to czuję, gdy myślę o Wakacjach z Akademią Życia,  to takie puchate, bezpieczne ciepło, w które  wnika się  z bagażem własnych przeżyć, nierzadko splątanych emocji, po to, by przez  kilkanaście dni tworzyć pewną migotliwą całość, spotkać się z ludźmi, dostrzec ich, ale także zobaczyć (w nich) siebie.
Uczestniczyłam w Wakacjach z AŻ sześciokrotnie. Zawsze w tym samym miejscu (tj. w Muchowie), zawsze w innym momencie życia. Wypłakałam wiele łez, wielokrotnie waliłam pięściami w podłogę… zaczynam się obawiać, że ten opis przypomina antyreklamę :)… ale po przebiciu się czy wyrzuceniu bólu, złości, żalu, docieram zdumiona do szczęścia, radości, miłości – a co najważniejsze w poczuciu bezpieczeństwa, zadbania i troski ze strony Prowadzących.  Myślę, że trzeba trochę odwagi, by uczestniczyć w zajęciach z AŻ, że to taka przygoda, gdzie nagroda w zamian jest z kategorii tych niewyobrażalnych, gdyż człowiek zyskuje  poczucie wewnętrznej wolności, dostaje narzędzia, jakby wędkę i naukę łowienia ryb. A co zrobi z tym później pozostawiam otwarte.

151/365

Dzień, w którym postanawiam włożyć bluzkę, która od trzech lat czekała na swoją kolej, bo wciąż była zbyt mała. Więc włożyłam, stanęłam przed lustrem i nie mogłam przestać się śmiać, gdyż moja różowa, lniana śliczność dla odmiany jest... za duża - wisi, powiewa i ma miejsce mogące pomieścić nieco więcej mnie.
Chłopaki poszli do fryzjera a ja z Zaspą na spacer po Szachtach. Przeszłam trasę, którą w sobotę mamy przebiec. No nie wiem... Ale było pięknie - słońce, wiatr, cisza. Taka idealna pogoda majowa.
A w drodze powrotnej kupiłam pierwsze w tym roku, krajowe truskawki. Ten smak jest jednak niepodrabialny. Roztopiłam czekoladę, nabiłam truskawki na patyczki i jedliśmy takie owocowe szaszłyki maczane w czekoladzie. Mrrrr!