poniedziałek, 15 maja 2017

134/365

Powoli wchodziłam w dzień, jedna kawa, druga kawa. Szeroko otwarte okno i ja opatulona kołdrą. Za oknem soczysta zieleń, radosne ptasie trele. W piekarniku chleb, który zjedliśmy jeszcze ciepły, jak tylko chłopaki wrócili z IKEA. Moja ulubiona kanapka z lazurem, winogronami i orzechami. I ta chrupiąca skórka...


Pogrzałam się na balkonie, zrobiłam porządki w szafach, przymierzyłam letnie ubrania, zatęskniłam za górami. Posłuchałam bezpłatnego fragmentu "Wzgórza psów" Żulczyka i poważnie rozważam zakup. Na obiad risotto ze szparagami i białe, schłodzone wino. Na podwieczorek proste ciasto z rabarbarem.
Maj, nareszcie jest!

2 komentarze:

  1. Bardzo przyjemnie czyta mi się tę notatkę. Cieszę się, bo czuję jakąś ulgę w Twoich słowach :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to chyba nie ulga. to po prostu gotowość na to, co przyniesie los. cokolwiek będzie - powoli czuję, że jakoś stawie temu czoła. a poza tym to fajna i miła niedziela była:)

      Usuń