czwartek, 4 maja 2017

119/365

Wstaję wcześnie rano (z trudem! matko, jak dobrze mi się śpi!), włączam piekarnik i piekę zaplecione dzień wcześniej chałki i cudownie wyrośnięty bochenek chleba. Po raz pierwszy udało mi się naciąć chleb tak, że skórka nie popękała. Ten zapach!
A o 10 wyjeżdżamy. Powoli, zapakowani po dach, z dwoma ośmiolatkami na pokładzie. Droga długa, część trasy w deszczu, w dodatku w Trójce beznadziejny program a jedyna płyta, jak na złość, zacina się. Kiedy docieramy nad morze jest zimno, wietrzenie i pada. Szybko rozpalamy w piecu, siadamy do kawy, placka, z marszu zjadamy pół bochenka chleba z samym masłem. Przed nami kilka dni spokoju, beztroski i morza tuż za wątłą ścianką lasu...

2 komentarze:

  1. A są jakieś zdjęcia z wyjazdu ? jesli tak, to poproszę !
    Cieszę się, że udało Wam się wyrwać, chociaż ta pogoda wybitnie zniechęcająca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze, wczoraj z telefonu wklejałam zdjęcia do postów. Chyba z godzinę mi to zajęło. I jakże się zdziwiłam, że pod żadnym nie ma zdjęcia:/

      Usuń