piątek, 31 marca 2017

89/365

Ech. No właśnie. Chyba już nie umiem zasiąść do pisania notki bez westchnienia.

Rano znów szaro, buro, zapowiedź deszczu wisi w powietrzu. Z półki chwytam Eau Sensuelle Rochas, cudownie letni, rześki i słoneczny zapach. Towarzyszy mi przez cały dzień, a ja odkrywam, że jednak bardziej lubię te rześkie i świeże, niż te zmysłowe, słodkie, barokowe. 

Dzwonię do poradni, żeby potwierdzić godzinę wizyty. Po drugiej stronie pani tak ujmująco miła, że aż nie wierzę, że dzwonię do placówki państwowej służby zdrowia. Prawdziwym zaskoczeniem jest popołudniowa wizyta - w rejestracji kartoteką zakłada mi pan bardzo serdeczny i sympatyczny. Wiem, że takie ludzki, miłe podejście nie powinno dziwić, że właściwie powinno się mieścić w standardzie obsługi pacjenta, ale... wiadomo jak zazwyczaj jest. A później wchodzę do gabinetu: pan doktor wychodzi zza biurka, przedstawia się i wita mnie podaniem ręki. Przez godzinę mówię, mówię, mówię. I nawet nie odczuwam nerwów, napięcia. Jest we mnie taki spokój, że gdzieś łapię myśl "po co tu jestem? przecież nic mi nie jest!". Do domu wracam pieszo, tak optymistycznie nastawiona. Ale kiedy w domu z powodu absolutnego drobiazgu bardzo podnoszę głos i znów jestem wkurzoną, antypatyczną babą, wiem że ta wizyta, przepisane leki - ma sens.

I w ciągu dnia łzy w oczach i poczucie, że w radio ktoś właśnie puścił piosenkę dla mnie, idealnie dobraną do mnie (wiem, wiem - te słowa są tak naiwniutkie ale czasem takie proste, banalne pocieszenie trafia do głowy bardziej niż niejedne wyszukane słowa)...

 

czwartek, 30 marca 2017

88.2017

29/03 - dzień zaczęłam po północy słuchając "Policję". Doszłam do ulubionego
           momentu, gdy HH spotyka się w kancelarii prawniczej z Cillą. Lubię te
           zwroty akcji, odczuwałam autentyczną satysfakcję :)

           W pracy zamknęłam jedną ze spraw, która spędzała mi sen z powiek.
           Rozbawił mnie też pracownik, gdy spytałam, czy się zwalnia -
           przyniósł druk zaświadczenia do banku - a on odpowiedział: jak mógłbym
           Cię opuścić ??? :)
           Autentycznie rozczuliła i ucieszyła mnie wiadomość od eM. nt dostępności
           "Pragnienia" :* Myślałam potem, że lubię czasem czekać, szczególnie na
           coś tak pewnego, jak audiobook :)

           Wieczorem miałam trudną rozmowę z synem nr2 zakończoną łzami...
           Czas wygładza część wspomnieć, więc chętnie przytulam się do zdarzeń
           gdy chłopcy byli mali, a ja denerwowałam się wrzaskami "chcę to !!!" :)
             

środa, 29 marca 2017

88/365

Od rana niepokój. I deszcz. I wrażenie, że znów pod górkę. W pracy zastępuję grafika, jest z tym sporo pracy więc czas mam dość szczelnie wypełniony. A to lubię. Dzień w pracy kończy się z przytupem - konkretną i solidną awarią maszyny. Wertuję broszurę z warunkami ubezpieczenia i - być może to moja pesymistyczna interpretacja, ale nie sądzę - naprawa nie mieści się w zakresie ubezpieczenia. A obawiam się, że faktura za naprawę będzie kwotą pięciocyfrową. Chce mi się płakać a jednak nie udaje się wydusić ani łzy.
Po pracy wpadam do domu na szybką kawę (mam dokładnie osiem minut na zaparzenie i wypicie) i pędzę na obowiązkowe zebranie rodziców dzieci grających w klubie, zebranie o 17, po drugiej stronie Warty więc stoimy w gigantycznych korkach, i oczywiście spóźniamy się 20 minut. Po zebraniu jestem wściekła, bo połowę zajęło namawianie rodziców na zapisanie dzieci do klas patronackich (oczywiście nie dotyczy to rocznika G.) a połowę prelekcja trenera odnośnie żywienia młodych sportowców, z której nie dowiedziałabym się niczego nowego (oprócz zalecenia, aby więcej solić!). Totalna strata czasu a wliczając drogę w obie strony zajęło mi to dwie i pół godziny życia. Część drogi pokonałam pieszo i ze zdumieniem odkryłam, że już kwitną forsycję, że pąki na drzewach wystrzeliły, i że o 19:30 nadal jest jasno.

Wieczorem włączyłam nowego Nesbo. Ale byłam tak zmęczona, że usnęłam po pięciu minutach słuchania a i z tych pięciu minut niewiele pamiętam, skoro głowę  miałam zajętą myśleniem o ostatnich afrontach ze strony życia. Niemniej samo ściąganie audiobooka na półkę, usłyszenie głosu Mariusza Bonaszewskiego było bardzo, bardzo miłe.
 


87.2017

28/03 - popołudnie było słoneczne, więc wraz z synem nr2 kontynuowaliśmy
           uprzątanie ogródka z winorośli. Sąsiad spod 14 popisał się jak zwykle
           i przerzucił do nas na trawnik te gałęzie, które podczas wycinania spadły
           na jego działkę. Ponieważ przerzucił wraz ze swoimi sznurkami, którymi
           podwiązał winorośl na swoim tarasie, sznurki przerzuciłam jemu. Syn nr2
           nadal jest na etapie bycia ponadto zgodnie z zasadą mądry głupiemu ustępuje.
           Ja już przestałam ją stosować. Nie nadstawiam drugiego policzka tylko walę
           między oczy.  Napracowaliśmy się bardzo, więc liczyłam na to, że dotleniona
           zasnę jak dziecko. Faktycznie przespałam godzinę, do 23, a potem do 4 czas
           minął mi na intensywnym myśleniu...
           Plusy z tego marudzenia - czas spędzony z synem :)
         

86.2017

27/03 - przesiać te dobre momenty od złych jest mi coraz trudniej. Nie śpię w nocy,
           wtedy następuje jakaś erupcja lęków, okazuje się jak pomysłowa jestem,
           gdy tylko odsunę jakąś myśl, na którą i tak w tym momencie nic nie poradzę,
           natychmiast pojawia się coś nowego, co znienacka kąsa, aż czuję, że głowa
           mi pęka. Po pracy pojechałam do UM, zmieniłam deklarację śmieciową.
           Do tej pory nie mogłam się zmobilizować i płaciłam za 3 osoby. Ale po
           otrzymaniu POSTANOWIENIA o zaksięgowaniu 54 zł i wezwaniu do
           zapłaty 27 zł oraz naliczeniu sobie odsetek, piana wystąpiła mi na ustach.
           Wróciłam do domu, potem pojechałam z synem nr2 do Tesco
           i na pocztę. W Tesco kupiłam pączki dla mamy i w zasadzie na tym powinnam
           zakończyć ten dzień. Awantura, która później nastąpiła pokazała mi w jak
           kiepskiej jestem formie, jak boleśnie odbieram i interpretuję rzeczywistość...
           Na pocieszenie (od losu ?) odezwał się T.

87/365

Zastanawiam się, jak bardzo na odbiór dobrych zdarzeń dnia rzutuje fakt, że zapisuje je kolejnego dnia, w którym sytuacja zmienia się diametralnie?
Doszło pismo z US. Niby pozytywnie rozpatrzono mój wniosek, ale... 
Cały dzień pracy nad nowym, dużym zleceniem. Wprawdzie klient dość opornie podchodzi do kwestii umowy, wpłaty zadatku. Więc chociaż temat powinien być już w produkcji, to nadal zlecenie palcem po wodzie pisane. I obawiam się, że nic z tego nie będzie, bo skoro z opóźnieniem zaczniemy produkcję to nie zdążymy w wyznaczonym, i tak lekko nierealnym, terminie. Szkoda tych godzin rozmów, kalkulacji, czasu...
Po pracy pojechaliśmy odebrać G. z treningu. Byliśmy nieco przed czasem więc wykorzystaliśmy te kilkanaście wolnych minut i poszliśmy na spacer wałami i brzegiem Warty. Dawno tam nie byłam, a w dzień powszedni to chyba lata całe. Zdziwiło mnie ile tam ludzi! Pamiętam te okolice jako opustoszałe, wyludnione. A tu ludzkość na kocach, na rzece mnóstwo kajaków z pobliskiego klubu. I miło było chwilę pogrzać się w cieple popołudniowego słońca, zdjąć kurtkę, dać włosy potargać wiatrowi...

wtorek, 28 marca 2017

86/365

Przez pół dnia było mi koszmarnie zimno. Taki urok tej pracy, że nawet w największe upały trzeba wkładać sweter a z pewnością w dni, kiedy wiosna dopiero się rozpędza. I nerwy, nerwy, nerwy związane ze zleceniem, które może będzie, a jeśli będzie to wyboiste i na wariackich  papierach. Wracam z G. z pracy pieszo, zachwycamy się pąkami na drzewach, prześcigamy w dostrzeganiu wiosennych kwiatów. Planujemy obiad, wymyślamy urodzinowy deser i zastanawiamy nad prezentem z okazji urodzin. Świeci słońce, niebo jest bezchmurne, G. podskakuje opasany zdjętą kurtką. Taka piękna, beztroska i naprawdę dobra chwila dnia. 

I jeszcze w radio dużo, dużo Stinga. 

 

poniedziałek, 27 marca 2017

85/365

W niedzielę postanowiłam zmierzyć się z nowym przepisem na chleb. Wybór padł na klasyczny przepis na Vermont Sourdough Jeffrey'a Hamelmana. Hamelman to guru chyba dla każdego, kto próbuje domowego wypieku chleba. Chleby według jego receptur są bardzo bliskie mojemu wyobrażeniu o domowym, swojskim chlebie. I oczywiście jego książkę o chlebie mam na swojej liście życzeń. Długo się wzbraniałam przed pieczeniem z jego przepisu, bo jak to - taki guru piekarnictwa i ja? Ale podeszłam do tematu. I jestem zachwycona tym ciastem, całym procesem składania bochenków, obserwowaniem jak wyrastają. To najmilsze w pracy ciasto chlebowe, z jakim się spotkałam. Poddaje się dłoniom, idealnie współpracuje, nie stawia oporu, nie jest problematyczne. A sam chleb? Ta chwila, kiedy wyciągam z piekarnika pachnący, gorący, wyrośnięty i omączony bochen, to chwila autentycznego wzruszenia. Później pozostaje zwalczyć niecierpliwość, aby nie kroić gorącego chleba, wsłuchiwać się w trzeszczenie pękającej skórki. A po wszystkim jest nagroda - pajda ciepłego chleba z miękkim, lekko solonym masłem. I tym sposobem zjedliśmy pół bochenka, zapobiegliwie upiekłam dwa (a jeden z koszyków do wyrastania zastąpiłam durszlakiem;P) 

A w przerwach między składaniem bochenków posiałam (???) rzeżuchę. Jak na ChPD przystało naczynko wyłożyłam wacikami kosmetycznymi, ciekawe jak na tak specyficzne podłoże zareagują kiełki? I jeszcze siedziałam na schodach prowadzących do domu i uparcie udawałam, że słońce grzeje. Dawało ciepło a ja łapczywie łapałam je twarzą, włosami i odsłoniętymi ramionami. W to mi grzej!

84/365

Na śniadanie zjedliśmy kaszkę manną z jeżynami. Uwielbiam ten mleczny smak, przełamany cukrem i cierpkim smakiem ciepłych jeżyn. Dokarmiłam zakwas, uwielbiam ten moment, kiedy dosypuję mąki i już czuję chlebowy, domowy zapach. I wstawiłam ciasto na dwie chałki.
Jakiś czas temu kupiliśmy do firmy myjkę do okien Karchera. Na sobotę wzięłam ją do domu i okazało się, że mycie myjką jest tak świetną zabawą, że chłopaki w pół godziny oporządzili wszystkie domowe okna.
A w południe przeżyłam chwilę grozy, kiedy myjąc ręce spojrzałam w lustro i dostrzegłam, że... połowę oka mam czerwoną, pękło jakieś naczynko, wyglądam jakbym miała grać w "Egzorcyście" - dość osobliwie i przerażająco.  
Przez cały dzień, do późnego wieczora, miałam włączoną Trójkę. I chyba tylko dlatego wysłuchałam rozmowy z posłem Piotrem Marcem (znanym bardziej jako Liroy). Byłam bardzo zaskoczona sensownością, składnością jego wypowiedzi, poglądami, swoistą może i naiwną ale jednak jakoś mi bliską ideowością. Gdzieś w głowie pobrzmiewał mi bełkot innego muzyka, który poszedł w politykę, spodziewała się więc czegoś podobnego. A tu takie zaskoczenie.  

Przed snem przyplątała się piękna piosenka:



85.2017

26/03 - pomimo zmiany czasu, to był bardzo długi dzień. Rano wróciłam do
           domu i nic szczególnego się nie zapowiadało. Obudziłam syna nr2 po
           13-tej ! zjadł obiad ;) i poszliśmy sprzątać w ogródku. Okazało się, że
           postawiłam nam bardzo ambitne zadanie. Od wielu lat winorośle nie były
           przycinane. Nie służy im to rozpasanie. Długie pędy wypuszczają liście
           na samych końcach, więc owocują coraz słabiej, a prezentują się nędznie.
           Zadzwoniłam do D. czy może nam pomóc, bo zwyczajnie przerosło
           nas to wyzwanie. Pojechałam po niego i pracowaliśmy aż do zmroku.
           W międzyczasie przyszedł mój tata, usiadł na ławce i pakował do worków
           obcięte pędy. Wyszło nam 10 worków 120 l. a zostało jeszcze bardzo
           dużo gałęzi do zapakowania. Wieczorem odwiozłam D. i mojego tatę
           do ich mieszkań. Poczułam miód spływający na moje serce, gdy syn nr2
           powiedział, że to był bardzo udany dzień.  Dla mnie też był to przyjemny
           czas dzięki ich pomocy. Wzruszyłam się widząc trzy pokolenia przy
           wspólnej pracy.    


83/365

Jakiś dobry i zaskakująco lekki był ten piątek.
L. odebrał G. ze szkoły i pojechał z nim do klienta. Tam zostawił go w recepcji, gdzie miła pani włączyła kanał z bajkami i zrobiła bezkofeinowe cappuccino. Jaka była radość dziecka, kiedy wrócił i opowiadał, że pił kawę:) 
Po pracy poszliśmy z Zaspą na łączkę, żeby się porządnie wybiegała. Znalazła kompana w postaci długonogiego psa i postanowiła go zamęczyć swoim sprintem i niespodziewanymi zmianami kierunku gonitwy. Porozmawialiśmy z opiekunami psa i... pan zapytał, czy mieszkałam kiedyś na rynku? Eeee... jakieś było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to mocno już dorosły syn sąsiadów z pierwszego piętra:)
Wieczorem umówiłam się z mamą, że pojedziemy zainaugurować sezon lodami w Kolorowej. Och i ach! Chociaż uczciwie przyznam, że po zjedzeniu dwóch gałek było mi strasznie zimno!:)

84.2017

25/03 - poranne ważenie wskazało nieznaczny (?) spadek. Racjonalnie
          wiem, że to dobrze, że to AŻ 40 dkg, ale chciałabym szybciej, więcej
          i bez wyrzeczeń :) Tzn. Vitalia jest takim wyjątkiem, że stosując ją
          praktycznie nie odczuwam, że z czegoś rezygnuje, szczególnie jeśli chodzi
          o słodycze. A z kolei nie chcę ograniczać kcal i chodzić głodna, bo wiem
          jak to się dla mnie kończy - źle !
          Przed 14 wyszłam z br1, z synem nr2 zrobiliśmy zakupy moim rodzicom.
          Wieczór spędziłam u B i L. Korzystałam z ich bioptronu. Zgodnie
          z powiedzeniem lecz się na nogi, bo na głowę za późno, zaczęłam od nóg :)

piątek, 24 marca 2017

83.2017

24/03 - uwielbiam :) gdy zdarzają się takie chwile, dziś na pewno cztery !
            Rano dokonałam przeglądu ogródka - kwitnie mnóstwo krokusów !
            Wracając z pracy połączyłam kablem należącym do syna nr1 swój telefon
            z samochodem :)) i usłyszałam głos Mariusza Bonaszewskiego w głośnikach !
            Prawie zawołałam: Eureka ! Okazuje się, że całkiem sporo pamiętam z "Policji",
            ale i tak słuchanie sprawia mi wielką frajdę. Jechałam, świeciło słońce, było
            naprawdę wiosennie. Dojeżdżając do ronda przy mauzoleum w wodzie w fosie
            odbijały się słoneczne promienie, woda tańczyła i pomyślałam, jak dawno tego
            nie widziałam, poczułam jakie to przyjemne i odprężające...
            Po południu syn nr2 przy użyciu piły elektrycznej powycinał gałęzie winogron,
            a na dodatek je posprzątał. Bardzo dużo pracy. Zobaczymy jak wino na te
            cięcia zareagują, bo na tym kompletnie nie znam się i bardzo intuicyjnie
            zdecydowałam gdzie ciąć. W ramach podziękowania kupiłam mu 2 czekolady
            i jabłkowe żelki, co przyjął z wielkim entuzjazmem i skomentował, że skończy
            się bólem brzucha.

82/365

I znów przed świtem obudziły mnie odgłosy ptasich treli. Poza tym przez cały dzień byłam zmarznięta,  żadna herbata, żaden polar czy ciepłe skarpety nie rozgrzewały. Więc z ulgą wielką przed 21 zaległam w łóżku z audiobookiem i... chyba w pięć sekund usnęłam skoro z książki nie zarejestrowałam absolutnie nic.
Zakwitły moje wazonowe gałązki. G. zachwycony i dopytuje, czy jeśli wpuścimy do domu pszczoły to na jesień z tych gałęzi zbierzemy śliwki:)
Za mną trudna rozmowa pracowa. Ale w głowie nieco jaśniej, jakby spokojniej.

82.2017

23/2017 - wysłuchałam chyba z połowę "Gwiazd naszych wina" i wciąż nie wiem
              za co te wysokie noty i pochwalne komentarze. Tak książka jest napisana
              źle, do postaci nie czuję nic poza oczywistym w tym przypadku współczuciem.
              Są nijakie lub sztampowe, jednoznaczne. Nie wiem kim jest główna bohaterka
              Hazel, nie wiem jaka jest. Jedyne co ją jakkolwiek określa jest nowotwór.
              Spróbuję dosłuchać do końca, ale nie wiem, czy dam radę. I wcale nie chodzi
              o temat, bo ten jako jedyny wzbudza emocje. Ale mam już w zanadrzu "Policję" :)

              W br2 prawie skończyłam, została jedna duża firma.
               Przypomniało mi się, że czwartek, to taki mały piątek, więc najwyraźniej
               poprawia mi się samopoczucie.

czwartek, 23 marca 2017

81/365

Obudziłam się o świcie, takim jeszcze szarym. Okryłam szczelniej kołdrą, bo jedna noce dość chłodne i... usłyszałam ten typowy dla wiosny, lata poranny świergot ptaków. Zastanawiałam się, czy to moja półsenna projekcja czy faktycznie już śpiewają ptaki? To już poranne odgłosy tak żywe, tak różne od tej martwoty i ciszy zimowego świtu?

W głowie powoli przejaśnia się. Nie jest to nadzieja, nie jest optymizm, stan daleki od spokoju czy radości ale chyba nieco lepsze samopoczucie. Kiedy L. pojechał załatwiać sprawy, ja poszłam z dzieckiem na spacer. Dowiedziałam się, że G. chce być tak dobrym piłkarzem, żeby kiedyś być postacią w grze komputerowej FIFA. Chyba jednak nie wyhoduję światowej sławy astronoma;) 

A wieczorem dostaliśmy zaproszenie od rodziców W. na długi majowy weekend w ich domku w Gąskach, nad morzem. Przypomniał mi się ubiegłoroczny weekend w Chłopach, puste kilometry plaż, spokój, morze i cudowna podróż powrotna z Polskim Topem Wszech Czasów w tle. Jeszcze tłumię radość, bo przecież nie wiem, jak to będzie. Ale nieśmiało zamykam oczy i słyszę szum morza...

81.2017

22/03 - w pracy czekała przesyłka z Bonprix ze spodniami. Ten rozmiar
           pasuje, muszę tylko skrócić nogawki, bo N za krótkie, T za długie.
           Ale bardzo się cieszę, że TEN rozmiar jest mniejszy :D

           Przywiozłam kolejna hiacynty, białe już przekwitły, trzeba dać odpocząć
           cebulom, bo sztucznie pędzone kwitnienie sprawia, że wyglądają
           masakrycznie.

           Informatyk miał oddzwonić w sprawie pfron, nie zadzwonił, zaczęlam
           sama szukać, o co chodzi. Prawda okazała się banalna i żenująca...
           Niemniej, wysłałam smsa: Wygrał mój brak cierpliwości. Faktycznie, 
           to certyfikat się skończył, wygenerowałam nowy. Brawo ja :D
           Informatyk oddzwonił i mówi, że gratuluje i, że znalazł na mnie sposób.
           Stanowczo zaprotestowałam ale to była zabawna rozmowa :)
         

80.,2017

21/03 - urlop. Miałam być w sądzie, ale syn nr1 uznał, że nie ma potrzeby.
            Z kolei ja aż tak bardzo nie rwałam się.  Ostatnia sprawa, na szczęście.
         
            Mój tata dokonał odkrycia o 6 rano, że w łazience nie ma NIC, o czym
            poinformował mamę, z tym, że do tej pory nikt nie wie, włącznie z nim,
            co miał na myśli.
         
            Po południu spotkaliśmy się we czworo, D, chłopcy i ja w kawiarni.
            Z tego całego, nijakiego dnia, przygnieciona zdarzeniami, zmęczona po
            br2, powiedziałam, że najlepsze, co nam się w życiu zdarzyło, to nasze
            dzieci. Pomyślałam, że czuję dumę i miłość, gdy patrzę na moich synów.
            Obaj wyżsi ode mnie, młodzi, piękni, przystojni, mądrzy... no tak to tylko
            matka może widzieć :D
         

środa, 22 marca 2017

80/365

W niedzielę przyjęłam ostatnią dawkę antybiotyku mającego zwalczyć moją anginę. A we wtorek wrócił ból gardła i poczucie, że łapie mnie przeziębienie. Naprawdę? Znowu?:/
Kupione w sobotę hiacynty chyba będą różowe. Fakt, że na stole w kuchni stoi doniczka z kwiatami sprawia, że jakoś nie zagracamy tego stołu. W ubiegły piątek poszłam z Zaspą na spacer do starego, opuszczonego sadu. Zerwałam kilka gałązek śliwy i wstawiłam do wazonu. Wypuściły pąki i za chwilę zakwitną. Ta wiosna to już naprawdę:)

wtorek, 21 marca 2017

79/365

Bez przymusu, bez nacisków, z przekonaniem że bardzo potrzebuję zadbać o siebie, o komfort życia swój i moich najbliższych, umówiłam się do psychiatry. Muszę dotrwać do przyszłego czwartku a czuję, że z każdym dniem jest to trudniejsze. Rośnie we mnie frustracja, poczucie rozżalenia i łzy. Czuję się już bardzo, bardzo udręczona tym wszystkim, z czym od kilku miesięcy muszę się mierzyć. Istnieje teoria, że koty kładąc się na człowieku wybierają najbardziej chore miejsca. Jasnym stało się dlaczego moje ostatnio tak często kładą się obok mnie, na poduszce:)

W domu dokończyłam oglądanie "Orange is the new black". I płakałam kiedy tak bardzo bezsensownie umarła jedna z najjaśniejszych bohaterek.Wieczorem wyszłam na chwilę przed dom, zaskoczyło mnie jak ciepło było. I przypomniałam sobie, że bardzo lubię wieczorne spacery, po ciepłym dniu, w bezchmurną noc, kiedy w ogrodach kwitną drzewa owocowe. Już niedługo...

79.2017

20/03 - jeśli inni użytkownicy stron PFRON klną tak jak ja, gdy niemal
           za każdym razem trzeba aktualizować Jave, ściągać certyfikaty,
           bo w innym przypadku nie da się pracować, to poziom negatywnej
           energii wykończy ten fundusz. Tym razem poddałam się i zadzwoniłam
           do informatyka, ponieważ obsługa stron wymaga ponadprzeciętnej
           wiedzy, a na pewno takiej, która przekracza moje możliwości.
           Plus - jest do kogo zadzwonić !

           W Leclercu oglądałam stojak z kwiatami. Musiałam kupić lilię azjatycką,
           wypuściła liście, wypełniała całą torebkę, wręcz dusiła się, a ja razem
           z nią... Nie było innego wyjścia, jak stać się samozwańczym wybawicielem :)


           Przyjechał syn nr1 ! Wygląda świetnie, mówi coraz rozsądniej,
           w zasadzie, ostatnio tyle gadał, gdy miał 4 lata ! Cały okres dojrzewania
           przesiedział naburmuszony w swoim pokoju, a teraz mam wrażenie,
           że nadrabia zaległości :)

poniedziałek, 20 marca 2017

78/365

O szóstej wstałam i upiekłam chałkę. I zarobiłam ciasto na chleb. Te cotygodniowe rytuały są jak ostatnia deska ratunku, ślad że jeszcze angażuje się w życie. Posprzątałam sypialnię i przy okazji przejrzałam szafę. Wszystkie sukienki czekające na lepsze czasy właśnie się doczekały. To znaczy mieszczę się i wyglądam. Jest jeszcze jedna zielona bluzka, dawno temu kupiona bez mierzenia. Od zawsze była za mała, od zawsze była wyznacznikiem celu. Nadal jest...

Do późna oglądam "Orange is the new black". I znów myślę, że kiedy przyjdzie rozstać się z bohaterkami będę musiała czymś wypełnić tę pustkę.

77/365

Sobota. Znów budzę się przed świtem, próbuję odpędzić natrętne myśli. Nie wiem, kiedy ostatnio obudziłam się z radością, że oto nowy dzień, przygoda, szansa, z myślą że chce się wstać. Pojechaliśmy na zakupy do Auchan. Kupiłam hiacynty w doniczce, taka fanaberia. Na obiad zrobiłam filety z kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, wyszły pyszne a ja zastanawiam się dlaczego nigdy wcześniej ich nie przygotowywałam? W Sephorze dostałam próbkę perfum, których opis i opinie bardzo mnie intrygowały. I znów mam zapachową wielką miłość.  Może kiedyś...

[wieczorem myślałam o tym, jak bardzo osamotniona się czuję. że znów widzę siebie jak na pustyni, bez przekonania, bez wskazówek w którą stronę pójść. i dużo myśli, które nie pomagają. także o tym, że nie umiem dla nikogo być wsparciem, radością, pomocnym towarzyszem drogi. jestem zmęczona. bardzo.]

niedziela, 19 marca 2017

78.2017

19/03 - spałam do 10-tej. Rozczula mnie to łóżku u B. i L. przygotowane
            dla mnie w chyba każdy weekend ;) Rano gadałyśmy z B. o Vitalii.
            Ona prawdopodobnie też zdecyduje się na swoją dietę :)
            Na dworze chłodno, wietrznie i pochmurno. Koło 15-tej wypadłam
            na chwilę do rodziców.
            To taki dzień, w którym nie działo się nic szczególnego, ale te rozmowy
            z B, z moją mamą, z synem nr2, to dobry czas. Choć ta ostatnia trochę
            przytłaczająca, bo dotycząca planów po maturze.
            Na pocieszenie przyszła wiadomość z Bonprix, że wysłali mi mniejsze
            spodnie :)

77.2017

18/03 - wyspałam się. Po przebudzeniu zapamiętałam, że śniło mi się, że
            większy pies zjadł małego, uroczego i puszystego szczeniaczka.
            Po prostu go połknął w całości ! Ciekawe co to znaczy...
            Zważyłam się. U mnie też waga wskazała mniej !
            Co prawda, za to rośnie we mnie przekonanie, że zwiążę się z Vitalią
            na dłuuuugie miesiące. Oby tylko efektywne !
            Spędziłam kilka godzin w br2.
            Wieczorem, słuchając audiobooka zrobiłam sałatkę z gruszek.
            Wciąga mnie ta książka, wzrusza w prosty, tandetny sposób,
            jak kiedyś klaskanie Rubika. Wiem już, że chodzi o winę, a nie wina.
            4 porcje sałatki zajęły największy półmisek jak mam ! Spakowałam
            go i pojechałam do B. i L. Kupiłam też Jim Beam`a, który zajmuje
            drugie miejsce na podium :D
         

76.2017

17/03 - rano wysłuchałam recenzji red. Czarnoksiążnika i przychylam się
           do opinii eM. Nie poczułam tego, co przy Nogasiu, nie zapragnęłam
           tej książki !
           Pani od rozliczeń podała mi ustawienia programu, ale niestety, efekt finalny
           u mnie był inny, więc po wykonaniu małego kroku do przodu, znowu stoję
           w miejscu :/
           W pracy byłam tak zawalona robotą, że zaczęłam gubić się na własnym
           biurku. Ale i tak dzień był fajny, m.in. dlatego, że poczta polska dostarczyła
           mi nowy stanik :D
           Wieczorem okazało się, że połączenie jogurtu, ziół prowansalskich i sera
           pleśniowego z gruszką i sałatą daje obłędną mieszankę ! :))) a zaraz
           po TzG w pozycji horyzontalnej, o !
       

75.2017

16/03 - wbrew moim obawom szef mnie docenił, zamiast zjechać, po przekazanych
            newsach ze spotkania z panią od rozliczeń. Aż się wzruszyłam :)
            Wróciłam do domu koło 15, było jasno, ciepło i czysto ! Po raz kolejny
            poczułam jak kocham to moje miejsce, jak lubię tu wracać, jaka czuję
            się wolna,  gdy nie mam br, ani nigdzie nie muszę jechać. Włączyłam
            audiobooka, zrobiłam vitaliowe posiłki na następny dzień, w tym obiad
            składający się z ryżu i sosu z duszonej marchewki z cebulą i orzechami
            na maśle :) Danie, na które przenigdy sama bym nie wpadła !

sobota, 18 marca 2017

76/365

Poranne ważenie pokazało -5,5 kg. To 38% założonego celu. Na mnie robi to ogromne wrażenie. Nerwy robią swoje i kompletnie nie mam apetytu, jem mało, praktycznie wcale nie jem słodyczy, nawet ostatnio odmówiłam ptysia, którego mama kupiła. W te wiosnę, która tuż za progiem wejdę w ulubionych ubraniach z szafy i - mam nadzieje - z BMI mniejszym niż nadwaga:)

No i pojechaliśmy na kebab. Kraszkebab, dodam. I wszystko jasne dlaczego to był jasny punkt tego dnia.

piątek, 17 marca 2017

74.2017

15/03 - po pracy umówiłam się z panią od rozliczania czasu pracy.
           Przyszła po tarczki z biało-czarnym dogiem niemieckim, czym od
           razu wzbudziła moją sympatię. Po 18-tej wróciłam z dokumentami
           oraz słowami wsparcia, które naprawdę były mi potrzebne :)

           Zaczęłam słuchać Gwiazd naszych wina (winę ?) i do tej pory jestem w małym
           szoku nad moim kolejnym wyborem. Trochę dezorientuje mnie tematyka,
           bardzo trudna, przy tak infantylnym pisarstwie, jakby to tworzyła nastolatka.
           I chyba docelowym odbiorcą jest młodzież, a ja już stara jestem.
           Alternatywnie mam "Diune", która jest jeszcze gorsza, ale z innych powodów.
           W każdym razie siedząc w aucie i czekając na wyjście z angielskiego syna nr2,
           słuchałam i najwyraźniej samą czynność bardzo lubię :)
       
           Odszedł Wojciech Młynarski. Zawsze czułam do niego, jako człowieka dystans.
           Wydawał mi się trudny, opryskliwy, bezczelny. A jednocześnie od wielu
           lat poruszały mnie jego teksty, najbardziej te liryczne, za tłumaczenie francuskich
           piosenek po prostu go kocham... Jeśli po 30 latach ! pamiętam, jak na recitalu
           Michała Bajora usłyszałam "Nie opuszczaj mnie" po raz pierwszy, jak wbiło mnie
           w krzesło, jak miałam łzy w oczach, to chyba jest miarą mistrzostwa słowa
           i oddziaływania na słuchacza. A pierwsza piosenka, która przychodzi mi
           do głowy, gdy myślę o panu Wojciechu Młynarskim jest właśnie ta.




75/375

Powoli czuję, że to już czas definiować swoją "przyszłość". A ja nie potrafię. Boleśnie odczuwam zaniedbania we własnym rozwoju, brzemię wieku, totalną nijakość własnych umiejętności. Kiedy zastanawiam się ile ktoś miałby mi płacić za to, co potrafię zrobić... nie wiem, czy zasługuję na najniższą krajową.

Zaczęłam czytać książkę. I jakoś tak, nawet nie wiem kiedy dotarłam do setnej strony. Ale książka, niestety, słaba. A może to tylko mój odbiór? Dotychczasowe książki autorki to była zupełnie inne półka. Niekoniecznie wybitne ale jakoś mądre, mroczne, pokrętne, jakieś. A ta to taka nijaka pisanina do szybkiego przeczytania, do szybkiego zapomnienia. Niemniej fakt, że w obecnej sytuacji w ogóle potrafię skupić się na czytaniu - bardzo na tak.

W Trójce piosenki z tekstami Wojciecha Młynarskiego. I ta, którą od dawna bardzo lubię a nie miałam pojęcia, że WM jest autorem tekstu.


czwartek, 16 marca 2017

74/365

Dotarł listonosz z upragnionym, wyczekanym i wytęsknionym listem z moimi zapachami. Tak... Aquolina Black Sugar naprawdę jest perfumowych odwzorowaniem Oud Oasis YC. Tak samo karmelowy, ciepły, słodki, otulający, orientalny i... momentalnie wzbudzający apetyt na zjedzenie czegoś słodkiego. Wprawdzie po chwili pojawia się dziwna nuta topiącego się plastiku (wiem, jak to brzmi w odniesieniu do pięknych perfum) ale... to jest fajne, intrygujące. Nie wiem tylko, czy zniosę w swoim otoczeniu taką dawkę słodyczy, bo dosłownie mam wrażenie, jakby obok mnie pracowała fabryka karmelu. A drugi zapach  jest lekki, świeży, rześki i.. taki trochę retro. O ile Aquolina krzyczy, poddusza i bardzo zwraca uwagę, tak Eau Sensuelle jest kwintesencją dyskrecji, jest bardzo nienachalny, delikatny i taka kropeczka nad "i" lekko zarysowana. A do tego pani dorzuciła dwie próbki, ale spowita kadzidlano-karmelowym woalem nic nie czuję:)

Wieczorem przeczytałam, że zmarł Wojciech Młynarski. Poczułam, jakby odszedł ktoś bardzo mi bliski. Kiedy jako dziecko, jakieś milion lat temu, zobaczyłam go w "Rodzinie Leśniewskich" w roli taksówkarza podobnego do Wojciecha Młynarskiego byłam pewna, że to bardzo znany światowy aktor, bo ta uroda, ta uroda... A później przyszedł zachwyt jego tekstami - tymi ironicznymi, celnie opisującymi absurdy naszego życia i bycia. I zachwyt lirycznymi tłumaczeniami poezji, tak doskonałe, tak bardzo chwytające za serce. Brel w oryginale jest piękny, ale teksy Brela, Brassensa, Becaud, Aznavoura w tłumaczeniu Młynarskiego dotykają tych najczulszych strun wrażliwości. Jeszcze później dowiedziałam się, jak wiele innych polskich tekstów wyszło spod jego pióra. Kolejne pożegnanie z artystą, który był przez całe moje życie. A piosenka... pewnie było wiele doskonalszych, bardziej znanych ale to ta nuciła mi się kiedyś i wywoływała uśmiech bo ktoś ważny ją przywołał i - zapewne - na zawsze związał ze sobą skojarzeniami...




 


środa, 15 marca 2017

73/365

Znów nie śpię od piątej. Oglądam kolejne odcinki serialu, chociaż niewiele rejestruję, bo gryzę się problemami w pracy. Myśli wracają, wracają natrętnie, a ja mam ochotę wydrapać sobie mózg aby chociaż przez chwilę móc o nich nie myśleć. Nie umiem, nie potrafię. Boli mnie serce, mięśnie, głowa. Wyobrażam sobie, że cały mój organizm zainfekowany jest tą złą energią, tą beznadzieją i tak truje mnie powoli, skraca życie. Zaczynam ludziom zazdrościć urlopów, wynagrodzeń płatnych terminowo, możliwości spokojnego chorowania. 

Rano na parkingu Lidla spotkaliśmy panią, która była z innego miasta i szukała sposobu dostania się na jedną z osiedlowych ulic. Nikt nie potrafił pani logicznie wytłumaczyć, jak wydostać się bez konieczności objeżdżania aż do Komornik. L. poprosił aby pani jechała za nami i w ten sposób "dowieziemy" ją do celu. Tak, trochę nadłożyliśmy drogi, trochę straciliśmy czasu. Jadąc do pracy zastanawiałam się, czy naprawdę takie drobne gesty życzliwości wracają? Czy ludzie je doceniają? Czy pamiętają? Czy gdzieś na jakimś tajnym blogu wspominają o nich?:)

Wracałam do domu pieszo. Przez trzy kilometry łapię słońce, patrze na mój cień, jak szybko się porusza, jak energicznie idzie. Jak to możliwe skoro duch pełza? Z radia popłynęła piosenka, której bardzo dawno nie słyszałam, a która dużo dla mnie znaczy, bo od tej płyty zaczęła się w moim życiu przyjaźń, którą życzę sobie dożywotnio celebrować: 

A kilka minut później odebrałam książkę, którą podarowała mi G. 
Tak, było kilka powodów do uśmiechu.

wtorek, 14 marca 2017

73.2017

14/03 - to był dziwny dzień. Nie potrafię uzasadnić dlaczego, ale wcześniej
           mam dwie dygresje. Tak jak kocham Cohena, tak doszłam do
           wniosku, że Piotr Metz, albo kocha go jeszcze bardziej, albo
           postanowił go zaorać. Mam wrażenie, że wycisnął jego twórczość
           jak cytrynę i ciśnie dalej. No ile można ? Wyciąga takie kawałki,
           że nawet ja tego słuchać nie mogę !!!
           Kolejna sprawa, to wycinka drzew. Jak mocno, głęboko jako naród
           jesteśmy trzymani jak pies na łańcuchu, że gdy tylko nadarza
           się okazja, to tracimy hamulce, nie mamy granic ? Po jednej stronie
           trzykilometrowego odcinka drogi do pracy już wszystkie drzewa wycięte.
           Teraz rżną z drugiej strony. Leżą te kłody jak trupy, a słowo barbarzyńcy
           straciło romantyczny wydźwięk.
           A ze spraw przyjemniejszych, dotarła przesyłam z bonprix, spodnie
           zamówiłam za duże, ale z bluzka ok.
           Po pracy pojechałam do ZUSu złożyć zwolnienie. Wzięłam kwitek
           z numerem, a dziewczyna za ladą zaproponowała, że mogę u niej złożyć,
           bo we właściwym okienku jeszcze potrwa. Dodam, że nie znam tej
           dziewczyny :)
           Następnie w biedrze natknęłam się na człowiek, do którego planowałam
           od niedzieli zadzwonić, żeby dopytać o rozliczenia delegacji, więc
           w sklepie wstępnie porozmawialiśmy i umówiłam się na telefon jutro.
           Później zadzwoniła mama, czy mogłabym poszukać taty, bo od 3 godzin
           nie wrócił. Podczas jazdy zauważyłam go na moim osiedlu, tak wracał
           do domu, zupełnie bez sens, ale najwyraźniej trzeba się przyzwyczajać.
           Na szczęście przyjemniejszym zakończeniem dnia okazała się przejażdżka
           do Orlenu. Myjnia umyła mój samochód, a ja dostałam w nagrodę kupon
           na bezpłatnego audiobooka, który skwapliwie wykorzystałam.

         
         

72/365

W sklepie jakiś starszy pan robił zakupy bardzo w stylu starszych panów. To znaczy po zważeniu i skasowaniu, na etapie płatności przypomniał sobie, że chce jeszcze to, to i tamto. Oraz doładowanie do telefonu. I jeszcze wypłacić gotówkę. A ja czekałam i wyraźnie miałam minę zmęczoną i zdegustowaną. Pan spojrzał na mnie i zapytał, dlaczego się nie uśmiecham. Zwalczyłam pokusę niemiłej odpowiedzi i stwierdziłam, że jestem po prostu bardzo zmęczona a jeszcze muszę zrobić obiad. Pan się zdziwił, że sama gotuję obiady, to postanowiłam zadziwić go informacją, że jeszcze sama chleb piekę. Na co pan się rozmarzył i stwierdził, że przydałaby się mu taka kobieta w domu. Po czym... zaśpiewał mi piosenkę "czy pani mieszka sama, czy razem z nim?" a ja w odpowiedzi nakreśliłam mu moją sytuacją rodzinną. Na koniec pan się pożegnał i stwierdził, że powinnam się częściej uśmiechać, bo mam bardzo ładne zęby. I to ostatnie tak mnie rozbawiło, że aż w głos i bardzo szczerze się roześmiałam. Co pan skwitował "właśnie o to chodziło!". 

G. odrobił lekcje bez żadnego marudzenia, co mnie zdziwiło bo było dużo pisania. W dodatku napisał na brudno a kiedy przepisywał zrobił to tak starannie, że pochwała była oczywista.

72.2017

13/03 - przeliczyłam płace, znalazłam parę wstydliwych wpadek, które mogę
          wytłumaczyć albo kiepską formą psychiczną, albo czasowym przebywaniem
          w piątek w innym wymiarze ! Co się dało, to poprawiłam. Po powrocie do
          domu wbiłam się w kąt, próbowałam kontynuować Raya Donovana, w końcu
          w akcie małej rozpaczy sprawdziłam na cda i ku mojej ogromnej radości
          odnalazłam sezon pierwszy ! Miałam jeszcze jechać zrobić zakupy, podjechać
          z synem nr2 do kotów D., ale to wszystko przestało mieć znaczenie wobec
          dostępności tego serialu. Padłam koło północy przy pierwszym odcinku
          drugiego sezonu. Tak, zakochałam się ! :))

71.2017

12/03 - na 10:30 umówiłam się w galerii z Il. Musiałam ze 4 km przejść pieszo,
            a czułam się jakbym przebiegła maraton. To akurat niewesołe !
            Wszystko wskazuje na to, że Il. uda się sfinalizować sprzedaż domu i jej
            prawie 16-letnia przygoda z miastem O. dobiega końca. Widujemy się tak rzadko,
            że dramatycznie nie odczuje jej braku, cieszę się, że w końcu udaje jej się stanąć
            na nogach, ale jednocześnie jest mi smutno. chyba głównie dlatego, że tak
            nieprzewidywanie - z naciskiem na stronę negatywną - układa się życie...
            Po powrocie do domu próbowałam obejrzeć Raya Donovana, ale było to
            naprawdę duże wyzwanie, bo dźwięk wraz z napisami nie synchronizował się
            z obrazem, więc przemordowałam 2 odcinki i poddałam się.
            No więc taka ta niedziela bardziej gorzka, z majaczącą perspektywą
            poniedziałku, zaznaczona bezą w kawiarni i litewskimi cukierkami grylażowymi
            od Ir., która wpadła wieczorem na kawę.

70.2017

11/03 - wstałam po 7-ej, zważyłam się, waga ani drgnęła przez tydzień,
           więc poszłam nieszczęśliwa z powrotem spać i obudziłam się o 11-tej !!!
           Koło 13-tej pojechaliśmy z synem nr2 zrobić zakupy moim rodzicom.
           Przyznam, że wobec niektórych pozycji, typu pasztet francuski z zielonym
           pieprzem wszystko mi opada i bardzo żałuję, że nie ma u nas opcji dostawy
           do domu, szczególnie, że 1/3 długiej listy zakupów, to produkty wypatrzone
           w gazetce reklamowej, w onej ładne wyeksponowane co niekoniecznie
           przedkłada się na półki sklepowe. Po powrocie do rodziców zadzwoniłam
          do syna nr1, który obchodził urodziny, wszyscy złożyliśmy mu życzenia,
          co wyraźnie sprawiło mu przyjemność. Akurat piekł ciastka czekoladowo-
          miętowe. Kolejna niejadalna propozycje :)) Następnie wraz z synem nr2
          spotkaliśmy się z D., który wręcz wstrząsnął mną, ponieważ z własnej woli
          sfinansował kwiaty imieninowe dla B. :)) Wieczorem wciśnięta w zieloną
          sukienkę tak się obżarłam na wspomnianych imieninach, że myślałam, że
          umrę ! I znowu - dopiero dociera do mnie jak długi był ten dzień, jak wiele
          się działo... ale najprzyjemniejszy był powrót taksówką do domu. Jechałyśmy
          z I., która wcześniej wysiadała i chciała zapłacić za cały kurs. Kierowca
          powiedział, że nie wie, ile to wyjdzie, a ja dodałam, że przecież I. nie wie,
          gdzie my jeszcze z panem pojedziemy.
          Na co taksówkarz powiedział: no właśnie !
          Czym mnie bardzo rozśmieszył, co pewnie w ogóle nie wydaje się zabawne :)

69.2017

10/03 - mimo, że piątek, to też nie poczułam ulgi ani radości ze zbliżającego
           się weekendu. W pracy młyn i spory stres. Jedynym przyjemnym momentem
           było zamówienie wspomnianej książki.  Mam nadzieję, że moja radość przełoży
           się na doznania czytelnicze :) Po pracy robiłam zakupy. Jak zwykle miałam
           problem z prezentem dla B., ale i tak byłam z siebie wyjątkowo zadowolona.
           Wpadłam jeszcze do rodziców, gdzie nie oparłam się pierogom z serem,
           obsmażanym na maśle i dodatkowo zasypanym pudrem. A w sobotę ważenie.
           Aaaaaaa !!!!
           I tak - z krótkiej perspektywy - udało się wyłuskać kilka dobrych chwil :)

poniedziałek, 13 marca 2017

71/365

Postanowiłam wypróbować nowy koszyk do wyrastania chleba. Cóż... uznam, że korzystałam ze złego przepisu i ten konkretnie chleb nie nadawał się do wyrastania w koszyku. A raczej nadawał po wyłożeniu go lnianym ręcznikiem. Wieczorem wyłożyłam ciasto na blachę, rozlało się w ogromny bochen. Upiekłam absolutnie zjawiskowy, rustykalny, wielki chleb. Bochen tak ogromny, że chyba wyjdę na ulicę częstować sąsiadów.
Mama zaprosiła nas na obiad. G. zabrał ze sobą tornister, zeszyty - uznał, że u babci odrabia się najlepiej. Jednym z zadań było wymyślenie zdań z podanymi parami wyrazów. No trochę problematyczne, kiedy trzeba wymyślić zdanie ze słowami "marchewka/duch", "brzuch/chleb", "uśmiech/ruch". Ale G. poradził sobie, chociaż pani czytając zapewne będzie krztusić się ze śmiechu. Wyszło tak:
- Od chleba brzuch jest gruby.
- Dałem duchowi marchewkę ale jej nie zjadł.
- Ruch to zdrowie a zdrowie to uśmiech.

70/365

Sobota. Wstałam o szóstej. Wyszłam z Zaspą, zauroczył mnie mroźny, pomarańczowo-błękitny świt. Świat nagle wydał się bardziej przyjazny. Nie żeby zaraz jadł z ręki ale pomyślałam, że jakoś da się oswoić. Obejrzałam kilka odcinków "Orange is the new black", przyszła mama i przyniosła rożki. Zatęskniłam za smakiem puree ziemniaczanego więc ugotowałam dwa ziemniaki, udusiłam z masłem i suszoną cebulą - zastanawiające jak bardzo proste danie potrafi smakować, być kulinarnym spełnieniem. 
Wieczorem zasypiałam i myślalam o miejscach, które chciałabym odwiedzić - żadne wyrafinowane  marzenia: Wro, nadal Kraków, Kotlina Kłodzka i wejście na Śnieżnik, Międzyzdroje, Podlasie i spacer z G. nad Narwią... Jestem utkana z takich małych tęsknot, żaden wielki świat nie woła mnie tak, jak miejsca i ludzie które oswoiłam i ukochałam.

69/365

Piątek. Kiedyś to był dzień radości, wytchnienia po ciężkim tygodniu. Teraz to dzień ogromnego zmęczenia i nieustającej galopady musli, rozliczania błędów, niepewności.W pracy czekały na mnie żonkile z okazji 8 marca. Uśmiechałam się kiedy poczułam ich zapach, tak absurdalne wydały mi się te kwiaty w mojej sytuacji. Wracając do domu niosłam je w torebce, ładnie komponowały się żółte kwiaty wychylające z zielonej torebki. 
Poszłam z G. na spacer z Zaspą. Szczebiotał, podskakiwał i poczułam, ze jest moja wielka, rozczulająca radością, ze to takie dobre móc go przytulić, wziąć za łapkę, przekomarzać się.

A gdzieś w środku dnia dotarła do mnie wieść, że G. kupiła mi książkę. Bardzo mnie to wzruszyło: sam gest, ta książka, ten tytuł. I nie, nadal nie czuję, że zasłużyłam ale bardzo się cieszę:)

piątek, 10 marca 2017

68.2017

09/03 - wróciłam do domu i wlazłam pod pierzynę ! Włączyłam tvn24,
           żeby zobaczyć relację z Brukseli. I tak, poczułam najprawdziwszą
           radość i satysfakcję  z powodu kontynuacji kadencji Tuska.
           Faktycznie historia kołem się toczy, tylko czekać co odstawią 11 marca...
           Ale powiało choć przez chwilę normalnością, solidarnością, wsparciem,
           poczuciem bezpieczeństwa.
           A na pracowym parapecie wiosna !!!


68/365

Ciosy, ciosy, kolejne ciosy. Nie mam już sił, nie mam łez, czuję jak firma  przez lata budowana wali się z każdym dniem. A tym samym - wali się istotna część mojego życia. 
Zaczęłam oglądać nowy serial, jakoś długo się przed nim wzbraniałam, a to bardzo wciągająca chociaż specyficznie opowiedziana historia. I ma cztery sezony więc trochę razem pobędziemy.


L. pojechał do miasta pozałatwiać sprawy i wrócił z koszykiem do wyrastania chleba. Zaczyna się nowa epoka w mojej domowej, piekarniczej przygodzie. A wieczorem wyjęłam z pieca kolejny duży bochenek pszennego chleba na żytnim zakwasie. Nadal wzrusza mnie to, że z trzech składników potrafię wyczarować coś tak wspaniałego. Jakby to było jedyne, w czym nie jestem beznadziejna.

czwartek, 9 marca 2017

67.2017

08/03 - nie jest wszystko świetnie :) no ale... Oswajam nowy stan, może sytuacja
            nabiera odpowiednich proporcji. W pracy spokojnie, dostałam tulipany od R.,
            bombonierkę od szefa. Gdy wieczorem doliczyłam się 10 szt kwiatów: w tym
            6 róż od L.(i B.) i tulipan od D. to trochę mnie rozbawiło, bo inicjatorkami 9 szt
            były kobiety :) Tak czy siak było to przyjemne !
            Ale najbardziej poruszył mnie - jak się okazało - głuchy telefon od eM.
            Rozczuliła mnie jej wymiana z G. Jeszcze bardziej poczułam jak jest trudno
            i jak bardzo tęsknię :*



67/365

Dostałam żonkile, małe pączusie i rożki. Ale nikt nie zwolnił mnie z rozwieszania prania, odrabiania lekcji z histeryzującym G., przygotowania go do sprawdzianu z angielskiego. Przez pół dnia miałam otwarte okno i syciłam sie słońcem i ciepłem wpadającym do pokoju. 

66/365

Wyszłam od lekarza z diagnoza anginy o ostrym przebiegu. I recepta, której realizacja kosztowała mnie 65 pln. Pózniej przez pół dnia słuchałam pretensji mamy, dlaczego nie powiedziałam lekarzowi, ze ma zapisać tańszy antybiotyk. Na przykład dlatego, ze lekarz wypisując receptę nie informuje o cenie leku? 
Przez cały dzień spałam. Zmusiłam sie do zjedzenia kawałka pizzy. Dosluchalam Miniera do końca. Koty mnie oblazły i otuliły. Celebrowałam stan wyautowania ze świata zewnetrznego chociaż dreszcze, temperaturę i ból gardła uniemożliwiający przełykanie trudno nazwać celebracja.

wtorek, 7 marca 2017

66.2017

07/03 - więc tak, dziś jest ten dzień, w którym złapałam koło ratunkowe eM.
            w postaci Raya Donovana :) Obejrzałam pierwszy odcinek i chcę więcej !!!

65/365

Zrobiłam zestawienie. Nie wyszlo optymistycznie. Wyszło zdecydowanie pesymistycznie. Uznaliśmy, ze jeśli chcemy te firmę ratować musimy sprzedać nasz samochód. Szybko sprzedać. Wiem, ze to tylko auto, ale...

W domu okazało sie, ze to co brałam za towarzyszące mi odczucie zimna, to jednak dreszcze powodowane temperatura 37,5. Do wieczora doszedł jeszcze koszmarny ból gardła, a w nocy temperatura skoczyła do 39 stopni. 

W kategorii happy: po pracy zawiozłam książki pewnej miłej dziewczynie. Poza umówiona kwota w zawrotnej wysokości 10 pln dostalam też czekoladę, taki miły gest, ze nawet nie pomyslałam o diecie i do domu dowiodłam jakies marne dwie kosteczki:)

65.2017

06/03 - nieco dłuższy dzień w pracy. Mój samochód miał przejść przegląd
           przed remontowy, ale w końcu nie przeszedł.
           Za sprawą R. wysłuchałam utwór Chopina i muszę stwierdzić, że dałam radę :)
           Co więcej, to było przyjemne :))



            Obejrzałam też animację PIXAR. Pogodna i wzruszająca. I choć to wciąż
            absurdalne, trochę czuję się jak to pisklę.



64.2017

05/03 - słońce sprawia, że zaczynam zupełnie inaczej funkcjonować,
           smutki maleją i priorytetem stają się porządki w ogródku.
           Syn nr2 co prawda pod nosem oprotestował tę potrzebę, jednak
           pozgrabiał suche liście tulipanowca, ja powyciągałam je ze
           wszystkich kątów. Spakowaliśmy łącznie osiem 120 l worków !
           Całe ciało miałam obolałe, ale te powiewy wiosny dosłownie
           stawiają mnie na nogi !

poniedziałek, 6 marca 2017

63.2017

04/03 - słońce od rana ! Przed 7 wróciłam do domu, wzięłam prysznic
           i na 8 pojechałam do br1. Przed 11 jechałam już do domu.
           Wykąpałam się i poszłam spać. Choć brzmi to absurdalnie
           uwielbiam spać, gdy świeci słońce. Przez cały dzień nie ruszałam
           się z domu. Wieczorem obejrzałam TTBZ. Tu też nie mam faworyta :)
           Ale ten dzień jako całokształt był już lepszy, cieplejszy, spokojniejszy.


62.2017

03/03 - nie zmieniło się nic, a jednocześnie wszystko. Nie umiem nic na to
           poradzić. Niby 15 minut, niby usankcjonowanie, a ja jestem w rozsypce.
           Tak, jakbym zderzyła się ze ścianą.
         
           Po powrocie z pracy słuchałam "Magiczny dwupunkt". Na razie nie było
           żadnych nowości, ale słucham i co jakiś czas czuję irytację :/
           Wieczór u B. i L. ze świeżym rozwodnikiem. Opijanie nowego stanu
           podczas TzG. Nie mam faworyta, zaskoczyło mnie, że odpadła Kasia Sawczuk.
         
           Bardzo chciałabym się rozpłakać, poczuć ulgę i puścić w cholerę to wszystko,
           co tak usilnie trzymam. A to, co mogę nazwać naprawdę dobrym w tym dniu,
           to maile od eM.

niedziela, 5 marca 2017

64/365

Sobotnia wizyta w "Południu" tak mnie zainspirowałam, że rano wstałam i postanowiłam upiec nowy, lekki chleb. Wybór padł na ten przepis. Po raz pierwszy postanowiłam upiec chleb nie w foremce keksowej, ale bochenkowy. Nie wyszedł zbyt piękny (nie mam koszyka do wyrastania chleba) ale za to zapach, smak, chrupiąc skórka. Nawet dziecko oznajmiło, że chce go do szkoły, bo jest tak dobry jak ten ze sklepu. Tak, to osobliwe komplementy mojego dziecka:) I jeszcze ukręciłam masło ziołowe. I ugotowałam rosół.Taki domowy, pełen prostych smaków, dzień.

A wieczorem przyszły nerwy, niepokój, strach. Usiadłam na schodach na taras, skuliłam się i płakałam. Nie wiem, czy w tym tunelu jest światełko? Czy może ta ja nie widzę, bo strach pozbawił mnie nie tylko wzroku, ale i nadziei?

63/365

Upiekłam chleb, ponieważ nie miałam tyle zakwasu, ile sugerował przepis musiałam wprowadzić pewne modyfikacje. I okazało się, że chleb jest pyszny a ja umiem w pieczenie chleba tak, że potrafię zmodyfikować precyzyjny bardzo przepis. Przez cały dzień miałam otwarte wyjście na taras. Pies szczęśliwy, kot szczęśliwy a i mnie było dobrze w tym marcowym słońcu. 
Na 18:30 pojechaliśmy na kolację. Restauracja okazała się być małym bistro, w którym wieczorami tańczy się tango. Urzekł mnie lekki, niezobowiązujący klimat, przemiła i dowcipna obsługa, która potrafi sprawić, że czułam się, jakbym od zawsze bywała tam gościem. Jako czekadełko podano własnego wypieku chleb i masło ziołowe. Zamówiliśmy wino, dania podano szybko. Zaskoczyła mnie wielkość porcji (mojego dania nie zjadała całego), i smak, i wszystko. Jestem zachwycona, mam kolejne ulubione, ciepłe i urzekające miejsce na mapie Poznania (i jestem pewna, że przy następnej wizycie G. pójdzie tam za mną i również się zachwyci). A poza tym spotkanie z J. i Z. tak dobrze mnie ugłaskało. 

62/365

Miałam nadzieję, że ten piątek będzie jakiś dobry. Nie był. Telefon z informację, że zostawienie w Warszawie pracownicy narzekają, marudzą a przede wszystkim nie zaczynają pracy punktualnie. Mam podejrzenie, że zaczęli ją o 12. To mnie wykańcza, to mnie przytłacza, męczy, przeraża. 
Zadzwonił Z. Że idą z J do teatru i czy nie chcielibyśmy z nimi pójść na kolację. Chcielibyśmy ale... jak mam powiedzieć, że wydatek kolacyjny jest poza moim zasięgiem? Zarezerwowałam stolik w miejscu poleconym przez J., lektura menu sugerowała, że nie jest aż tak drogo. A później do wieczora miałam wyrzuty sumienia...

Wieczorem płakałam. Łzy płynęły i wsiąkały w poduszkę. Przyszedł L., przyszedł G., przytulili się do mnie. Poczułam się kochana. Nie, to nie sprawiło że problemy magicznie zniknęły. Ale było dobre, ciepłe i czułe.

piątek, 3 marca 2017

61/365

Dzień pełen goryczy. Zamiast wiosny ulewa, wichura tak straszna, że bałam się iść po ulicy. Zamiast szybkiej pracy nad fajnym zleceniem telefony od pracowników, że im zimno, że to, że śmo aż zwątpiłam, czy na pewno mam do czynienie z dorosłymi ludźmi. Nie idzie, po prostu nie idzie. Wiem, że ten blog nie służy do wylewania żali ale... chyba czarę goryczy przelała wiadomość od pani z pretensjami, że nie uwzględniłam jej komentarza "rez" pod postem o sprzedaży książek, podczas gdy ta konkretna książka była już wcześniej zarezerwowana. Według pani powinnam to zaznaczyć, bo ona była pewnym klientem, i generalnie moja strata. A ja bez sensu tłumaczyłam, że jeszcze nie zdążyłam oznaczyć wcześniejszej rezerwacji.

Wieczorem było mi smutno. Po prostu. To na fastrygach trzymające się życie sprawia, że nie wiem jak funkcjonować. Że właściwie poczucia bezpieczeństwa nie mam żadnego. Że mięśnie, nerwy napięte jak podczas spaceru po linie. Nawet śniło mi się, że dopadł mnie szczękościsk, i nie mam pewności czy to na pewno był tylko sen? Czy może faktycznie w nocy przytrafiła mi się niemożność rozwarcia szczęk? Koszmarne uczucie.

A co dobrego? Obiad z udziałem kaszy gryczanej. Ona zawsze rozumie.

61.2017

02/03 - zdobyłam 73 pkt wg listy stresorów. Jeszcze nie wiem jak się czuję.
           Dominuje smutek, stan na granicy łez, lecz jakoś tej granicy nie jestem
           w stanie przekroczyć. Czuję też, że rozluźnia się ten mentalny bandaż, który
           okręciłam wokół siebie, tylko nie wiem co będzie jak całkiem opadnie ?
           Na razie jest lęk, że nic poza kupą strachu, który się po prostu rozsypie.
           Okazuje się, że usankcjonowanie stanu faktycznego znaczy więcej, niż "tylko".
           Ponad dwudziestoletni etap mojego został zamknięty.
           No tak, liczę na to, że będzie coś dalej... ale na razie Cabrel...

          Dziękuję eM. za troskę, za wsparcie, za to, że ze mną jesteś :*



czwartek, 2 marca 2017

60/365

Dziecko dostało A+ z kartkówki z tabliczki mnożenia. No! W domu szybki obiad, zrobiłam surówkę z kapusty, którą kupiłam jako włoską a okazała się być małą główką młodej kapusty. Zastanawiam się w jakim amoku kupowałam tę kapustę, skoro nawet z wierzchu nie miała karbowanych liści:)
Popołudnie przespałam, kiedy G. poszedł spać zaczęłam czytać książkę. To dopiero druga w tym roku ale mam nadzieję, że jak tylko rozpoczniemy przydomowe życie ogródkowe... A ponieważ finansowo jest katastrofalnie i było mi bardzo smutno, że nic, absolutnie nic sobie nie kupuję to weszłam na sprzedażową grupę perfumoholików i kupiłam resztkę Black Sugar Aquolina (to ten zapach, który ma pachnieć jak Oud Oasis YC) i Eau Sensuelle Rochas. Uznałam, że skoro udało mi się sprzedać kilka książek, to wspomogę zwierzęcą fundację a za resztę sprawię sobie przyjemność. To chyba dość dalekie od racjonalnego gospodarowania środkami, co tak bardzo sobie obiecywałam:)

środa, 1 marca 2017

60.2017

01/03 - no jest to jakiś koniec mojego świata. Formalny. Tak myślę...
           Subskrypcja wpłynęła, książka ściągnięta. Zawiozłam do pracy
           kupione wczoraj hiacynty. Jeszcze pąki, ale niech ta wiosna
           objawia się wszędzie ! Dostałam smsa od syna nr2: gdyby miłość,
           szczęście i radość miały swoją manifestację, to właśnie ją zjadłem.
           Wiadomość dotyczyła kanapki, którą mu zrobiłam do szkoły :)
           A apogeum mojego napięcia znalazło ujście w zakupie stanika.
           Chyba do wypłaty przeżyje... no ale w to jednak koniec świata...
         


         

59.2017

28/02 - kolejny długi zawodowo dzień. Przed wyjściem do pracy zeszłam do
            ogródka. Z okna nie widziałam czy ciemierniki mają kwiaty, a do tej
            pory w styczniu-lutym zazwyczaj kwitły. Musiałam rozgrzebać nie
            sprzątnięte jesienią liście tulipanowca... a pod nimi taki ogrom pąków,
            że właśnie to poczułam ! Wiosnę, nadchodzącą zmianę w takiej
            obfitości, że aż się uśmiechnęłam :)
           
            W br1 zostało mi licząc optymistycznie pracy na jedno popołudnie.

            Po powrocie do domu przygotowałam sos pomidorowy z avocado !
            Ponieważ już wielokrotnie zaskoczyły mnie proponowane przez Vitalie
            połączenia, postanowiłam i tym razem zaryzykować :)
           

59/365

Rano obudziło mnie słońce odbijające się w oknach domu po przeciwnej stronie ulicy. Niebo w pomarańczach, różach i błękitach - cudowne, i tak dobrze nastroiło a resztę dnia. A później weszłam na wagę. -4 kg to już wyniki, który mnie satysfakcjonuje i mobilizuje. W pracy pojawiło się dużo nowych tematów, zapytań, kilka tak bardzo obiecujących, że mam nadzieję iż uda się je sfinalizować. Trzeba trzymać kciuki, mocno!
Wyszłam z psem na spacer, mimo że wiał wiatr i zmarzły mi szyja i dekolt osłonięte tylko lekką apaszką to jednak widok pierwszych przebiśniegów, krokusów wychylających się z ziemi uświadomił mi tę ogromną tęsknotę za wiosną, ale i myśl, że tej wiosennej inwazji życia, wychodzenia spod zimowej kołdry już nie da się zatrzymać. Dobry, lekki, wypełniony nadzieją dzień.

Aaaa! I jeszcze udało mi się wysłać paczkę za pomocą paczkomatu. Jak zwykle do takich nowości podeszłam z obawą a okazało się, ze to proces miły, przyjemny i bardzo prosty, tak prosty że po wszystkim byłam nieco rozczarowana, że to już i bezproblemowo. A paczka już w warszawskim paczkomacie, o!:)