wtorek, 28 lutego 2017

58/365

Rano obudziłam się z irracjonalnym przekonaniem, że może to wcale nie będzie zły dzień? Dawno nie obudziłam się z takim nastawieniem więc muszę odnotować. W powietrzu czuć wiosnę. Umówiłam się na odbiór książek na osiedlu, poszłam pieszo, z wiatrem we włosach, idąc w stronę zachodzącego na złoto słońca. Mała radość, migotliwe poczucie szczęścia. Wieczorem usmażyłam faworki. No cóż... pierwszy i ostatni raz. Zapomniałam, jak bardzo nienawidzę zapachu smażeniny. Mam wrażenie, że osiadł na wszystkim - na ścianach, we włosach, jest obrzydliwy. I tak skutecznie zniechęcił mnie do tych faworków, że... nie zjadłam (jeszcze;P) ani jednego. Ja to potrafię:) 

[a poza tym poranne wskazanie wagi tak mnie pozytywnie zaskoczyło, że najchętniej nie jadłabym niczego. to taka luźna uwaga ale jeśli kiedyś zastanawiałam się, czy cierpię na jakiekolwiek zaburzenia odżywiania to zakładałam, że może być to bulimia. a ta poranna radość, ta myśl że gdybym jeszcze mniej jadła to waga spadłaby jeszcze bardziej - postawiła mnie gdzieś w pokoju dla anorektyczek. aż się wzdrygnęłam na myśl, że rozumiem ten mechanizm]

poniedziałek, 27 lutego 2017

58.2017

27/02 - skończyłam miesiąc w br2. Wracając do domu podjechałam do apteki,
           babcia K. poprosiła, żebym kupiła jej syrop. Stojąc w kolejce zwróciłam
           uwagę na kremy w promocyjnej cenie 6,99 i poczułam, że bardzo chcę
           sobie coś kupić. Dość irracjonalnie wybrałam krem ze względu na to, że
           różany :) Fakt, że przeciwzmarszczkowy wybrałam z premedytacją.
           Ale chyba ma zbyt intensywny zapach, dodatkowo podrażnia mi skórę.
           Jednak w momencie, gdy go kupiłam czułam się naprawdę szczęśliwa :)
         
           Obejrzeliśmy z synem nr2 "Mistrza". Zaczęliśmy od 42 minuty, na której
           wczoraj skończyliśmy i to zdaje się był przełom w filmie. Akcja wreszcie
           ruszyła, oboje poczuliśmy, że wciąga nas ta historia... na jakieś 25 minut,
           po których nastąpiła kolejna godzina bardzo nudnego filmu. Szkoda...
           Żal i tak dobrej obsady, i niezłego tematu. Ucieszyłam się, że nie musiałam
           oglądać go w kinie :))

57/365

Odkurzyłam starą grę na smartfona "SongPop". Gra polega na tym, że losowo wybiera się przeciwnika i odgadujecie fragmenty prezentowych utworów z różnych gatunków i stylów, wygrywa ten kto szybciej, trafniej - wiadomo. Trafił mi się Brazylijczyk, który uparcie zadawał mi do rozpoznania jakiś brazylijski pop, muzykę dance/elektroniczną/światowych DJ lub utwory Rammstein, o matko! Jaka była moja satysfakcja, kiedy zaznaczając na chybił-trafił udało mi się go pokonać:) I dołożyć dając do odgadnięcia brytyjski pop z lat 70 albo piosenki z "The..." w tytule:)   

Obejrzałam pierwszą serię "Miasteczka Twin Peaks". Tak, po latach zupełnie inaczej odbieram ten serial, wydaje mi się mniej dziwaczny, mniej straszny. Ale nadal wzrusza mnie ta czołówka - ptak, daglezje, wodospad, tartak i motyw muzyczny, który uwielbiam. I bardzo doceniam fakt, że w "Rayu Donovanie" postać graną przez Sherylin Fenn (serialową Audrey) uczyniono żoną agenta FBI:)

A wieczorem znów czułam drżenie na myśl, że poniedziałek, praca, problemy.

56/365

Obudziłam się rano. Na trawniku leżała... cieniutka warstwa śniegu. Tu nastąpił epicki ekhm, bo przecież miała być wiosna! Halo! A tymczasem o 12 było już kilka stopni, piękne słońce i ani śladu śniegu. W sklepie zoo kupiłam karmę dla Zaspy, wybrałam worek 15 kg, żeby było taniej. Dotargałam go do kasy a tam.. okazało się, ze źle odczytałam cenę, i jest droższy o prawie 40 pln niż planowałam wydać. Poinformowałam pana, że przepraszam, ale przekracza to mój budżet i muszę wziąć inną karmę. A pan powiedział, że naliczy mi rabat pracowniczy i tym samym zapłaciłam 38 pln mniej niż regularna cena. A dodatkowo dostałam próbki innych karm i smaczki. 
A zapowiedź wiosny tak mnie nastroiła, że umyłam okna. I wstawiłam rosół. I obiad. I zaczyn na chleb. I wystawiłam książki do sprzedaży na grupie książkowej. I zapewne zrobiłam to wszystko dlatego, że wciągnął mnie kolejny audiobook Miniera ("Nie gaś światła"):)

55/365

To był bardzo zły dzień. Mam wrażenie, że deszcz, że wiatr, że idiota z samochodu, który ochlapał moją mamę stojącą na przystanku, że te wszystkie drobne i mniej drobne złe wieści w tym dniu osiągnęły swoją kumulację. Wróciłam wcześniej do domu, usiadłam i płakałam. Po prostu byłam rozżalona i pozwoliłam, aby łzy mi płynęły. Mama kupiła rożki, na pociesznie sobie, na pocieszenie nam. Nie pomogły. O 20 poszłam spać uznając, że nic lepszego niż zakończenie tego paskudnego dnia nie wymyślę. 

57.2017

26/02 - obejrzałam film, na który trafiłam przez przypadek. W tv był krótki
           wywiad z Janem A.P. Kaczmarkiem nt wystawienia jego Emigry.
           Na YT  znalazłam soundtrack, na cda film. Smutny, przygnębiający,
           z irytującym zakończeniem. Ale sama możliwość spędzenia spokojnego
           dnia w moim domu, w moim raju na ziemi jest wystarczającym powodem
           do radości :) Wieczorem w ramach listy BBC zaczęliśmy oglądać z synem nr2
           Mistrza, ale poległam po 40 min i zasnęłam.



niedziela, 26 lutego 2017

56.2017

25/02 - mały spadek wagi, ale  1800 kcal obronione :D
          Do 14-tej pracowałam w br1, później robiłam rodzicom zakupy, a przez cały
          dzień próbowałam zorganizować sobie towarzystwo na Pokot.
          PR filmu jest tak sugestywny, że nikt nie chciał pójść :) a ja pomimo
          znajomości fabuły obawiałam się iść sama. Finał był taki, że zaprosiłam do
          kina tatę. Cieszył się jak dziecko ! :)

55.2017

24/02 - w br2 została mi jedna firma, więc wieczorem wychodziłam już
           spokojniejsza. Wpadłam po drodze do rodziców i wracałam podczas LP3.
           W domu włączyłam tv, ale wróciłam do Trójki.
           BBC ogłosiło listę filmów XXI w., które koniecznie trzeba obejrzeć - przed
           śmiercią zapewne. Przezornie zaczęłam od pierwszego miejsca,
           po 30 minutach zasnęłam...
           Cieszę się, że ten strasznie męczący tydzień minął. Po prostu.

54.2017

23/02 - planowane 2 pączki zamieniły się w 3 i pół, ale 1,5 bez przyjemności,
           więc się nie liczy :) W br2 wyjaśniła się sytuacja z ilością firm. Nadal
           nie wiem, czy jestem zadowolona z tego rozwiązania czy nie, czas pokaże.
           Wieczorem ostatkowe spotkanie u B. i L. Tam właśnie padło to nieszczęsne
           1,5 pączka, z preludium z zupy serowej :) Vitalia ani jednego, ani drugiego
           nie uwzględnia !

piątek, 24 lutego 2017

54/365

Tłusty Czwartek. Rano weszłam na wagę. Wynik mnie usatysfakcjonował, pomyślałam że szkoda przez tłustoczwartkowe obżarstwo przytyć. Ale niezawodna Trójka poprawił mi humor telefonem od słuchacza, który podał prostą i dla mnie idealna metodę na spalenie nadprogramowych kalorii po jedzeniu jednego pączka - należy leżeć przez osiem godzin!:) A pączki zjadłam dwa. Zapewne byłoby więcej, gdyby nie wieczorna wizyta M., który bardzo narzekał, że jest gruby, bez formy, że mu źle po czym zjadł... pozostałe pięć pączków. 
Od rana myślałam o tym, że pączki pączkami ale tak naprawę to chciałabym zjeść domowe, świeże, kruche faworki (chruściki). Wydrukowałam przepis ale na zrobienie w domu jakoś zabrakło chęci. Może zrobię na ostatki?

Ostatnio bardziej trafia do mnie muzyka. Wczoraj wspominałam nasz wspólny z G. seans "Spaceru po linie" Włączyłam playlistę i okazało się, że wykonanie Joaquina Phoenixa mam tak wdrukowane, ze oryginał jakoś mi nie pasuje. Zatem Joaquin:


czwartek, 23 lutego 2017

53.2017

22/02 - w br2 ogarnęłam dodatkowe firmy, nie jest tak strasznie,
           jak się obawiałam. Rozbawiła mnie rozmowa telefoniczna
           z prawnikiem a rozłożyła na łopatki rozmowa z B., która
           powiedziała, żebym w czwartek przyjechała, i że jakoś ze mną
           wytrzyma, po moim stwierdzeniu, że jestem ostatnio nieznośna.

           Wieczorem obejrzeliśmy z synem nr2 "Zjawę". Oscar dla di Caprio,
           za to, że przez pół filmu czołga się z miną cierpiętniczą wydaje się
           przesadą. Syn przyznałby tę nagrodę - jeśli już koniecznie musiała
           być - dla Toma Hardy`ego a ja dla stającego się jednym z moich
           ulubionych aktorów Domhnalla Gleesona. Jak zmężnieje będzie
           mógł pretendować do roli HH :) Ostatnie 20 minut  przemęczyliśmy.
           Naprawdę, lepiej byłoby skrócić film, zostawić niedopowiedzenia,
           niż zapodać ten hollywoodzki, boleśnie przewidywalny finał.
           Niemniej... fakt, że syn nr2 zaproponował i chciał, żebyśmy razem
           oglądali film - bezcenne !


53/365

W pracy tablica do wpisywanie zleceń powoli zapełnia się. Nie są to kwoty satysfakcjonujące ale ufam, wierzę i zaklinam rzeczywistość, aby były to jaskółki zwiastujące wiosenny urodzaj. Wieczorem w domu postanowiłam dać szansę jeszcze jednemu odcinkowi "Belle epoque". O porywającej fabule tego odcinka najlepiej świadczy fakt, że usnęłam dwa razy. A przed snem włączyłam sobie piosenki, które podśpiewywały się od rana:


[o tym, że śpiewał mi się również DNCE i jego "Cake by the Ocean" oraz Justin Timberlake "Can't Stop The Feeling" taktownie nie napiszę;P ale te lekkie piosenusie bardzo, bardzo poprawiają mi nastrój i normalnie, dosłownie mam ochotę tańczyć!]

środa, 22 lutego 2017

52/365

Uzupełniłam wniosek złożony w US. W pewien sposób ulga, bo już nic nie jest w moich rękach, czekam na decyzję. Albo na wyrok:/ Na miejscu okazało się, że w jednej rubryce wpisałam wartości, które powinny być w innej. Wniosek składał L. więc musiałby na miejscu parafować tę drobną zmianę. I mógłby, gdyby... gdyby pani w US mogła sprawdzić w KRS, czy jest upoważniony. A nie mogła gdyż nie było prądu, więc L. przyjechał po mnie, żebym pojechała i złożyła swój podpis. Strasznie mnie to rozśmieszyło:) Wracając weszłam na pocztę, aby odebrać pismo z US, akurat w ostatnim dniu awizowania. Jaka była moja radość, kiedy okazało się, że... to dokładnie to samo pismo, które wysłane było wcześniej! Ulga ogromna (acz krótkotrwała).

Kiedy chłopaki pojechali na trening obejrzałam jeszcze raz "Whiplash". 
To chyba jakaś odmiana masochizmu:)

wtorek, 21 lutego 2017

52.2017

21/02 - w br2 przytłoczyła mnie lista, która z 23 została zredukowana do 22,
            po czym zasilona do 37 pozycji.  Pewnie to kwestia wszystkiego, mojej
            kondycji, nadchodzącej rozprawy i przesilenia wiosennego. Mało nie
            rozpłakałam się.
            Po powrocie do domu zasiedliśmy z synem nr2, aby obejrzeć polecany
            przez eM. film. Oboje jesteśmy wstrząśnięci :) Wg mnie 10/10 !
            Bardzo lekceważąco podchodziłam do zapowiedzi "La la land",
            a tymczasem to ten sam (32-letni zresztą)  reżyser. Na pewno nabrałam
            respektu do filmów muzycznych.  J.K. Simmons jako Terence Fletcher,
            czarny charakter w 2015 Filmweb :) niebezzasadnie...


51/365

Poniedziałki mnie przerażają. Już na wstępie, od świtu mierzę się ze strachem, brakiem sił, energii, chęci, mocy. A po ośmiu godzinach pracy czuję się jak Syzyf łamane przez Hiob:/ Wczoraj pisałam dwa wnioski - do ZUS i do US. Czuję, jakbym próbowała utrzymać w całości rwącą się na strzępy tkaninę. Piszę te wnioski i z trudem powstrzymuję łzy. Walczę ze łzami, walczę z popołudniowo-wieczornym bólem głowy. I nie wiem, nie wiem co dalej.

Rano w radio usłyszałam piosenkę, zapomniałam o jej istnieniu. Znam, lubię a wczoraj jakoś bardzo do mnie trafiła, rozczuliła.  Może dlatego, że przypomniała mi te beztroskie (a raczej pełne innej troski) młodzieńcze lata...

Wieczorem nie miałam siły czytać. Nie bardzo miałam też siłę oglądać jakiś serial, wchodzić w nową historię. Trochę od niechcenia włączyłam na Netflixie "Whiplash". Pamiętałam, że miał nominacje do Oskarów, zdobył kilka innych nagród. Ale jakoś nie zachęcał mnie opis historii młodego perkusisty, jego mentora i pokrętnej drogi ku doskonałości. Tymczasem film niemal pozbawił mnie tchu. Historia kameralna, daleka od sensacji, pogoni, strzelanin wyzwoliła tyle emocji, że ostatnie minuty filmu oglądałam ze ściśniętym gardłem. Niesamowity, perfekcyjnie skonstruowany, doskonale zagrany aktorsko film. I muzyka, ten jazz, nieoczywista i trudna uroda Milesa Tellera... tak bardzo, bardzo moje.

51.2017

20/02 - wygląda na to, że sprawa pfron z br1 dobiega końca i w 80% miałam
           rację, zaś 20% dało się poprawić. Ufff !!!

           W ogóle nie czuję, że to poniedziałek, tylko jakiś dzień bez nazwy.
           Trudniejsze 2 tygodnie w moim życiu... brrr... przetrwam.
         
           Ukraiński pracownik jest mi tak bardzo i przesadnie wdzięczymy,
           że przyniósł mi miskę surówki z kapusty :))
         
           Z kategorii śmiech przez łzy: syn nr2 kupił na prośbę mojej mamy
           kurczaka w kfc. Przyniósł do moich rodziców, a mój tata radośnie:
           o ! jeszcze ciepły ! to można wstawić do lodówki !
           

poniedziałek, 20 lutego 2017

50/365

Ugotowałam rosół. Och! Ach! Ten zapach rozchodzący się po domu. A później upiekłam fasolowe brownie - szału nie ma, jest jadalne ale obok brownie według przepisu Audrey nawet nie leżało. I chleb też upiekłam, tym razem żytni, ciężki, razowy. Znów zamarzył mi się koszyk do wyrastania chleba. Albo żeliwny garnek do pieczenia. Trochę smutno, że tak bardzo liczę każdą złotówkę i zwyczajnie nie mogę sobie pozwolić na taki wydatek, chociaż niewielki. I skończyłam słuchać "Krąg" - właściwie cały weekend spędziłam z słuchawkami na uszach, to jednak 20 godzin słuchania.

49/365

Od rana sprzątanie, pranie - a to wszystko słuchając "Kręgu" Miniera. Na obiad zrobiłam pizzę, jak zwykle z podwójnej porcji. Okazało się, że we trójkę zjemy tylko jedną pizzę i michę surówki więc tym samym rozwiązał się dylemat, co na obiad w niedzielę. Wieczór zamiast przed telewizorem spędziłam z audiobookiem.

48/365

Po dwóch tygodniach żywienia raczej rozbieżnego z zaleceniami dietetyka (chociaż bardzo się pilnowałam) weszłam na wagę. Fakt, że waga wskazała tyko 0,5 kg obywatela więcej poczytują za sukces. W pracy, o matko, jak bardzo nic mi się nie chciało. A miałam do napisania dwa wnioski, dwa oświadczenia majątkowe, umowę... Jednak z ulgą przyklasnęłam inicjatywie, aby wyjść godzinę wcześniej. Pojechaliśmy do IKEA odebrać G. i moją mamę. I znów dylemat, co zjeść w ramach obiadu? I czy naprawdę odmówić sobie torcika daim? Byłam dzielna, torcika nie zjadłam i wcale nie czułam, że jakoś bardzo cierpię z tego powodu:)

niedziela, 19 lutego 2017

50.2017

19/02 - wzeszły kobee. Z 18 nasion - na razie - trzy :)
           Syn nr1 przysłał mi swój tydzień na Vitalii. 2300 kcal !!!  Zazdroszczę :)
           Przyszedł tata, bo zapomniał gdzie jest apteka, dobrze, że do mnie
           trafił. Pojechaliśmy, ja po zakupy, on po syrop. Po powrocie obejrzałam
           "Prestiż", przygotowałam obiad na 3 dni, zrobiłam pranie, a resztę czasu
           spędziłam w pozycji horyzontalnej czując, jak odpoczywa całe moje ciało.

49.2017

18/02 - cały dzień był jednym, długim pasmem nicnierobienia :)
           Jedyne co, to o 14-tej spotkałam się z A. na kawie, później
           obeszłyśmy puste ulice starej części miasta. Od powstania
           centrum handlowego cały ruch i życie przeniosło się do galerii.
           Mnie to akurat odpowiada, właścicielom lokali pewnie mniej.
           Wieczorem obejrzałam eliminacje do Eurowizji, Szkło i zasnęłam.
           Nudny, bardzo relaksujący dzień :)
     

sobota, 18 lutego 2017

48.2017

17/02 - to było dobry dzień. Początek prawdziwego weekendu, gdzie całe 2 dni
           mam dla siebie, nigdzie i nic nie muszę.
           Red. Mann dogaduje się z Mateuszem Matyszkowiczem, a mnie ten ostatani
           zaskakuje. Komentarz do książki o Le Corbusier, że słuszne idee bywają
           marnotrawione i nie we wszytskich dziedzinach życia ten sam wzór
           jak sztanca będzie powodował dobre zmiany.
           I nie wiem, czy to taka poza, czy koń trojański.
         
           Szef przyniósł mi z 6 kg karmy dla kotów (uszkodzone przy transporcie
           opakowania). Później przyszedł ukraiński kierowca, przyniósł mi w ramach
           podziękowania za pomoc  garść odpowiedników raczków i mandarynkę.
           Ukraińskie cukierki oddałam R., bo w końcu nie po to płacę za Vitalię, żeby
           opychać się słodyczami, szczególnie w fazie desperackiego pragnienia
           schudnięcia. No to za jakiś czas przyniósł mi gorzką czekoladę :)
           W sumie było to bardzo miłe i rozbrajające.
           Wieczorem wracałam do domu, w radiu na 5 miejscu Kult, fajnie słuchało
           mi się red. Niedźwieckiego, chociaż za lp3 w terenie nie przepadam.
           Do domu dotarłam przy miejscu 1...

47.2017

16/02 - K. uderzyła śnieżką w okno, wyszłam na dwór. Świeciło słońce,
           więc pomimo małego  mrozu pogoda była bardzo przyjemna.
           Junior drzemał w wózku, a my omówiłyśmy sprawy firmowe :)
         
           Po południu razem z synem nr1 pojechaliśmy do pani wet z Dakotą,
           której w moim odczuciu zastrzyk ze sterydami nie pomógł. Wzięliśmy
           też Sonię. Wg pani wet z kotą jest lepiej, a Sonia schudła 3 kg !!!

piątek, 17 lutego 2017

47/365

Rano panowie w Trójce rozmawiali o piosenkach, które usłyszane rano śpiewają się przez cały dzień. Chwilę później zagrali piosenkę, która... śpiewała mi się aż do wieczora:)


Przyszedł księgowy. Najpierw - mówiąc oględnie - zdenerwował się na sposób przygotowanie przeze mnie delegacji. Później był miły, porozmawialiśmy na prywatne tematy, a wychodząc... przyznał mi rację, że tak jak przygotowałam delegacje, to nawet łatwiej będzie mu rozliczyć. Jako że na czwartek zapowiadany był koniec świata wobec powyższego uznałam, że ów koniec jest bardzo prawdopodobny!

W domu dosłuchałam Miniera, nieco rozczarowana końcówką a zwłaszcza obyczajowym wątkiem z udziałem Vincenta Esperandieu. I jeszcze zaplotłam chałkę, żeby rano upiec i do szkoły/pracy zabrać ciepłą, pachnącą i świeżą

46/365

Nadal działam z projektami, nadal ogarniam pisma, dokumenty, a w domu pomagam w lekcjach i powtarzam z G. tabliczkę mnożenia. A to wszystko z bolącą głową i bardzo kiepskim samopoczuciem. I zastanawiam się, dlaczego myślę o sobie źle? Dlaczego czuję się jak nieudacznik, skoro potrafię zakasać rękawy i podołać tylu sprawom? Dlaczego nie czuję się jak superwoman? Więc kiedy włączam sobie piosenkę czuję jakby ktoś życzliwy przytulał mnie i doceniał:


Wieczorem z przyjemnością wspólnie obejrzeliśmy "Idola", i ze znacznie mniejszą przyjemnością przereklamowany serial "Belle Epoque" (niemniej moja miłość do Eryka Lubosa nadal trwa).

czwartek, 16 lutego 2017

46.2017

15/02 - syn nr1 naprawił spłuczkę (którą na początku dobił).
            W ogóle jest taki kochany i dobry, na wszystko o co poproszę
            zgadza się... nie poznaję go :)
            Syn nr2 odzyskał apetyt do tego stopnia, że zjadł 30 dkg szynki,
            a taka ilość zwykle leży prawie tydzień, więc myślę, że dochodzi
            do siebie :)
            Wieczorem odezwał się M. Hmy... dziwne uczucie, gdy spełnia się
            coś, o czym kiedyś marzyłam, a po latach straciło na wartości.
             

środa, 15 lutego 2017

45/365

Ech, zaginęła moja karta płatnicza, fryzjerka o której umiejętnościach pisałam peany już nie pracuje w salonie, do którego chodziłam. W pracy nie ma graficzki więc robię projekty. Z jednej strony fatalnie bo leży cała moja niewdzięczna papierkowa robota. Z drugiej miło, bo to znacznie bardziej konstruktywna praca, której efekt jest konkretny, wymierny i firmowo przydatny. Z pracy wracałam pieszo - świeciło słońce, czuć już takie ciepło w powietrzu. A wieczorem nadal słucham "Bielszego odcienia śmierci" Miniera. W tym roku najwyraźniej mam problemy nie tylko z czytaniem książek, ale i z słuchaniem audiobooków:(

I dostałam dwie Walentynki. No. 
Zapytałam dziecko, komu z klasy wręczyłoby Walentynkę - odpowiedziało, że sobie. Chyba podziwiam miłość własną małego człowieka;) No a w ramach samej sobie wręczonej Walentynki:



 

45.2017

14/02 - pierwsza z trzech spraw przebiegła bardzo spokojnie i pomyślnie,
          dzięki czemu dotarło do mnie, że to kilkanaście minut, a nie pasmo
          nieokreślonego i strasznego czasu.
          Syn nr1 wymienił dowód i wreszcie wszyscy jesteśmy zameldowani :)
          No tak, ja to jednak lubię jak tematy są zamykane i nie wiszą nade mną
          jak kat nad biedną duszą.
          Pojechaliśmy we czworo coś zjeść, później kawa w Cafe Rialto.
          Naprawdę jestem wdzięczna za to, że chociaż to domykanie odbywa się
          w dobrej atmosferze.
          Syn nr1 polecił mi również płyn do mycia. Nigdy nie kupowałam z tej
          firmy, chociaż niejednokrotnie widziałam opakowania w Rossmanie.
          Okazuje się, że działa rewelacyjnie :) To ku pamięci :)

44.2017

13/02 - poniedziałek. Przyjechał syn nr1 na kilka dni.
           Gdy wróciłam z pracy zobaczyłam, że odśnieżył podjazd i schody,
           włącznie z zerwaniem warstwy lodu ! Na całej ulicy nikt nie ma
           tak porządnie odśnieżone, o ! :)
           Ach ! I posłuchałam darmowy fragment książki Magiczny dwupunkt,
           Bardzo pozytywnie nastraja !

wtorek, 14 lutego 2017

44/365

Pierwszy dzień w pracy. Boże, jakie to dobijające. Te listy, te sprawy, te problemy.
Wróciłam do domu, zrobiłam szybki obiad. Dopadł mnie ból głowy więc wzięłam tabletkę i spałam aż do rana (co wcale nie oznacza, że rano obudziłam się bez bólu głowy). Co miłego? Wieczorem dziecko przyszło przytulić się i opowiedzieć o swoim dniu.

43/365

Dzień wyjazdu. Zawsze wydawało mi się, że stwierdzenie "taka piękna pogoda, aż żal wyjeżdżać" ma sens nad morzem, jeziorem czy o prostu latem. A tu okazuje się, że to podobnie działa w górach i zimą. Żal wyjeżdżać bo kolejny słoneczny dzień, wokół bajkowa biel... Ostatni spacer, zakup oscypków na drogę. 



Po drodze wjechaliśmy do Krakowa. Jak wiadomo bardzo chciałam podkarmić swoje małe obsesyjki i koniecznie zobaczyć te kilka miejsc z filmu "Vinci". Udało się - posiedziałam przy szachowym stole u stóp Wawelu, przeszłam pod komisariatem na Kazimierzu. Zjedliśmy obwarzanki, przeszliśmy rynek i... ładnie ale te tłumy, to zimno przeszywające do kości jakoś utrudniały zachwyt. Za to bardzo zauroczył mnie Kazimierz, maleńka ciastkarnia Vanilla z paniami jak z bajki (dosłownie - piękne, uśmiechnięte i eleganckie dobre wróżki), piękne uliczki. Chciałabym wrócić:)





A później droga do domu, szybki uścisk z P. w Sosnowcu. Po wejściu do domu nie czułam tej ulgi, radości. Tylko jakiś dziwny smutek, że z czasu względnej beztroski wkraczam do smutnej i przytłaczającej rzeczywistości. A rzeczywistość objawiła się moją ukochaną zasłoną podartą przez koty i smętnie zwisającą z okna, wychłodzonym domem i kuwetami czekającymi na posprzątanie. Proza życia, której z rezygnacją muszę się poddać. Bo jak mówi mądre dziecko - co innego można zrobić?

poniedziałek, 13 lutego 2017

42/365

Rano... rano za oknem słoneczna powódź! Cały stok skąpany w świetle słonecznym, aż oczy bolały od tej jasności. Cudowny, przepiękny widok:) Taka chwila, kiedy mrużę oczy i pomrukują niczym syty, rozpieszczony kot. 


Postanowiliśmy skorzystać z pięknej pogody i wybrać się na dłuższy spacer. Szukałam w sieci informacji, co można zobaczyć w nieodległej okolicy. Na jednym z blogów wyczytałam, że warto wejść na Ćwilin - bo przy pięknej pogodzie widać nawet Tatry, bo droga dość krótka i trasa łatwa. Zatem...

Mówiąc delikatnie wejście jesienią a wejście zimą to jednak dwie różne kwestie. Droga nie była łatwa, nie wydawała się też jakoś krótka. Stromo, ścieżka przez las oblodzona i pokryta śniegiem. Próbowałam iść po zostawionych śladach, ale czasem było zbyt ślisko więc musiałam zagłębiać się śnieg. Na szczęście uczynne dziecko znalazło mi konkretny kij, bez tego byłoby naprawdę ciężko. Nie mam kondycji, szybko się męczyłam dlatego każdy prześwit między drzewami witałam jako zapowiedź upragnionego szczytu, i jakie było moje rozczarowanie, że jednak nie, że to tylko polanka, jakaś wycinka. O matko! A moja determinacja, żeby wreszcie na ten szczyt dotrzeć była przeogromna. Sapałam, dyszałam i gnałam w górę. L. miał gorzej - prowadził na smyczy Zaspę, a za sobą podciągał uczepionego na końcu kijka G. W końcu weszłam. Normalnie veni, vidi, vici - pokonałam własną słabość, poczułam moc chociaż nogi ze zmęczenia uginały się pode mną. I już wiem, o co chodzi w tym wspinaniu na szczyty - to jednak nie jest spacer, to walka, ale i okazja, aby po prostu skupić się na celu, zapomnieć o tym, co pozostało w dole. Na szczycie to miałam ochotę płakać i histerycznie śmiać się, z poczucia szczęścia, ze zmęczenia, z jakiejś mojej osobistej wygranej. 








Bardzo było mi żal G., dla niego to była trudna, męcząca, wyczerpująca wędrówka. A to nie jest typ, dla którego ładne widoki są rekompensatą za wysiłek. Mam nadzieję, że kiedyś zrozumie, jak wielkiej dokonał rzeczy wchodząc małymi nóżkami na wielką górę:)


Bardzo bałam się drogi powrotnej. Bo stromo, ślisko i chyba coraz zimniej. Niepotrzebnie - zapierając się kijem całkiem sprawnie zeszłam na dół, G. na bardziej stromych odcinkach po prostu zjeżdżał po śniegu na pupie:) W dole byliśmy tak zmęczeni i głodni, że weszliśmy do przydrożnego baru, który odstraszał i nazwą, i wyglądem, i zaglądającą tam okoliczną klientelą. A tymczasem serwował obłędne, ręcznie i na świeżo lepione pierogi z jagodami i śmietaną! A kiedy po obiedzie wsiedliśmy do samochodu poczułam takie zimno, ręce trzęsły mi się tak, że nie mogłam zapiąć pasów - to chyba schodziła adrenalina. I to był pierwszy raz, kiedy podczas tego wyjazdu poczułam zimno:) Doprawdy nie wiem, jak to zrobiłam ale o 21 wieczorem zmobilizowałam się, wyszłam z łóżka, ubrałam i pognałam na stok do budki Pana Górala na grillowane oscypki z żurawiną:)

41/365

Na piątek zapowiadali przejaśnienie. Bardzo, bardzo chciałam zobaczyć Śnieżnicę w słońcu, w ogóle góry opromienione światłem, śnieg iskrzący. Ale jakoś słońce do Kasiny nie dotarło:/ W planach mieliśmy wycieczkę gdzieś w Pieniny, może na stronę słowacką, może w okolice Czerwonego Klasztoru a może do Szczawnicy - plan bardzo precyzyjny;) No i pojechaliśmy przez Łącko, wzdłuż Dunajca. A z braku słońca (i śniegu;P) ta droga szara, bura i ponura. A kiedy wjechaliśmy już w Pieniny - całe łąki pokryte śniegiem, rozświetlone słońcem - właśnie tego widoku mi brakowało. Zaparkowaliśmy tuż koło przystani flisackiej. Ilość budek, barów, sklepików z pamiątkami - teraz zamkniętych - dała mi pojęcie, jak koszmarnie musi tu być latem, jak tłoczno i gwarno. I ucieszyłam się, że dane jest mi poznać Pieniny (i Trzy Korony) właśnie zimą. Chociaż... w tym cieple i słońcu, kiedy wystawiałam twarz do światła czułam, że to taka prawie wiosna:)


Poszliśmy do schroniska. Wyżej zaczyna się teren Pienińskiego Parku Narodowego więc z psem nie wolno. Ustaliliśmy, że L. zostanie z Zaspą w schronisku a my z dziećmi pójdziemy po prostu w góry (i gdyby nie marudzące dzieci to i pewnie dotarlibyśmy na szczyt, bo prowadzi łagodna, wytyczona wśród kamieni, droga). 




Pieniny mnie zachwyciły! W ogóle trudno mi było ukryć wzruszenie, kiedy zobaczyłam Trzy Korony, to spełnienie moich dziecięcych marzeń. Obawiam się, że naprawdę polubiłam góry, a co jeszcze bardziej zastanawiające - całkiem dobrze (fizycznie) się tam czuję. A przecież z młodości pamiętam poczucie osłabienia, zawrotu głowy, duszności. Widoki mnie zaczarowały, oglądam zdjęcia, odtwarzam i... nic nie może równać się z rzeczywistością, z potęgą gór, które od wieków niewzruszone, wyniosłe wobec małości człowieka. Niby zwyczajny spacer a jednak przejmujące doświadczenie.


W schronisku zjedliśmy obiad, taki solidny, uczciwy i tani. Wybrałam pstrąga faszerowanego bryndzą i oscypkiem, i - żadne zaskoczenie - to był najlepszy pstrąg jakiego w życiu jadłam:)


A wracając przez Łącko musieliśmy, po prostu musieliśmy zakupić łącki specjał kulinarny, który dla mnie okazał się absolutnie niepijalny, koszmarny i le fu. Znaczy wolę wino z biedry niż ą ę ale bimber:)

40/365

Wybraliśmy się na spacer po torach nieczynnej kolejki. Wracaliśmy (jak to ujął L.) trawersem pod lasem. Jako człowiek nieobyty w górach średnio zachwycała mnie perspektywa wędrówki tuż obok miejsca,w którym żyją dzikie zwierzęta (a żyją, wszak te ślady na śniegu...). Ale przekonał mnie termos z gorącą herbatą, cudowne widoki ze zbocza góry, no i widok Zaspy szalejącej i zapadającej się w śniegu. Kolejny raz zaskoczyło mnie, że pomimo mrozów, niezmiennie ujemnych temperatur - nie marznę.Nie wiem, czy to kwestia odpowiedniego ubrania, braku wiatru ale bardzo miły jest wieczorny spacer, kiedy nie marznie nic:)






niedziela, 12 lutego 2017

43.2017

12/02 - w niedzielę, to nie widać mnie za wiele...
           Lubię taki dni, spokojne, bez pośpiechu, bez planu.
           Syn nr1 poinformował mnie, że zaliczył sesję i jutro przyjeżdża.
           Bardzo się ucieszyłam i z jednego, i z drugiego :)
           Ugotowałam obiad (krewetki)  na pn i wt.
           Porozmawiałam na skype z H., pojechaliśmy z synem nr2 do sklepu.
           A poza tym nic więcej, tylko cisza i spokój :)

42.2017

11/02 - z krótkiej perspektywy dociera do mnie, jak wiele się tego dnia
            wydarzyło. Rano ważenie - waga nadal spada, już nie tak spektakularnie,
            ale jednak. W br1 pisałam wyjaśnienie do pfron, a po 10 już wracałam
            do domu. Pojechałam do Tesco, kupiłam ulubione pączki dla mamy, jeszcze
            ciepłe :) Po przyjeździe do domu zapakowałam Dakotę do kontenera
            i udaliśmy się do pani wet. 3 lata temu kota miała zdiagnozowane atopowe
            zapalenie skóry jako skutek alergii na pchły. Żadne zwierze pcheł nie ma,
            ale w tym roku ponownie u rudej wypada sierść w okolicy ogona. Dostałam
            płyn dla całego zwierzyńca, kota ponadto zastrzyk i wyszłam lżejsza o 70 zł :/
            Jeszcze wczesnym popołudniem odwiedziłam I. :)
            W domu upiekłam dwa quiche. Jeden z boczkiem, prażoną cebulką i żurawiną,
            drugi z gruszkami, lazurem i orzechami włoskimi. Zapakowałam do auta
            i udałam się do B. i L. A tam... cóż, wypiłam pół drinka i zasnęłam !

41.2017

10/02 - sprawnie poszło mi dokończenie wypłat. Po pracy wpadłam do br2,
           gdzie uwinęłam się w 20 minut :) Dzień był ładny, bo choć mroźny,
           to słoneczny.  Nie bardzo mogę skoncentrować się na słuchaniu
           "Zabić drozda", nie wiem, czy fabuła, czy myśli, które mnie rozpraszają,
           bo z przyjemnością - co jest zaskakujące - słucham Joanny Koroniewskiej.
           A wieczorem mogłam zrobić przelewy... no i tak, nic nie daje mi takiego
           poczucia bezpieczeństwa, jak kasa :))

piątek, 10 lutego 2017

40.2017

09/02 - czekam końca tygodnia jak zbawienia. Tak bardzo intensywnego
           okresu jak ten ostatni nie miałam bardzo dawno.
           Noc minęła prawie bezsennie. Układa mi się w głowie wciąż od nowa,,,

           Po pracy wpadłam do K. obejrzeć Juniora.
           Później spotkałam się z koleżanką, która na stałe mieszka w Wadowicach,
           więc widujemy się bardzo rzadko, gdy przyjeżdża do rodziców.
           Takie miłe spotkanie, które pewnie mogłoby potrwać dłużej, ale o 20-tej
           nie miałam siły ani rozmawiać, ani słuchać :/
           Ostatecznie wieczorem dokończyłam Przepaść czasu w wersji audio
           i padłam ! :)
         

39.2017

08/02 - spotkanie w br1 z klientką w sprawie rozliczeń pfron przebiegło
            w nadspodziewanie przyjaznej atmosferze, a nie zanosiło się...

            Późnym popołudniem pojechałam do prawnika, żeby omówić
            zbliżające się rozstrzygające rozprawy. Mam mieszane uczucia
            we wszystkich kwestiach. Najmniej dotyczące tych sądowych :)

39/365

Postanowiliśmy pójść na najbliższy szczyt  czyli Śnieżnicę. L z Zaspą pieszo, reszta - kolejka do górnej stacji narciarskiej. Czy muszę dodawać, ze strasznie boje sie tych wiszących i bujających kolejek? No ale... dałam radę. Nie było jakoś szczególnie strasznie, może dlatego ze gdy krzesełka suną w górę to po prostu widać wierzchołki drzew i zbocze góry. Zaskoczyła mnie cisza. Na dole, przy wsiadaniu harmider, zgrzyt mechanizmów, za to w powietrzu - cisza tak dosadna, ze niemal słychać padające płatki śniegu. 



Przez las poszliśmy do schroniska, droga cudowna, łatwa i piękna. Na miejscu zjedliśmy jakieś górskie przysmaki, dzieciaki pobawiły sie, odpoczęły. I ruszyliśmy na szczyt. To niby tylko 15 minut drogi ale jednak nie w śniegu zapadającym się po kolana.





Żeby zdążyć na ostatni kurs kolejki musieliśmy zawrócić. Załapaliśmy sie na ostatni zjeżdżający wagonik, później na dwie godziny zatrzymywano wyciąg. Dosłownie w biegu wskoczyliśmy do kolejki. No i... droga w dół jest straszna, naprawdę ze strachu drżały mi nogi. Odkryta kanapa, pod nogami metry do ziemi, przed oczami panorama całego miasteczka i wiatr, który huśtał wagonikiem. W pewnej chwili kolejka zatrzymała się na kilkanaście sekund a ja miałam wizje, ze będziemy tak dyndać przez najbliższe dwie godziny, bo ktoś zapomniał o czwórce w wagoniku, naprawdę byłam bliska wpadnięcia w histerię:) Na szczęście kolejka ruszyła ale to było bardzo trudne i niewiarygodnie długie osiem minut mojego życia. Widoki z kolejki bajeczne, niemniej wolałabym tego nie powtarzać:)





38/365


Nareszcie opadły mgły i zobaczyłam góry. Wszystko pokryła szadź, niezwykły, piękny, taki czysty widok. Dzieciaki poszły na sanki, fajnie było patrzeć na ich szaleństwo, słuchać piszczenia i pokrzykiwań. 
Gdzie sięgnę wzrokiem leży śnieg. Zapomniałam już, ze zima może być taka biała, tak wszechogarniająca.




środa, 8 lutego 2017

38.2017

07/02 - w pracy informatyk zdalnie ustawił mi ścieżkę archiwizacji
           i jednak tak... dużą fascynację wywołuje we mnie oglądanie, jak
           na moim firmowym monitorze dzieje się, a ja niczego nie dotykam :)

           Po pracy znowu podjechałam do mechanika, dopompował mi opony.
           Tak, czuję się jak ostatnia ciamajda, ale jednocześnie jestem szczęśliwa,
           że sama nie muszę tego robić !

           Mail eM. sprawił, że na myśl o nim jeszcze dziś zaczynam się śmiać :)) :*

           Tyle śniegu napadało, że ledwo wjechałam do garażu. Odśnieżyliśmy
           z synem nr2 schody i podjazd. Coraz bardziej rozwijają się w nim cechy
           jego ojca. Tak, te za którymi nie przepadam.

           I (po x4) tak... skończyłam słuchać "Ofiarę...". Na końcu nie było wow.
           tylko, chyba ulga, że dobrnęłam do końca. Najbardziej wzruszyły mnie
           podziękowania autora dla żony czy partnerki, za wiarę w niego, bo ja bym
           aż takiej wiary nie pokładała.

37.2017

06/02 - konsekwentnie nie włączam tv. Jedyne wiadomości ze świata
           docierają do mnie z fb, trochę z radia podczas śniadania. W pracy przy
           skanowaniu słucham audiobooka, lubię tę okładkę z Bonaszewskim,
           ale dosłuchałam do tej słabszej części książki i przestałam się dziwić, dlaczego
           eM. nie zamówiła kontynuacji :)
           Mechanik po południu dokręcił mi śrubę przy kierownicy... i  dopiero
           poczułam różnicę ! Podobno to ma wystarczyć (20 zł) zamiast wymiany
           przekładni kierownicy (500 zł).

poniedziałek, 6 lutego 2017

37/365

Od niedzielnego południa (!!!) próbowałam dodzwonić sie do mamy. Nie odbierała. Ok, moze wyciszyła telefon, moze jest w tramwaju i nie słyszy. Ale kiedy ta cisza trwała pół niedzieli i kilka godzin poniedziałku, byłam juz naprawdę zdenerwowana. Zadzwoniłam do J., zadzwoniłam do Z. - a kiedy usłyszałam, ze oni tez nie moga sie z mama skontaktować rozbolało mnie serce, byłam bliska histerii i gotowa wsiąść do auta i wracać do domu! W końcu mama zadzwoniła. Coś pogrzebała w telefonie i chyba zablokowała wszystkie połączenia przychodzące wiec nie wyświetlało sie kto i ile razy dzwonił. Pytam, dlaczego wiec mama nie zadzwoniła do nas? Czy ta cisza z naszej strony (właściwie ze strony wszystkich) nie była niepokojąca? Ech...
Prawie cały dzień zamartwialam sie: o mame, o prace, o najbliższe wyjazdowe zlecenie, na które kontrahent nadal nie wpłacił zadatku... nie, to nie jest urlop moich marzeń. A góry nadal za mgła:/

Za to smak grillowanego oscypka z żurawina bardzo mnie zachwycił.

36/365

Przez ostatnie dwa tygodnie moim marzeniem było spać do wypęku, budzić się i przewracać na drugi bok, żeby spać dalej;) Tymczasem... obudziliśmy się o siódmej i o dalszym spaniu nie było mowy. Ale przdpoludnie było zdecydowanie piżamowe. 
Na obiad zjedliśmy osławiona, góralska kwaśnicę. Nie wiem, czego sie spodziewałam ale dostałam po prostu nasz swojski kapuśniak:) Poza tym... bardzo chciałabym napisać, ze góry piękne ale koszmarna mgła skutecznie utrudnia ich dostrzeżenie. Wiec jeśli liczyłam na zapierające dech w piersiach krajobrazy, to chyba nie tym razem.
Dzień zakończyliśmy spotkaniem z I., M. i ich dziećmi - towarzystwo przy Becherovce, ja przy soku pomidorowym. Graliśmy w dobble i było śmiesznie, beztrosko i miło:)

36.2017

05/02 - przez cały dzień nie włączyłam tv ani radia i zaczynam postrzegać
          to, jako sukces ! Za to zostałam wciągnięta w świat zbrodni, w skandynawskich
          okolicznościach przyrody, gdzie przewodnikiem jest niepokorny śledczy
          Fabian Risk (imię beznadziejne, nazwisko super :). ale najlepsze, że lektorem
          jest Mariusz Bonaszewski... Ostatnio w sondażu na FB, kto ma czytać
          kolejną część o HH  z irytacją przyjęłam, że większość głosuje na K. Gosztyłę.
          Może nie reaguję na niego z aż taką niechęcią jak eM., ale zdecydowanie
          wolę Bonaszewskiego !

niedziela, 5 lutego 2017

35.2017

04/02 - szacowałam, że w br1 wyrobię się w 2 godziny i bardzo się pomyliłam,
            bo wyszłam przed 13-tą, co dało ich prawie 5. Później zadzwoniłam
            do mechanika, z którym wstępnie byłam umówiona i przyjęłam z wielką
            ulgą jego przeprosiny, że zapomniał o moim przyjeździe, nawet tłumaczył,
            ale ja ucieszyłam się, że nie będę marzła u niego w garażu czekając, aż
            dokręci jakąś śrubę. Do wieczora - przyznaję, że już trochę znużona -
            słuchałam audiobooka, ale chciałam go skończyć, żeby zacząć kolejną
            książkę :)

34.2017

03/02 - w piątek w pracy, gdy zostawałam sama w pokoju, później podczas jazdy autem,
           i aż do wieczora słuchałam "Sacrifice". Nie włączałam telewizora, ani radia.
           Dzięki tej książce odkryłam Szetlandy i pomyślałam, że chciałabym
           na żywo zobaczyć tamtejszy krajobraz i sprawdzić, czy rzeczywiście
           nocą pojawia się zorza polarna.


35/365

Wstaliśmy o siódmej rano, zaparzylismy kawe. Kolejny raz blogoslawilam nasz podrozny ekspres do kawy, w miejscu bardzo specyficznym dobra kawa ratuje pozytywny nastrój:)
Do Kasiny jechaliśmy trasa z założenia piękna, malownicza, prowadząca przez góry. Po czeskiej stronie kupiliśmy moje ukochane Bon Pari, czekoladę Studentska i właściwie uznaliśmy, ze nie potrzeba nam jakiejś wielkiej ilości łakoci. Trasa z założenia malownicza i piękna zapewne taka byla. Niestety gęsta mgła uniemożliwiała podziwianie widoków. 
Na miejsce dojechaliśmy kiedy było juz ciemno, ostatnie kilkanaście kilometrów w takiej mgle, ze naprawdę sie bałam. 
Nasze wakacyjne mieszkanko jest piękne, przytulne, takie bardzo domowe. Zachwycają mnie detale, zadziwiają drobiazgi nawiązujące do kolejowej historii tego miejsca. 
A po przyjeździe... nie, wcale nie kawa a herbata rumiankowo-karmelowa z małego, na dwie filiżanki, imbryczka:)

34/365

Wstałam rano i upiekłam chałkę, nadal wielka radość towarzyszy wyciąganiu z pieca ogromnej plecionki. Mam nadzieje, ze te chlebowe rytuały zostaną ze mną na dłużej.
A pózniej ruszyliśmy w drogę. Zaskakująco pusta trasa, korki ustawiały sie zawsze na pasie prowadzącym z miejsca, do którego akurat jechaliśmy. Zaspa jechała ze mną z przodu, chyba ta bliskość bardzo jej służy skoro obyło sie bez przymusowych przystanków:)
Kiedy byliśmy w okolicach Bardo, kiedy minęliśmy Kłodzko, kiedy na horyzoncie majaczyły ukryte za mgła góry - poczułam, ze jadę w miejsce, które lubię, które trochę traktuje jak moje. 
Wjechaliśmy do Anielowki. Ruby rozczekana i znacznie większa, Roxy tulaca sie do człowieka ta swoją masa 40 kilogramów:) Było domowe wino, które razem z A. wypiłyśmy we dwie, były długie rozmowy, harce psów. I był szczególny i bardzo piękny prezent dla Zaspy:


Te przeszycia w kształcie kostek:)
Nawet nie wiem, kiedy i jak minęły 4 godziny, musieliśmy jechać na nocleg do Kletna. Tam trafiliśmy do miejsca bardzo specyficznego:) ale... przygoda w podróży być musi;)

sobota, 4 lutego 2017

33/365

Rano obudziłam sie a oczy prezentowały sie znacznie lepiej. Zeszło zaczerwienienie, zeszla trochę opuchlizna. Ale to jednak wyraźna poprawa. 
Dzień pod znakiem przygotowania do wyjazdu. Upiekłam dwa chleby, zaplotłam chałkę, zeby rano wstawić ją do piekarnika. A na obiad zrobiłam pomidorowa - dodałam lubczyku, lekko posłodziłam i... czyżby odkryłam osławiony smak umami? Była dokonała, chyba najlepsza pomidorowa jaką kiedykolwiek ugotowałam. 

piątek, 3 lutego 2017

33.2017

02/02 - jednak tania sensacja wygrała z literaturą polską :) i kupiłam
          "Sacrifice", Później okazało się, że eM. kupuje "Sońkę" więc
           tym bardziej pogratulowałam sobie wyboru :)
           Dalsza część dnia była taka sobie... Co prawda G. rozliczyła mi
           pit taty, z czego bardzo się ucieszyłam, ale nie uniknęłam naprawdę
           ostrego i bezsensownego spięcia z inną pracownicą br, co przy jakimś
           wyjątkowym zmęczeniu rozbiło mnie jeszcze bardziej.

czwartek, 2 lutego 2017

32/365

Chciałabym napisać, że pierwszy dzień lutego jest pięknym rozpoczęciem dobrej passy całego miesiąca. Ale niestety. W pracy wyboiście, w domu smutno, koty jakieś apatyczne - mam nadzieję, że nie chore. A na moje biedne spojówki atak przypuściły jakieś zjadliwe bakterie. Fakt, że w takim stanie mam gdzieś jechać, radować się, dobrze bawić zakrawa na ironię.
Całe popołudnie leżałam z zakroplonymi oczami, z nałożonymi opatrunkami. Bolała głowa, oczodoły, zatoki. Okolice oczu spuchły tak, że wyglądała jakby ktoś mnie pobił. Za to posłuchałam kilka godzin audiobooka i to było dobre. Wieczorem L. spojrzał na mnie, przytulił, prawie płakał patrząc na te moje nieszczęsne opuchnięte oblicze. Była w tym rozczulająca troska, empatia i miłość. I chyba w tej rozsypce doceniam to najbardziej.

32.2017

01/02 - audioteka pobrała mi z konta pieniądze. Po zeszłomiesięcznej pochopnej decyzji
          (przypominam: mega-gniot "Shantaram")  postanowiłam wybrać rozważniej
          i nie roztrwonić tych 19,90 na głupoty :) Wytypowałam 4 pozycje:
          SacrificeSońkęNielegalnych i W stronę Swanna.
          Baaardzo przyjemnie słucha mi się Olgę Bończyk. Są momenty, gdy podobnie jak
          Marcin Perchuć czytający powieści Lackberg brzmi zabawnie intonując głos mający
          brzmieć jak damski, tak pani Olga  naśladując głosy męskie brzmi trochę groteskowo,
          ale to szczegół. Fabuła "Sacriface" wciągnęła mnie.
          Potem włączyłam "Sońkę" i poczułam opór, takie to jakieś folkowe, podlaskie
          słuchowisko... Ale im dalej, tym ciekawiej, zabawniej, interesująco. No nie wiem,
          czy to był dobry pomysł, bo teraz chcę je obie :)) Ale najfajniejsza była możliwość
          słuchania podczas gotowania, czy jazdy samochodem :)

środa, 1 lutego 2017

31/365

Rano wstałam, rozgrzałam piekarnik i upiekłam przygotowane dzień wcześniej, odstawione na no do wyrośnięcia, słodkie, maślane bułeczki śniadaniowe. Ach i och! Byłam w siódmym niebie, że tak to sobie sprytnie zorganizowałam. Na ziemię sprowadziła mnie opinia dziecka, że "nie za bardzo smakują".

W pracy znów problem - tym razem z moim komputerem. Muli się, zawiesza, żeby otworzyć program fakturowy muszę zamknąć pocztę, żeby uruchomić pocztę muszę zamknąć przeglądarkę. Więc cały dzień spędziłam na czyszczeniu dysku, defragmentowaniu. I właściwie nie widzę poprawy. Chyba czas oddać staruszka do serwisu i przesiąść się na któryś z nowszych laptopów. Tylko te nowsze to nie jest mój ukochany VAIO z najcudowniejszą na świecie klawiaturą.

W domu wciągnęło mnie słuchanie audiobooka. Jednak tak bardzo przywykłam do bohaterów skandynawskich czy anglosaskich, że przedziwnie słucha mi się książki z akcją umiejscowioną we francuskich Pirenejach, wypełnionej nazwiskami typu Espérandieu czy Servaz:)

31.2017

31/01 - styczeń żegnam bez żalu, chociaż ostatniego dnia pokazał jaśniejsze oblicze.
           Dostałam zwrot podatku, najniższą ale jednak trzycyfrową premię w pracy
           oraz wypłatę w br1 !
           Żałuję, że byłam zbyt zmęczona, żeby pojechać do kolektury lotto :)
           lecz czułam, że nie ma co kusić losu i poprzestałam na takiej kumulacji :)