wtorek, 31 stycznia 2017

30.2017

30/01 - myślę, że przeciętną kobietę zmagającą się latami ze swoją wagą
            nic tak nie ucieszy w tym zakresie, jak dopięcie jeansów, które już
            się nie dopinały :)) Tak więc poniedziałek był dniem, w którym stało się :))
            Bardzo poprawiło mi to samopoczucie !!!

29.2017

29/01 - niedziela była dniem prawdziwie leniwym i spędzonym prawie
           w całości w łóżku. Trochę oglądałam tv, ale koło 15-tej wróciłam
           do "Bates Motel". Po dłuższej przerwie w oglądaniu szósty czy siódmy
           odcinek drugiego sezonu wydał mi się nużący, ale przezwyciężyłam
           ten stan :) no i popłynęłam. Z rozsądku jedynie wyłączyłam komputer
           po północy, po 7 odcinku 3 sezonu :))

28.2017

28/01 - rano chwila prawdy z wagą i kolejny kg mniej ! Chyba wpiszę sobie
           to zdanie i będę powtarzała jak mantrę :)
           Dzień od 8 do 18 br1 i br2, a wieczorem był czas na mapę marzeń.
           Rozłożyłam brystol na stole, wpisałam Rok 2017 NOWY CYKL
           i narysowałam całe mnóstwo serduszek :) Przeglądając gazety wpadły
           mi słowa: całkiem nowa ja, przyjemności w łóżku, relaks... Ehmy...
           najwyraźniej tak kształtują się marzenia na ten rok :)

27.2017

27/01 - w piątek miałam wolne popołudnie, więc był czas, żeby przygotować
            spokojnie vitaliowe menu na sobotę. Wieczorem pojechałam do B. i L.,
            który nadzwyczajnie szybko dochodzi do siebie po tak ryzykownej operacji.
            Chyba ostatnio tak siebie nie lubię i jestem sobą zmęczona, że dziwi mnie,
            że B. dzwoni i chce, żeby była. No wiem, to nie jest z kategorii happy :)

30/365

Rano odwieźliśmy G. na sportowe półkolonie. Była ekscytacja ale i nerwy. Odebraliśmy dziecko zachwycone. W domu na szybko zrobiłam hamburgery, i tak - pamiętam, co mówiłam o hamburgerach - że buła z mięchem i raczej nie zachwyca. No to te domowe to jakaś inna jakość buły z mięchem, bo bardzo mi smakował:)
Wieczorem... wieczorem dziecku minął zachwyt nad półkoloniami. Nie, nie pójdzie, zabijcie mnie, nie pójdę. Ryk, wrzask i nasze jeszcze na spokojnie prowadzone dociekania, co się stało, dlaczego. Rozmawiałam, pytałam, tłumaczyłam. Po półtoragodzinnej dyskusji okazało się, że G. jest tam najmłodszy, że zwyczajnie nie nadąża za trzy-cztery lata starszymi chłopakami, w tym wieku to jednak przepaść. Tłumaczyłam, że to ma być przyjemność, miłe spędzanie czasu. Że jeśli ćwiczenia go męczą, to po prostu ma pójść do trenera i powiedzieć, że nie daje rady. Nikt go nie skrzyczy, przecież trenerzy to sportowcy i wiedzą, że każdy organizm ma swoją wydolność. A na końcu okazało się, że G. się wstydzi, bo nie umie wiązać butów! Matko, ile człowiek się natrudzi zanim wydobędzie zeznania z małego człowieka! Tak się zmęczyłam, że wieczorem zarobiłam ciasto na drożdżowe, słodkie bułeczki maślane:)

poniedziałek, 30 stycznia 2017

29/365

Nastawiłam budzik na szóstą, zeszłam do kuchni i wyrobiłam ciasto na chałkę. Moim zamiarem było uplecenie chałki z trzech kawałków ale kiedy obejrzałam filmik na YT uznałam, że phi! z sześciu części wcale nie jest trudno. A kiedy przyszło do plecenia... no cóż... w połowie zgubiłam się. I pół chałki wyszło piękne a pół takie sobie. Ale cała smakowała wybornie. Cudowny jest ten zapach maślanego, puszystego ciasta... Pomimo niedogodności związanej z przedwczesną pobudką bardzo chciałabym takim ciepłym pieczywem celebrować wszystkie niedzielne śniadania.



A wieczorem zadzwonił znajomy, że na sportowych półkoloniach które prowadzi mają nadal wolne miejsce. Więc może chcielibyśmy, aby przez ten tydzień G. chodził? Chcemy! Spakowałam szybko torbę, bo półkolonie już od ósmej, utuliłam dziecko, które trochę bało się, bo nikogo nie zna i zapewniłam, że - wykorzystując slogan PZPNu - połączy uch piłka!:)

28/365

W sobotę zatęskniłam za rosołem. Więc pojechaliśmy po zakupy i do wieczora na gazie pyrkał gar rosołu. Przypomniałam sobie, że sąsiad bardzo zachwalał smak rosołu doprawionego lubczykiem. Jakoś zawsze mi to umykało. A teraz kupiłam suszony lubczyk, dodałam i... tak! to jest ten smak, ten aromat którego tak długo szukałam:)
Dotarł też list. List z gatunku pełnych treści a nawet zdjęciowych ilustracji do tej treści. Zaskoczył mnie bardzo, bardzo. I nie było to rozczarowujące, wręcz przeciwnie. Pomyślałam, że gdzieś w głowie mamy obraz człowieka, budowany latami, budowany tysiącami słów. A tu nowe światło, i wtem! wśród dość zasadniczych kolorów niespodziewanie trzeba sięgnąć po delikatne pastele. 
Wieczorem skończyłam czytać pierwszą w tym roku książkę. Beznadziejny wynik, ale ilekroć biorę książkę do ręki to albo zasypiam, albo odpływam myślami w zmartwienia i nie przyswajam treści. Mam nadzieję, że pierwsze koty za płoty i z radością sięgnęłam po nową książkę.

27/365

W czwartek instalowaliśmy uaktualnienie programu księgowego. Coś poszło nie tak, bo do końca dnia trwało konwertowanie bazy danych. Trwało też w piątek. W końcu postanowiłam zadzwonić do pomocy technicznej. Na połączenie czekałam godzinę i szesnaście minut. W końcu udało się połączyć z konsultantem. Od razu uprzedziłam pana, że jestem komputerowym analfabetą i bardzo proszę o cierpliwość. Pierwszy popis dałam, kiedy trzeba było znaleźć na klawiaturze przycisk "windows":) Ostatecznie udało się z pana pomocą uaktualnić, zapisać, włączyć. Ufff! Najstarszna kopia zapasowa danych była z 2 stycznia, nie wyobrażam sobie odtworzenia danych, zmian w dokumentach powstałych po tej dacie.
Po południu razem z G. oglądaliśmy na Netflixie "Łowców Trolli". Urocza, wciągająca i mądra bajka. Nawet nie wiem, kiedy minęło sześć odcinków:)

piątek, 27 stycznia 2017

26/365

Światełko w tunelu. Mam nadzieję, że to nie pociąg, który mnie rozjedzie;)
Zebrałam książki, na FB zamieściłam info, że sprzedaję. I bardzo mnie zaskoczył odzew. I pierwszy wpływ na konto. A decyzja o sprzedaży książek bardzo dobra zważywszy na fakt, że absolutnie nie mogę skupić się na lekturze.
Wczoraj oglądałam zdjęcia z widokami Pienin. Czas powoli zacząć się cieszyć na wyjazd.
Niespodziewanie, z bardzo zaskakującego kierunku, przypłynęło kilkadziesiąt miłych, wspierających słów. A wieczorem stoczyliśmy bitwę o ostatni kawałek domowego chleba:)

26.2017

26/01 - do 11-tej byłam z mamą na badaniu, które okazało się mniej
           strasznie, niż informuje o tym internet, a obsługa medyczna,
           hmy... chyba można powiedzieć, że miła. Zaskoczyła mnie
           toaleta, w której nie można było zamknąć drzwi na klucz/zamek.

           Przed br2 kupiłam 3 duże, białe świece, by wieczorem zapalić je
           w latarenkach :) Płomienie działają na mnie kojąco, mam wrażenie,
           że robi się cieplej, przytulniej.

czwartek, 26 stycznia 2017

25/365

W przychodni trafiłam na sympatycznego pediatrę, który robi specjalizację z z alergologii i pulmonologii dziecięcej - czyli lekarz idealnie skrojony na oskrzelowe problemy G. W pracy trudne spotkanie z pracownikami - wolałabym o nim zapomnieć, wolałabym aby nigdy nie musiało mieć miejsca. Ale byłam dzielna, rzeczowa i konkretna. To jednak w tej porażce jakiś sukces. Później zebranie w szkole, niby spokojne ale... jakoś zmęczyło mnie to, chociaż to bardziej kwestia mojego zmęczenia problemami.

Wieczorem długa, dobra i ciepła rozmowa z G. Najjaśniejszy punkt tego dnia:)

25.2017

25/01 - w pracy zrobiłam wszystkie PITy dla pracowników.
          W br2 dostałam podręczny organizer i nowy KP, co tak mnie ucieszyło,
           że aż ucałowałam szefowa :)
           Wróciłam do domu po 19-tej, a przed zaśnięciem długo porozmawiałyśmy
           z eM. :*

24.2017

24/01 - cóż, niezaprzeczalnie szczęśliwa poczułam się w br2,
          gdzie zazwyczaj "na dzień dobry", gdy zaczynam rozliczenia,
          dostaję wypłatę. Osiadam w (chwilowym) poczuciu bezpieczeństwa.

          Ucieszyłam się też, gdy wyjątkowo bezproblemowo udało mi się
          wypełnić i zatwierdzić sprawozdanie do GUS, które co roku staje okoniem
          i w żadne sposób nie wychodzą mi oczekiwane przez formularz dane.

          Poza tym... ten dzień był tak bardzo męczący, że zasnęłam na siedząco.

środa, 25 stycznia 2017

24/365

Kolejny dzień do zapomnienia, kolejne godziny poczucia porażki i przytłaczającej bezradności. Nie wiem, nie mam pojęcia, co robimy zle, ze nie ma żadnych, żadnych zleceń. I nie wiem, jak i co mogłabym zmienić. Próbuje reanimować te firmę, składam wnioski do US... ale nie widze w tym nic pchającego sprawy do przodu. To jak zapobieganie powodzi poprzez zbieranie wody wiaderkiem:/

Co dobrego? Wieczorny, długi spacer z chłopakami i psem. I chleb, nowy, inny ale kolejny zaskakujący. Zawsze byłam przekonana, ze pieczenie chleba jest bardzo pracochłonne. Te wszystkie zagniatania, wyrabiania, firmowania. Tymczasem chleb robi sie sam. Wymaga jedynie odrobiny uwagi i duzo czasu, cierpliwości. Od decyzji o pieczeniu do wyjęcia z piekarnika bochenka musi minąć ponad doba. Ale to jest dobre, w pewien sposób kojące czekanie.

wtorek, 24 stycznia 2017

23.2017

23/01 - w styczniu zgrywa się i pogoda za oknem, i wydarzenia.
           Zaciskanie pasa i smutne wiadomości, w tym faktura za gaz...

           W sobotę czas robienia mapy marzeń Anno Domino 2017,
           mentalnie rozkładam ręce i zwijam się najciaśniej w kłębek,
           bo za poetą ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...
           ale żadnej projekcji pozytywnej nie dostrzegam.
       
           I. napisała, że w Leclerku są nasiona kobei, a ja bardzo,
           bardzo potrzebuję posiania, oglądania jak kiełkują i niosą
           ze sobą wizję maja.
           W skrzynce na listy był też jeden dobry, wysłany 20 grudnia z UK,
           z bożonarodzeniowymi życzeniami i upominkiem  od K. :)



         

23/365

G. obudził się z kaszlem, mówił że gardło boli, źle się czuje. Kaszel był faktem, reszcie dałam wiarę i uwierzyłam. Musiałam zostać z nim w domu, a ulga z jaką przyjęłam fakt, że nie muszę iść do pracy zwyczajnie przeraziła mnie.
W biurze miałam spotkanie z coachem od finansów. Zadał mi kilka trudnych pytań, poradził aby na firmę spojrzeć z innego niż osobisty punktu widzenia, chłodnym okiem. I uświadomił, że ja tu pracuję na zasadach wolontariatu. I chyba to mnie najbardziej uderzyło i dotknęło. Bo ile można...?
Wróciłam do domu po 18. Byłam tak zmęczona, że nie miałam ani siły, ani chęci, ani nawet pomysłu na przygotowanie obiadu z vitalii, więc wygrzebałam z zamrażarki pierogi ulepione jesienią. Zrobiłam herbatę, położyłam się na chwilę i... obudziłam o północy. I jasnym punktem był fakt, że w środku nocy zeszłam do kuchni i nastawiłam zaczyn na chleb.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

22.2017

22/01 - po przebudzeniu, przed ósmą sięgnęłam po "FiF", by o 12:08 zakończyć tom.
            Dawno, bardzo dawno powieść nie zrobiła na mnie takiego wrażenia !
            Doskonała !!! Nie porwę się na napisanie recenzji :) jedyne co, to  oznaczyłam
            tę pozycję na Lubimy czytać jako arcydzieło ! W moim odczuciu stworzyć
            tak plastycznych, skomplikowanych i niejednoznacznych bohaterów jest
            ogromną sztuką. Wciąż przeżywam to, co przeczytałam, tak jak losy
            realnych, żyjących ludzi a nie postaci literackich. Jednocześnie konstrukcja
            książki, ta druga część, która uzupełnia, pozwala zrozumieć... Niesamowite !
            Wielowarstwowość, starannie i rzetelnie skonstruowane poziomy, przy
            zachowaniu lekkości, utrzymaniu uwagi czytelnika... Wstrząs i szok :)
            Dziękuję eM. za zapakowanie mi tej książki :))))

            Poza tym pojechałam do myjni z samochodem. Kontrapunkt - proza życia :)
            I. napisała, że zaprasza na sałatkę, tort i pączki. Na pytanie z jakiej okazji,
            dostałam smsa: wszystko dla Ciebie :) Aż zaczęłam śmiać się w biedrze
            podczas zakupów.
            Babci i dziadkowi moich dzieci zawiozłam prymulki w kolorach patriotycznych
            i tiramisu :)

22/365

Obejrzałam ostatni sezon "Bates Motel". Z dziesięcioma odcinkami uwinelam sie w jeden dzień. I właściwie nic więcej nie mogę napisać, zeby nie spojlerowac. Dla mnie to serial kompletny, poruszający i bardzo, bardzo skłaniający do myślenia. 

Pojechaliśmy na obiad i kawe ze słodkim do babci. Ku mojemu zaskoczeniu bezproblemowo ograniczyłam sie do małej porcji obiadu, a w ramach deseru zjadłam niewielki kawałek ciasta. Nie wiem, czy to nadal poświąteczny przesyt?:)

21.2017

21/01 - tradycyjnie w soboty odbywa się u nas wizyta duszpasterska. Coraz młodsi
           ci księża i tacy jacyś bardziej świadomi, obyci, oczytani, a nie wyrwani
           z zabitej dechami wioski na końcu świata.
           A zupełnie prozaicznie - była okazja, żeby ogarnąć chatę ;)
         
           Przyjechał D. porozmawiać z synem nr2 nt kierunku studiów, bo nieoczekiwanie
           zainteresowania dziecka odwróciły się o 180 stopni.
       
           Nocą skończyłam Fatum i zaczęłam Furię. Po północy przeżyłam taki wstrząs,
          (śmierć bohatera) że żeby się uspokoić czytałam dalej i dopiero koło 2 zasnęłam...
         

niedziela, 22 stycznia 2017

21/365

Rano wstałam dość wcześnie i jeszcze przed pierwsza kawa (!!!) wyrobiłam ciasto na pszenne bagietki na zakwasie. A po kilku godzinach składania, wyrastania, formowania z piekarnika wysunęłam blachę z cudownymi bagietkami:)



Skończyłam oglądać trzecia serie "Bates Motel". A kiedy obejrzałam trzy odcinku z czwartej... oj, dawno się tak nie bałam. Jeśli poprzednie serie były aktorskim popisem Normy, tak w tej cały show należy do Normana. Brrrr...

20/365

Cała noc męczyłam się z katarem. Rano obudziłam się zmęczona i mało przytomna. Bardzo chciałam zostać w domu ale czułam, ze to mniej kwestia przeziębienia a bardziej bezpiecznej ucieczki przed problemami w pracy. Więc zebrałam się i poszłam...
Rano... rano rozkroiłam mój pierwszy, domowy, żytni chleb na zakwasie. I niemal rozpłakałam się ze wzruszenia. Dla mnie w chlebie jest jakas siła, siła i upór tych dzikich drożdży, które potrafią unieść ciężka mąkę, ziarna, wodę. Zachwyca mnie ten wypiek, nie tylko rezultat ale i cały proces, długotrwały i wymagający cierpliwości, a zakończony niesamowitym zapachem snującym sie po domu. Tak, teraz długo będę monotematyczna:)


piątek, 20 stycznia 2017

20.2017

20/01 - dziś w br1 udało mi się przepchnąć ten nieszczęsny zestaw w pfron.
            Zostaje jeszcze jeden problem, ale mam nadzieję, że rozwiąże się
            bez mojego udziału... Trochę na tarczy, ale nie zawsze muszę zwyciężać.

            Przeziębienie zaczyna i mnie ogarniać. Ból głowy. Obolałe mięśnie
            i zmarznięte ciało próbowałam ratować gorącą kąpielą.  I tak, znowu
            poczułam odrobinę sympatii do Lancelota :))
         

19/365

Kolejny zły, smutny dzień. W pracy płakałam. Czy to nie straszne, że praca jest powodem do płaczu? Że nie umiem w tej sferze przeprowadzić takich zmian, która dadzą mi spokój, satysfakcję? Że odpowiedzialność mnie przygniata, przerasta. A może to się nazywa trzeźwe i realne spojrzenie na sytuację?

Po południu, pomimo koszmarnego kataru pojechałam z G. a trening. I dobrze, bo był bardzo smutny, że nie dostał powołania na turniej. A ja z trudem maskowałam poczucie ulgi, że nie musimy w sobotę zrywać się o 6 rano:) W Selgrosie (odmówiłam pokusie Ptasiego Mleczka, Snickersa czy innej słodkości) kupiłam mąkę chlebową i...
... i w domu upiekłam swój pierwszy chleb na zakwasie!
O mój Boże! Spełniłam jedno ze swoich wielkich marzeń. Zawsze z zazdrością patrzyłam na te piękne, pękate bochny, na miąższ usiany gęstymi dziurkami wyrobionymi przez zakwas, na te owinięte w len cuda prezentowane przez piekące dziewczyny. A teraz, po pierwszej i bardzo udanej próbie już wiem, że to też i w moim zasięgu. Radość radością, satysfakcja też sprawa istotna, ale smak, smak własnoręcznie uzyskany z wody, mąki, soli (i słonecznika) - niesamowity!

19.2017

19/01 - po wcześniejszym powrocie z pracy przygotowała posiłki na dzień
           następny, zapaliłam świece, w kominku zapach i weszłam pod koc.
           Syn nr2 spał na górze (przeziębiony, niestety). Wzięłam "Fatum i furię"
           z myślą: jak ja nie znoszę tej Mathilde... ale chyba trafiłam na punkt
           zwrotny powieści, bo tym razem coraz mniejszą sympatię czuję do Lotta.
           Ale w momencie, gdy Olo wgramolił mi się na kolana, mruczał
           a ja spokojnie mogłam czytać pomyślałam: właśnie tak powinno być.
           Przy moim bojkotowaniu "powinno czy muszę" poczułam, że tak
           wygląda moje szczęście.
           A wieczorem, przed zaśnięciem kilka miłych, dobrych, przesadnych słów :)

czwartek, 19 stycznia 2017

18.2017

18/01 - wściekłam się  br1 na siebie i program pfronu. Obsługa załącznika wymaga
           dawki leku uspokajającego ! Ten stan przeciągnął się podczas robienia
           zakupów dla mamy. Wracała natrętna myśl, że ona chyba jakoś sadystycznie
           wymyśla te rzeczy: budzi za 2,99, skarpety za 3,99 itd, a ja z obłędem w oczach
           50x okrążam niemały sklep, żeby to znaleźć. I nie znajduję !!! Finałem był
           mój telefon z pytaniem o papier toaletowy... Wybuchnęłam... a zakupy
           trzeba było zawieźć. I tu moja mama zaskoczyła mnie po raz enty ciepłem
           i spokojem...

           W przerwie między  zawiezieniem a odebraniem syna nr2 z angielskiego
           wpadłam do B. i L. Widok obłożonego poduszkami L. z kołnierzem
           ortopedycznym wywołam głupi, nerwowy śmiech. Choć obolały,
           na szczęście rusza rękami i nogami ! Przemknęły mi przez głowę myśli
           o możliwych, negatywnych konsekwencjach tej operacji i poczułam ulgę.
     
       

18/365

Rano świat ubielony szadzią. Aż niewiarygodne, ile kształtów wydobywa: zwykłe gałęzie, igły na sośnie, nawet plecionka siatki ogrodzeniowej wydają się być intrygującą konstrukcją. Piękny jest ten świat z krainy Królowej Śniegu. 
Poddałam się w temacie domowego zakwasu i na lokalnej grupie poprosiłam o pomoc. Poratowała mnie młoda dziewczyna, która poza słoiczkiem aktywnego zakwasu podarowała mi sporo przepisów i porad odnośnie domowego wypieku chleba. Mam nadzieję, że tym razem nie zabiję zakwasu moją nadgorliwością;)
I ach! och! Musiałam przesunąć zapinanie paska o jedną dziurkę. W sensie, że ciaśniej:)

środa, 18 stycznia 2017

17/365

Nie podoba mi się ten styczeń. Pracy mało, płatności z każdej strony dużo. Mój zakwas umarł, drugi nastawiony ma jakąś dziwną konsystencję i też raczej pożegnam się z nim. I jeszcze nas wszystkich po kolei łapie przeziębienie. Nie podoba mi się to.

W ramach obiadu zrobiłam moją ulubioną sałatkę z bulguru, buraka i białego sera. Chłopakom zrobiłam naleśniki i zamiast kolacji zjadłam tylko jedną sztukę, co - jak mniemam - kalorycznie było ok. Piję jakieś horrendalne ilości wody, herbaty owocowej i zielonej. A dzięki temu waga miło zaskakuje porannymi wskazaniami.

A z bardzo miłych spraw był wieczorny spacer z Zaspą. To jest naprawdę fajny pies, i bardzo poprawia mi nastrój jej radość, kiedy spuszczona ze smyczy bryka radośnie w śniegu:) 

17.2017

17/01 - waga wreszcie drgnęła ! :) Czasem, gdy czytam składniki propozycji
            potrawy na Vitalii, to nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co z tego wyjdzie,
            przełamuję podejście "jak do jeża" i zdarzają się przyjemne niespodzianki :)
            Tak właśnie było w przypadku podwieczorka, gdy zmiksowałam jabłko, grani,
            jogurt, żurawinę i cynamon :)
            Wieczorem zmusiłam się, żeby wyjść spod koca i wstawić auto do garażu.
            Po powrocie czułam się autentycznie szczęśliwa :)
            W "Bates Motel"... roześmiałam się tuż przed zaśnięciem... na widok kolejnego
            trupa...ehm.

wtorek, 17 stycznia 2017

16/365

Podobno "blue monday". Nie chciałam się tym sugerować, ale... 
I właściwie cały dzień był taki, że nic tylko się ofoszyć. Ale wieczorem dotarła ocena opisowa G. za pierwszy semestr tego roku i przez chwilę zastanawiałam się, czy nie ma pomyłki? Czy na pewno dotyczy tego dziecka, które znam, z którym mieszkam? Jeśli tak, to jest dobrą reklamą naszych starań rodzicielskich:)
I obejrzałam dwa odcinki "Bates Motel". Ta scena, kiedy Norma śpiewa na przesłuchaniu do musicalu... niby znam oryginał i jakoś nigdy nie robił na mnie wrażenia a w jej wykonaniu, w kontekście całej postaci - bardzo mnie poruszyła.

16.2017

16/01 - rano z zadowoleniem stwierdziłam, że redaktor Metz zrezygnował
           z być może bardziej światowej (bo przez "I"), ale rażącej moje uszy zapowiedzi
           na rzecz swojskiego LEonarda :) Wzruszają mnie urywki wywiadów, porusza
           nieporównywalny z żadnym innym głos Mistrza LC. Tym razem jeden z moich
           ukochanych utworów.
         
           Wieczorem rozpoczęliśmy z synem nr2 drugi sezon "Spice nad Wolf".
           A aż do zaśnięcia śledziłam losy rodziny Bates`ów i czuję, że moim
           ulubionym bohaterem jest Dylan.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

15/365

Rano weszłam na wagę bardzo zaintrygowana, jak bardzo wczorajsze rożki wpłynęły na wskazania. Otóż... waga pokazała 80 dag mniej! No cóż, być może jest zepsuta ale również możliwe, że rożki odchudzają!:)
Na 10:00 pojechałam z G. na urodzinki klasowej koleżanki. Było bardzo sympatycznie, właściwie stały zestaw rodziców, nawet nie wiem kiedy minęły te dwie godziny. Zjadłam dwa (domowego wypieku!) ptysie z bitą śmietaną i wypiłam dwa dzbanki zielonej herbaty.

W domu G. ulepił dwa bałwany. Może dotrwałyby do rana, gdyby nie Zaspa która radośnie je staranowała. I dobrze. Z wiadomych względów obecność bałwana przed domem postrzegam jako dość złowieszczą;)

Ponieważ dotrał mój zwrot za nieudane zakupy w C&A pojechałam do KappAhla kupić dżinsy. Tak dawno nic tam nie kupowałam, że zdążyłam zapomnieć, jak miła jest obsługa. Pani w przymierzalni bardzo pomogła mi w wyborze fasonu i rozmiaru. Ku mojemu zdziwieniu zamiast - moim zdaniem doskonale leżącego większego rozmiaru - pani zaproponowała mniejszy, argumentując to tym, że ewidentnie jest za duży a i dżinsy w noszeniu zawsze się rozciągają. To wzięłam mniejszy, och! Leżą idealnie, doskonale, absolutnie sa warte każdej złotówki. Błagam, niech KappAhl nie wycofuje ich z regularnej sprzedaży! A do kompletu dokupiłam - nareszcie - bieliznę pod jasne bluzki, śliczną, pasującą i przecenioną o 50%:)

14/365

Poszłam do pracy, jednak moja efektywność kiedy jestem sama w biurze rośnie wręcz niewiarygodnie. W wolnej chwili znalazłam zapach, który bardzo chcę przetestować. Zauroczył mnie opis i komentarze, i bardzo chcę sprawdzić jak to pachnie, bo wyobraźnia nie ogarnia:)
W domu zjadłam pięć rożków. O matko, wiedziałam że jak tylko wrócą do sklepu...

A wieczorem, przy dzbanku herbaty, oglądałam "Bates Motel".

niedziela, 15 stycznia 2017

15.2017

15/01 - aż niewiarygodne wydaje mi się, że zaledwie tydzień temu byłam w P.
           Tak inna to niedziela, domowa, spędzona pod kocem, na zmianę książka
            i kolejne odcinki "Bates Motel". Skończyłam pierwszy sezon. Od czasu
            do czasu relacja z WOŚP, dorzuciłam się do zbiórki Wyborczej.
            I pierwszy dzień z Vitalią... ciągle myślę o jedzeniu... :)
         
         

14.2017

14/01 - rano odebrałam klocki, u mechanika okazało się, że nie pasują :(
           Oddałam je w sklepie i pojechałam do ASO.  Otwarty był tylko serwis.
           Przełamałam się mówiąc do pana za ladą, że muszę liczyć na swój
           urok osobisty i pewnie się przeliczę, ale bardzo potrzebna mi jego pomoc...
           I o dziwo sroga mina pana rozjaśniała i kupiłam oryginalne klocki :)
           Czekając na telefon od mechanika obejrzałam 3-6 odcinek "Bates Motel",
           zjadłam ostatnie podróby krasza... bo nadeszła dieta z Vitalii. Wieczorem
           klocki zostały wymienione ! Uff !!!

13.2017

13/01 - na dodatek piątek ! Pojechałam do mechanika, kazał kupić klocki.
           W sklepie znaleźli mi zamiennik za 2/3 ceny oryginalnych,
           do odebrania w sobotę. Trochę mi lżej, że już coraz bliżej do wymiany,
           bo ten zgrzyt przy hamowaniu powoduje, że włosy dęba mi stają...
         
           Wieczorem zaczytałam się w "Fatum i furii". Nic sobie na temat tej książki
           nie wyobrażałam, a mimo wszystko jestem zaskoczona fabułą :)
           Przed snem - "Bates Motel" :)

sobota, 14 stycznia 2017

13/365

Rano weszłam na wagę: no i jest, jest spadek! I to nawet większy, niż się spodziewałam:)
W pracy posłuchałam niemal konspiracyjnego spotkania pana Manna z Piotrem Bukartykiem. I muszę odszczekać słowa o mojej upośledzonej wrażliwości: usłyszałam i miałam łzy w oczach (chociaż to nie jest ta wersja):



Ponieważ L. przeziębił się, wróciliśmy wcześniej do domu. Zamiast sałatki (na zimno!) z kurczakiem, zrobiłam podsmażane (bez tłuszczu) ziemniaki z kurczakiem, pieczarkami, fasolką szparagową, czerwoną cebulą i wuchtą przypraw. Wyszło cudowne, rozgrzewające i bardzo sycące danie acz nie wiem, czy dietetyczne.
Nastawiony zakwas pięknie ruszył, chodzę koło niego na paluszkach, dbam, okrywam - bardzo już marzę o tym pierwszym, domowym, żytnim chlebie. 
A wieczór z kolejnymi odcinkami "Motelu Bates".

piątek, 13 stycznia 2017

12.2017

12/01 - nastał dzień, w którym odważyłam się stanąć na wadze. Fakt ten
           skutkował niemal natychmiastowym wykupieniem Vitalii na 2 m-ce.
           Ponadto zadzwoniłam do mechanika, ponieważ auto wydaje bardzo,
           ale to bardzo niepokojące dźwięki. To, że podjęłam w ogóle działanie,
           zaliczam na plus... ale czy to szczęście ?
           W ramach oczekiwania na dietę wykonałam pseudo-kraszkebab :)
           i wykończyłam sernik. Poza tym obejrzałam 2 ostatnie odcinki BM,
           oraz ten specjalnym z Jonem Hammem. Miałam nadzieję, że będzie
           lżejszy i chociaż na to namówię eM. Nie był :)  Jakkolwiek doceniłam
           walory aktora, tak ta część w żadne sposób nie ustąpiła dość
           przygnębiającemu przesłaniu serii.

12/365

Wróciłam wcześniej do domu, żeby w spokoju rozwiązać z G. kilka zadań na sprawdzian z edukacji matematycznej. Tymczasem dziecko niemal na kolanie prawidłowo rozwiązało zadania, pozostawiając mnie w zdziwieniu pomieszanym z zachwytem. Zobaczymy, jak to się przełoży na wynik sprawdzianu:)

I włączyłam nowy serial - "Bates Motel". Żadna nowość, długo przechodziłam obojętnie. A tu od pierwszego odcinka, niemal od pierwszej sceny jest zachwyt. Vera Farmiga ma dziwną, hipnotyczną urodę, i gra koncertowo - jest zlepkiem kilku różnych kobiet: ciepłej, szalonej, nadopiekuńczej, stanowczej, uwodzicielskiej. Jedna z fajniejszych, kobiecych ról serialowych, jedna z bardziej intrygujących, zapadających w pamięć, postaci. A kiedy sprawdziłam, że Vera to prawie mój rocznik:) odkryłam, że tak, właśnie tak wyobrażam sobie intrygującą, piękną czterdziestolatkę: wygląda na swój wiek, nie przebiera się za podlotka i ma w sobie pewność własnej wartości, urody i kobiecości. Jest cudowna:)



czwartek, 12 stycznia 2017

11.2017

11/01 - wracałam z pracy, hamulce mi zgrzytają, co w najlepszym przypadku
          oznacza klocki do wymiany, a "Shantaram" sprawdziło moją cierpliwość...
          mam nadzieję, że to rozczarowanie roku ! Co za bełkot... wrrr !
       
          Na pocieszenie kupiłam składniki na sernik, w tym twaróg z Piątnicy :)
          Wieczorem oglądaliśmy z I. kolejne odcinki dość sensownego anime
          i zażeraliśmy się sernikiem ! :)

11/365

Kupiłam słoik do nienastawienia zakwasu żytniego (jako pierwszy zamierzam upiec ten chleb, a jako drugi - ten). Napisałabym, że dzieje się ale... poprzestałam na zakupie słoika i mąki, bo wieczorem spadł śnieg! A skoro spadł śnieg, to pojechaliśmy na śniegową przejażdżkę a później na sanki. No to kto by tańcował z zakwasem skoro miasto oferowało takie widoki:



Tak, uwielbiam kiedy pada taka obfitość śniegu, kiedy jeszcze tej puchowej pierzyny nie tknie codzienność, szarość błota, smutek roztopów.

środa, 11 stycznia 2017

10/365

Byłam bardzo dzielna i odebrałam awizo z poczty. Dokładnie ten list, którego się spodziewałam. Niestety. W pracy zaczęły napływać zlecenia. Napływać... bardziej kapać. Ale mam nadzieję, że kraj już się obudził, skończył świętować i pozwoli mi zarabiać bo sytuacja jest dramatyczna.

W domu ugotowałam mój ukochany pęczak z warzywami, dodałam białą kapustę, liście szpinaku, posypałam wędzoną papryką i curry. Wyszło coś o niesamowitym, zaskakującym smaku, a chrupkie kawałki białej kapusty bardzo ładnie się w tym odnalazły.  
Ledwie dwa dni diety a ja już czuje się jakoś lżej. I naprawdę bo tym świątecznym folgowaniu bardzo lubię to uczucie.

A ponieważ na ten rok nie wyznaczyłam sobie żadnych postanowień (poza jednym, od lat aktualnym czyli SCHUDNĄĆ i nie przytyć) to nadrabiam i postanawiam, że w roku 2017 skutecznie zmierzę się z tamatem pieczenia domowego chleba na zakwasie.

9/365

Tak, pierwszy dzień z Vitalią. Więc było absolutnie lekko, bezgrzesznie, dietetycznie. A w pracy było ziiiimno - na dzień dobry w biurze powitała nas temperatura 12 stopni. O 16, kiedy wychodziłam, słupek rtęci pokazał 18 stopni. Więc cudownie było wrócić do domu i opatulić się kocem.

8/365

To był dzień, w którym G. wracała do domu. Trochę knuliśmy, że może schować bagaż, dać Zaspie walizkę na pożarcie, ogólnie pomysły z gatunku niecnych. No ale... Na dworzec dotarliśmy ze sporym wyprzedzeniem, co pozwoliło mi nawet polubić ten nasz nowy dworzec - zamiast marznąć na peronie, można pochodzić po TK Maxx:) 
A później pojechała. A ja zostałam z nadzieją, że jednak szybko wróci, że los pozwoli już wiosną, latem lub najpóźniej wczesną jesienią...
W domu zaparzyłam herbatę, chłopaki poszli na sanki. Zjadłam pół sękacza, złożyłam pranie, posmutniałam że dom nagle tak pusty, że nawet ogromnego (i zwyczajowego) bałaganu nie ma wiec poczucie pustki jest bardziej dojmujące. W radio zamiast Marcina Kydryńskiego muzykę prezentowała Aga Zaryan. I kiedy zagrała ta piosenka:


poczułam, że to idealna klamra tego dnia: mój smutek, schyłek dnia, biel zaokienna. 
Tak, czasem nawet w smutku można poczuć się szczęśliwym, ukojonym i dopełnionym.

7/365

Powolne, sobotnie wstawania. Naleśniki z serem i jabłkami, kawa. I gość w domu - wyspany! Dziś skojarzyłam, że przez te wszystkie dni zapominałam przykrywać mój herbaciany dzbanek pokrowcem w kształcie kury. Oczywiście, że mam teorię dlaczego - po prostu w domu nagle było tyle ciepła, czułości i miłego dla mnie gwaru, że sama jako ta kwoka nie czułam potrzeby ogrzewania herbaty, wszak nie było szans aby wystygła:)
Później był spacer po Szachtach. Podobno był mróz, wiatr - jakoś nie zarejestrowałam, widocznie ciepłe buty, czapka i towarzystwo G., w którym wciąż się śmieję i zapominam o niedogodnościach wystarczą, aby przespacerować bez wysiłku siedem kilometrów:)
W centrum, dość nieoczekiwanie zagościliśmy "Za Kulisami" na grzanym winie. I znów w niczym nie przeszkadzał mi fakt, że czapka, że dresowe spodnie. Jednak  nie tyle jak ale z kim - to jest istotne, na całą resztę można bez żalu, bez pretensji po prostu machnąć ręką:)

To był bardzo, bardzo dobry dzień. Cały, bez wyjątku.
Nie zmieniłabym w nim ani chwili (no, może poza uzupełnieniem braków w Kraszkebabie);).

wtorek, 10 stycznia 2017

10.2017

10/01 - rano w cyklu Piotra Metza "Dance me to the end of love"... zanosiłam się
           niekontrolowanym szlochem jadąc samochodem, zresztą redaktorowi
           prowadzącemu też łamał się głos. Może tak ta piosenka działa, że stają
           przed oczami i młodość, i ślub, dzieci, powolne odchodzenie miłości...
       
           Wracając z  pracy wpadłam w biedrze na A. i umówiłyśmy się na czwartek.
           W leclercu zobaczyłam M. Nie widziałyśmy się ponad 3 lata. W sklepie
           kiwnęła do mnie ale wyszła. Na parkingu zawołałam za nią...

09.2017

09/01 - chyba szczęściem jest fakt, że trzymam się w kupie :) Cały dzień wracały
           wspomnienia z weekendu, ze spotkania z eM., łzy napływały mi do oczu.
           Wracając z pracy kupiłam tortille, rukole, papryczki nadziewane fetą i kurczaka,
            by zrobić sobie domową namiastkę kraszkebaba ! Rozdałam wszystkie rogale,
            bo u nas, na dzikim wschodzie, to niebywała atrakcja :) Sama z przyjemnością
            zjadłam pół ! :)) Bez żalu skończyłam słuchać "Bez pożegnania" Cobena
            i zaczęłam czytać "Fatum i furię".

08.2017

08/01 - dzień trzeci. Mróz i słońce za drewnianymi żaluzjami, płomienie w kominku,
           ciepła, cudowna, mega wygodna kanapa, kawa i ostatni kawałek sernika,
           łagodna Zaspa, wyjątkowo przychylne 2/3 kotów... i to, co najważniejsze:
           Ludzie ! Jeśli przyjdzie mi w życiu zmienić lokalizację, to  miasto P.
           jest niekwestionowanym i nie zagrożonym nawet przez Barcelonę kandydatem !
         
           Dopiero dziś dotarło do mnie jak beztrosko czułam się przez te dni, jaka to ulga,
           gdy nawet pół zmartwienia nie zamajaczyło mi ani przez chwilę.
           Po śniadaniu lekki reisefieber, przejrzałam nowe książki eM., zostałam
           zaopatrzona w dwa tomy do czytania :) i pojechaliśmy do CH z dworcem
           w środku :) Rogale stanowiły ostatni punkt, a potem już w drogę.
           Bardzo byłam wzruszona, gdy cała, trzyosobowa rodzina stała i czekała, aż
           autobus ruszy, a roześmiałam się w głos widząc jak mi machają...
           Czuję jednocześnie i pełnię, i niedosyt... W tak krótkim czasie nie sposób
           wszystko powiedzieć, a zarazem wraca uczucie spotkania prawdziwego szczęścia...


         

07.2017

07/01 - dzień drugi rozpoczęłam w najprzytulniejszym łóżku świata :) do którego
          dostałam kawę i najlepszy, zdecydowanie mój smakowo i wizualnie sernik :))
          Następnie eM. zrobiła naleśniki ! Jak mogłabym to przemilczeć !!! Pożerane
          były przez nas ochoczo z serkiem waniliowym i lidlowymi jabłkami ! :))
          Tak, ja też mam wrażenie, że przez ten weekend wydarzyło się więcej, niż
          się dzieje przez niejeden tydzień mojego życia... Spacer sekcji żeńskiej tej
          tymczasowej drużyny po Szachtach... Zamarznięty krajobraz, przeplatające się
          słowa... Obiad w rytmie stuningowanej ABBY, spacer po Rynku, grzane piwo
          w Za kulisami, gdzie miałam zaszczyt poznać właścicieli :) Po powrocie film,
          który chciałam obejrzeć od dawna, mimo, że smutny i wstrząsający, a wieczorem
          wypad do sławionego miejsca :) w którym przekonałam się, że kebab z mielonego
          mięsa, na dodatek w tortilli może być rewelacyjny !!! Słowo dnia: pyszne !!! :)
       
          Jeśli nie umiałabym sobie wyobrazić jak to jest poczuć się osobą kochaną
          i kochającą, to ten wyjazd dobitnie mi to pokazał i uzmysłowił...

          A gdy przyszłam położyć się spać... :)


poniedziałek, 9 stycznia 2017

6/365

Piątek. Jak zwykle prawie wszystko zostawiłam na ostatnią chwilę. Jeszcze rano L. naprawiał robota kuchennego, żebym mogła zagnieść ciasto na pizzę:) Włączyłam "Doktor Sen" Kinga i szybko posprzątałam łazienki, rozwiesiłam pranie, zamówiłam pączki. I jakimś cudem zdążyliśmy przed czasem. 
A później była już tylko krótka chwila na nowym dworcu i powitałam G. I... tu dziwna rzecz, bo właściwie reszta tego dnia zupełnie mi się rozmywa, zapewne dlatego, że była bardziej intensywna niż niejeden z moich tygodni. Ale wciąż umiem przypomnieć sobie tę oczywistą radość, to zdziwienie że od naszego ostatniego spotkania minęło tyle lat a żadnej bariery, żadnego dystansu. I dostałam sękacz! 
Był śmiech, były opowieści, był spacer po Ostrowie Tumskim - pięknym mimo braku śniegu i pomimo bardzo niesprzyjającej temperatury.
A wieczorne wino grzane tak mnie ukołysało, że nawet nie odnotowałam, kiedy zasnęłam.

06.2017

06/01 - zasypiałam myśląc, że ten dzień trwał 20 godzin...
          Pobudka przed czwartą, a potem wszystko szło tak bardzo zgodnie z planem,
          że aż wydawało mi się to nierzeczywiste...  PlusBus, metro, PolskiBus - punktualnie.
          Co prawda na trasie Ł-P (troszkę i z wielką przesadą) czułam się jak podróżnik
          w indyjskim pociągu, gdy panna za mną perorowała ze swoim współpasażerem
          w języku obcym lub przez telefon w języku ojczysty tak głośno, że cały autobus
          uczestniczył w tym w słuchowisku, lub jak śledź w beczce, bo pan obok wiózł
          na kolanach dwa spore naczynia żaroodporne... ale to wszystko jest NIC po prostu,
          gdy już dojechałam na Dworzec Główny miasta P.  :)
          Pierwszy z trzech dobrych, szczęśliwych dni... Myślę o tym i czuję się tak,
          jakbym wpadła w dłonie... ciepłe, miękkie, przytulne, kochane niewyobrażalnie.
          Czasem tak jest, że coś czuję i to kwestionuje, a tu nie mam czego podważać,
          tak bardzo czułam się chciana, wyczekiwana i zatroszczona jak ktoś naprawdę
          ważny i akceptowany. Obawiam się, że umkną mi chwile, powitania z  L., zasłonięte
          przez eM. oczy... mała obawa przed reakcją G., spotkanie z panią A,
          domowa pizza eM... no i Zaspa, w której można się tylko zakochać...
          Flasze, które sprawiają, że łzy stają mi w oczach...
          ulice, których nazw nie spamiętam,  mieszkanie pani A., Most Rocha,
          zmrożony Ostrów Tumski, złote. jaśniejące gwiazdy w oknach...
          Zdjęcia zrobiła eM. :)



5/365

Ten dzień stał pod znakiem poszukiwania sera odpowiedniego na sernik. Doprawdy, miasto pół miliona mieszkańców a w jednej dzielnicy nie uświadczysz sera o solidnej zawartości tłuszczu? Perypetie karkołomne ale najważniejsze, że sernik udało się upiec a fakt, że zniknął w ciągu weekendu jest sugestią, że jakieś walory smakowe posiadał.
Wydawnictwo Smak Słowa sprawiło mi ogromną niespodziankę przysyłając zamówioną w przedsprzedaży książkę ponad dwa tygodni przed oficjalną premierą:)

czwartek, 5 stycznia 2017

5.2017

05/01 - jako, że audioteka pobrała pieniądze, to ściągnęłam na podróż książkę.
           Kupiłam w Tesco mały termos, bo doszłam do wniosku, że w taki mróz
           muszę mieć przy sobie gorącą kawę oraz wygoda wzięła górę nad przygodą
           i poprosiłam D., żeby odebrał mnie ze stolicy w drodze powrotnej.

4.2017

04/01 - przyjechała I., przywiozła mi paskowaną poszewkę na jaśka z Home & You.
           Nie podoba mi się :) ale podobno pasuje :)) Pomarańczowo-granatowy to
           nie jest moje ulubione zestawienie... i dobrze, że mogę o tym napisać :))  
           

4/365

W przedostatni dzień starego roku jechaliśmy autem i słuchaliśmy w Trójce ABC popkultury. Oczywiście nie dosłyszałam, jakim serialem powstałym w 2016 roku Katarzyna Borowiecka tak się zachwycała. Wczoraj przypomniałam sobie o tym, przejrzałam archiwum i odszukałam tę audycję. Okazało się, że panie mówiły o serialu, który starannie omijałam, gdyż opis bardzo mnie zniechęcił i czułam, że to nie moja bajka. Ale audycja tak mnie zaintrygowała, że postanowiłam spróbować. Obejrzałam trzy odcinki - jest dokładnie taki, jak mówiły: pełen nostalgii, odwołań do kina familijnego lat 90tych. I chociaż wydawało się, że tematyka z pewnością mi nie podejdzie - oglądałam zauroczona. 
Obejrzałam też pierwszy odcinek "Black Mirror". No i nie, jednak nie, musiałam wyłączyć po 20 minutach drugiego odcinka, bo chemii między nami nie było nawet w ilościach homeopatycznych. Nawet wizja, że w jednym z odcinków na ekranie pojawia się Jon Hamm mnie nie przekonuje:)

środa, 4 stycznia 2017

3/365

No cóż... nie czyniłam żadnych noworocznych postanowień. Gdzieś myślałam, że może dobrze byłoby postanowić, że nie kupuję żadnych nowych książek zanim nie przeczytam tych z ostatnich zakupów. Ale nie postanowiłam i.... doprawdy - nie mam pojęcia jak to zrobiłam, ale ledwie minęły trzy dni nowego roku a do domu przybyły cztery nowe książki, a piąta jest w drodze. Trzy zamówiłam w ostatni dzień roku, miały być wysłane 10 stycznia - dotarły wczoraj. A czwartą dostałam w prezencie od I., i bardzo mnie zaskoczył zarówno fakt prezentu, jak i imienna dedykacja od tłumacza/redaktora:)


Wieczór, kiedy dostałam do ręki paczkę, kiedy nareszcie trzymałam w ręku kupioną dość impulsywnie ale wymarzoną książkę*, to były tak dobre chwilę, że udało mi się zapomnieć o awizo na dwa polecone z adnotacją odbioru osobistego:/

* w ubiegłym tygodniu upiekłam ciasto czekoladowe, takie proste, i takie bardzo czekoladowe, a przepis pochodził właśnie z tej książki. Moje dziecko było zachwycone, właściwie sam pożarł prawie całe ciasto. No to musiałam kupić książkę:)

3.2017

03/01 - skończyłam mc w br1. To powód do radości :)

          Pojechałam do rodziców, mama zrobiła kluski kładzione. Uwielbiam !
          I taka poczułam się kochana, zadbana i trochę zdziwiona, że dopiero
          z wiekiem dociera do mnie treść i znaczenie tych słów.
       
          W domu obejrzałam trzy odcinki 3 sezonu Black Mirror. Trzeci - Shut Up and Dance
          -  był wyjątkowo rytujący. Ale jednak wciągnął mnie ogólny klimat serii, choć ten
          sezon zaczyna przypominać Strefę Mroku.
       
          W dalszym ciągu usypia mnie "Shantaram", nie jestem w stanie opisać
          o czym jest ta książka, łapię jakieś pojedyncze wątki, wczoraj usłyszałam,
          że główny bohater trafił do obozu trędowatych... ale jak, skąd i po co ?
          pojęcia nie mam, natomiast padam jak zabita w trakcie słów lektora :)

wtorek, 3 stycznia 2017

2/365

Chwilę przed wyjściem z domu usłyszałam w radio, w cyklu Piotra Metza, "Hallelujah" Leonarda Cohena. Niby w każdej chwili mogę odtworzyć na YT czy Spotify a jednak kiedy przypadkiem usłyszę w radio, to czuję potrzebę zatrzymania się, uśmiechnięcia, wzruszenia. I tak miło było, kiedy niespodziewania dopadła mnie ta piosenka.

Mam nowy kalendarz, kalendarz bardzo pasujący do dorosłej, poważnej kobiety i piszę piórem!:)


Do skrzynki sfrunął list. List piękny i ciepły, ale tak bardzo nieadekwatny do mojego postrzegania siebie. To smutne, że ktoś pisze dobre rzeczy a ja nie potrafię ich przyjąć.
Wieczorem przyszła do mnie szara kota. Położyła się na plecach, długo pozwoliła głaskać po brzuchu. W ogóle wczoraj koty bardzo proludzkie były. Może faktycznie idzie potężny mróz, że tak lgną do człowieka?

2.2017

02/01 - rano w radiu nowy cykl Piotra Metza - Leonard Cohen. Nie wiem, czy to
            powód do radości, bo na pewno codzienne przypomnienie, że LC odszedł...
            I trochę tak czuję, że On "tylko mój" i w tę mojość ktoś się ładuje z butami.
            Niemniej...



          W pracy dostałam od kierowcy na nowy rok cukierka :) Taki drobny i miły gest :)
          W rzeczywistości wyglądał lepiej niż na zdjęciu :)

         

poniedziałek, 2 stycznia 2017

1.2017

01/01 - obudziłam się o 8, cały dom jeszcze spał. Zeszłam na dół, umyłam
           naczynia po sylwestrowej zabawie. Wypiłam kawę i wróciłam do łóżka.
           "Shantaram" znakomicie usypia i tego będę się trzymać.  Wstałam ponownie
           po 12-tej, wypiłyśmy z B. kawę i przyjechałam do domu, gdzie urzędował
           syn nr2 z koleżanką. Wrócili w środku nocy z nieudanej imprezy, na której
           moje dziecko pokazało, że jest dobrym i zaradnym przyjacielem...
         
          Jeszcze wypad do rodziców z życzeniami, rozmowa z synem nr1 o jego nieudanym
          sylwestrze, pierwszy odcinek z 3 sezonu "Black mirror" zakończony wyjątkowo,
          bo optymistycznie.
         
          Pierwszy dzień roku... tak, we mnie też budzi irracjonalne nadzieje i...
          niech tak zostanie :)

1/365

Nowy Rok. Pierwszy dzień stycznia. Tak, łapię się na tej wierze, że to nowe będzie lepsze, inne, łatwiejsze. Chociaż racjonalizm podpowiada, że będzie jaki będzie, bo takie jest życie:)

Zaczął się źle, bo weszłam na wagę. Nie wiem, co sobie myślałam? Że te ciacha, ciasteczka, wina, ciasta francuskie, sałatki z majonezem, pierogi, mięsa tak bezboleśnie i lekko po prostu sobie pójdą? Że zjem i nic?

W południe zebrałam chłopaków i psa, poszliśmy na długi spacer. Na Szachtach coraz więcej alejek, coraz więcej ławek, bardziej parkowo niż odludnie. Ale nadal to miejsce ma swój klimat. Pogoda była idealna więc przespacerowaliśmy siedem kilometrów. 


A po przyjściu do domu, po zjedzeniu obiadu, włączyliśmy radio, słuchaliśmy TTWC i do późnego wieczora graliśmy w gry. G. przegrał prawie wszystkie partie, ale chyba dorósł na tyle, że nie awanturował się, nie obrażał - bardzo pozytywna zmiana.

niedziela, 1 stycznia 2017

Nowy Rok


Gdy myślę o 2017 roku, pierwsze co przychodzi mi do głowy, to kolor złoty, złoto, blask, lśnienie...

To  eM. i mój trzeci rok w takiej formie, a kolejny rok jednej z najważniejszych więzi w... cóż, myślę, że mogę to śmiało napisać... w naszym życiu. Dziękuję zatem eM. za chęć tworzenie i budowania jej ze mną i życzę nam blasku, olśnień i złotego, dobrego światła :)