piątek, 21 lipca 2017

201/365

Mama ugotowała swoją zupę z młodych warzyw. Cudowna! I smak przenoszący w tę wyidealizowaną krainę dzieciństwa. Przydało mi się takie pokrzepiające klepanie po plecach, bo chwilę po 15, kiedy przeczytałam, że sejm przegłosował ustawę o Sądzie Najwyższym łzy zakręciły się w oczach. Nigdy nie przypuszczałam, że to w ogóle możliwe - płakać nad ustawą?
Zepsuło nam się auto więc na wieczorny "Łańcuch Światła" musieliśmy jechać busem. I tymże busem zaparkować gdzieś. W centrum miasta, do którego zjechało sporo aut z peryferiów, z powiatu. Miły pan z policji pozwolił nam zaparkować tuż przed muzeum, na miejscu dla autokarów (których o 21 raczej nie ma). I weszliśmy w tłum...

Kiedy wracaliśmy, już po 23, w Rock Radio - przypadek? - grały same polskie piosenki. I jedna z tych, którą bardzo lubię i ucieszyłam się, że w tej nocy rozbrzmiewa w aucie. To jest wokal!


W domu zjadłam miseczkę zupy owocowej mojego autorstwa. Z porzeczek, wiśni i suszonej żurawiny, z dodatkiem goździków, cynamonu i imbiru. Jest boska i nie pojmuję, jak można jej nie lubić?:)

201.2017

20/07 - długi dzień. W pracy miły akcent w postaci słów szefa - pewnie po
           tym jednodniowym urlopie :) - że beze mnie jest pusto i że na mnie można
           polegać ! (to akurat w kontekście). Oby, oby :)
           Chwila w br1. Nie wiedziałam czego się spodziewać po awanturze sprzed
           tygodnia, więc byłam zaskoczona, że jest po prostu miło !

          Goście pojechali do W., byli na moim ukochanym cyplu z brzózkami.
          Zatęskniłam tam bardzo. Układam w sobie zmiany jakie zaszły, ale widzę,
          że jest trudniej, niż przypuszczałam. Zanim wrócili przebiegłam 1/10x4,
          wcześniej niż zazwyczaj o 5 godz., w duszne popołudnie... Było trudniej, niż
          zwykle. Plus, że jednak przeczłapałam :)

          Wieczorem pojechaliśmy do kręgielni. Podchodziłam do tego pomysłu
          z rezerwą i obawą. Tymczasem samo miejsce jest sympatyczne, a rzucanie
          kulami i coś w rodzaju lightowej rywalizacji okazały się bardzo przyjemnym
          doznaniem !!! :)

czwartek, 20 lipca 2017

200.2017

19/07 - jako, że moi goście mają narodowe zacięcie zaproponowałam im
           zwiedzanie ekspozycji w powstającym Muzeum. Na miejscu okazało się,
           że przyjechaliśmy w dniu uruchomienia przebudowy. Wystawę przewieziono
           poprzedniego dnia. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, gdy dyrektor placówki
           (muszę przyznać, że mój znajomy, ale nie wiedziałam, że aż tak :)
           oprowadził nas po wszystkich budynkach, barwnie i z pasją opowiadając
           historię więziennych murów oraz wydarzenia z lat 1939-1956, w tym omówił
           3 istniejące już, sugestywne murale.
           Gdy pozostają fakty, nie używane przedmiotowo i politycznie dla doraźnych,
           partykularnych  interesów, wrażenia są piorunujące. Być może nie jest to takie
           zero-jedynkowe, jak mi się do tej pory wydawało. Nie wiem, mam zbyt głęboko
           na dziś wryte przekonanie, że to byli bandyci.
         
           Po spacerze nad Narwią miałam wizytę u dentystki. Uparłam się na znieczulenie,
           które nie zaczęło nawet działać, borowanie trwało 30 sekund, za to później przez
           2 godziny mówiłam jakbym miała w ustach kluchy.

           A wieczorem oglądałyśmy z K. "Most nad Sundem", pojechałyśmy po sushi
           i jeszcze zrobiłam pizzę... Mój żołądek przybrał kształt znaku zapytania :/

199.2017

18/07 - goście planowani na piątek zjawili się we wtorek wieczorem.
            Upiekłam warzywa, ziemniaki i karkówkę. Zrobiłam tartę z gruszkami
            i sos z granatu, który staje się moim tegorocznym faworytem :)
            Zdążyłam wypróbować smycz do biegania i jestem przeszczęśliwa !
            Sonia bardzo ładnie spaceruję, gdy ja człapię, bo stwierdzenie, że ONA biegnie
            byłoby nadużyciem :)) a mnie jest o jakieś 20% lżej !!! :))
         
            Przez te wydarzenia i zajęcia widziałam tylko migawkę zajść w sejmie.
            Do czego ci wybrańcy narodu nas doprowadzą ? Nie mieści mi się w głowie
            ten brak odpowiedzialności, ta zabawa pociskami nad ogniskiem.
            Słowa Gomułki odżywają: staliśmy nad przepaścią, ale udało nam się zrobić
            krok do przodu. Upiorny chichot historii o obłudnej twarzy Piotrowicza...

200/365

Dzień z "Sun" Jil Sander, to niestety już ostatnia z zamówionych próbek. A zapach... dziwny. Kremowy, ciepły, sugestywny. Dokładnie oddaje ten efekt skóry rozgrzanej opalaniem, skóry latem. Słodki ale nie tą słodyczą gourmand tak dominującą we współczesnych zapachach, to raczej słodycz drzewna, kwiatowa, oleista, taka lipowa. I w tej słodyczy nie ma nic męczącego, przytłaczającego. Wydaje się, że na upały idealne byłyby zapachy z wodną, świeżą, lekką nutą. A tu słodki, kadzidlany sprawdził się idealnie - przywołał plażę, lenistwo, urlopowy nastrój. Chcę! Chcę bardzo!

W domu kolejna przymiarka do słuchania "Morfiny". Nie mam przekonania. Więc być może fakt, że porzuciłam lekturę po kilkudziesięciu stronach nie wynika z mojego zmęczenia czytaniem ale z braku kompatybilności z tą akurat opowieścią?

Wieczorem, razem z mamą i G. pojechaliśmy na protest. Przyszła też J., nie wiem, jak udało nam się znaleźć w tym tłumie. Stanowiłyśmy idealną parę - ja z czerwoną, J. z białą świecą:) Ale było mi smutno, chwilę wcześniej rozmawiałam z pewną panią, która spytała "a czy nam od tego w portfelu przybędzie?". Ech... więc chodzi o to, aby śląska na grill była tania i piwo nie przedrażało sprawy?
Dwa obrazki z Poznania. Jednak krzepiące:)

środa, 19 lipca 2017

199/365

Shiro... obłędny zapach. Jestem w nich absolutnie zakochana, w tej przyskórnej, subtelnej nucie, która lekka a przez to taka tylko dla mnie. Obiecuję sobie, że to będzie kolejny mój zapach. I myślę, jak będzie brzmiał jesienią i zimą, jak osiądzie na golfie, na apaszce.  

Po pracy usnęłam na moim balkonowym szezlongu. Gdzieś obok niedopita filiżanka kawy, kot mruczący, Maciej Stuhr czytający "Morfinę", zapach ziemi unoszący się znad chwilę wcześniej podlanej trawy. Takie błogie, lipcowe lenistwo, rozkosz dla zmysłów, wytchnienie dla myśli, ukojenie dla emocji.

Wieczorem pojechaliśmy na Plac Wolności, wziąć udział w milczącym proteście podczas "Łańcucha światła" w obronie niezawisłości sądów. Było sporo ludzi, dużo starszych. Wzruszyła mnie starsza pani z białą różą, która podczas śpiewania hymnu wyciągnęła w górę rękę trzymającą Konstytucję. I samo śpiewanie hymnu, ciche, stonowane, tak dalekie od tego stadionowego huczenia. I te kilka minut milczenia ze świecami/latarkami/lampkami w dłoniach...

wtorek, 18 lipca 2017

198/365

W ramach dzieła upiększania naszego tarasu wjechałam do Pepco i kupiłam dwa lekkie kocyki polarowe (w cenie ok 9 pln/szt), które pięknie wyglądają nałożone na bujany fotel i wiklinową leżankę. Kocyki są w kolorowe paski i idealnie rozjaśniają ten smutnawy zakątek. A mnie ostatnio bardzo, bardzo potrzeba pstrokacizny:) Bardzo spodobało mi się życie tarasowe więc do zmroku siedzieliśmy, śmialiśmy się i piliśmy białe wino. 
A przed snem obejrzałam dwa odcinki RuPaul’s Drag Race i na jednym popłakałam się ze wzruszenia. Niby lekki, rozrywkowy program a jednak sporo o akceptacji, zmaganiu się z odrzuceniem, o zgodzie na bycie sobą, o doznanych krzywdach.

[testowany był Lalique L'Amour. taki dziewczątkowaty zapach, lekki, uloty, słodki i mało inwazyjny. dwadzieścia pięć lat temu byłoby wielkie zauroczenia. ale już nie jestem dziewczątkiem.]

198.2017

17/07 - dwa punkty dnia :)
           Kurier przywiózł przesyłkę ze smyczą do biegania. Zobaczymy
           jak obie z Sonią się odnajdziemy w takim układzie :)

           Na prośbę syna nr2 zrobiłam ponownie tartę z gruszkami.
           Tym razem 60 ml wody w kruchym zastąpiłam 2 żółtkami,
           przez co to ciasto naprawdę zyskało i zbliżył się do obłędnego
           ideału :)) Spód stał się delikatny i kruchy, a nie twardy jak podeszwa.
           Gratuluję sobie i polecam :)))

poniedziałek, 17 lipca 2017

197/365

Pobudka już przed siódmą. Wstawiłam chleby do pieca, żeby pół godziny później upajać się cudownym zapachem niedzielnego poranka. L. zawiózł jeden bochenek do pana A., wrócił z czekoladą - deserową nadziewaną musem pomarańczowym. Nijak to nie brzmi, za to jak smakuje! Do śniadania wypiłam herbatę z balkonowej mięty. Na obiad zrobiłam zapiekankę makaronową z warzywami. Położyłam się na leżance i wysłuchałam do końca "Simony". Bardzo mnie zaskoczyło, że na miejsce spoczynku wybrała maleńkie Poryte zamiast Białowieży, a stypa odbyła się w Nowogrodzie (czy mam rację sądząc, że tam jest tylko jedne, jedyne miejsce stosowne na taką uroczystość?:)) I znów poczułam ogromną tęsknotę za wyprawą na wschód...
Na ból głowy, który od rana nie odpuszczał wzięłam solpadeinę. I przespałam się na leżance, pod kocem, pod zachmurzonym niebem. Wciąż myślałam o badaniach Simony, o tym że muszę, chcę odszukać te jej radiowe gawędy. Anna Kamińska napisała biografię doskonałą - bez epatowania sensacją, intymnością, mocno skupiając się na dziele, spuściźnie pozostałej po bohaterce. A ta spuścizna, obserwacje, wnioski bardzo wiele dają do myślenia.

I kupiłam "Króla" Szczepana Twardocha w interpretacji Macieja Stuhra. Słucha się niesamowicie!

196/365


Rano pojechaliśmy na rynek. Standardowe sobotnie, letnie zakupy. I po kwiaty, żeby jakoś ożywić tan nasz smutny taras. Jednak kupując kwiaty czuję się jak dziecko we mgle. Nie wiem, czy kupuję dobre, ładne, czy jeszcze będę długo kwitnąć, itp. Posadziłam, ustawiłam, powiesiłam. No jest ładniej ale nadal jakoś tak mizernie. Za to obiad czyli makaron z kurkami i bobem - wyśmienity. Wyrobiłam jeszcze ciasto na dwa chleby, zrobiłam jogurtowiec z porzeczkami i galaretką - a to wszystko z koszmarnym bólem głowy, na który tabletka dość słabo zadziałała. I wieczorem, po rozwieszeniu prania, po ogarnięciu ogrodu padłam ze zmęczenia.




195/365

Dziś testuję ten zapach: D&G Anthology L'Imperatrice 3 - znaczy "Cesarzowa". Nazwa sugeruje jakieś monumentalne, przyciężkie kadzidło, kurz i naftalinę. I pewnie dlatego długo nawet nie zwracałam uwagi na oferty sprzedaży odlewek, bojąc się że mnie udusi ta "cesarzowa". Tymczasem to zapach lekki, letni, zwiewny i radosny. Taki beztroski, rozwiany, potargany i apetyczny. Czuję tę kwaśną nutę rabarbaru i kiwi, rześki, rezolutny sorbet. Polubimy się chociaż czuję niedosyt pazura, charakteru, jakiejś pałacowej intrygi;)

Wieczorem pojechaliśmy nad Wartę. Pospacerować, posiedzieć przy zachodzącym słońcu. A później do bistro na piadinę (i pod stołem popijany cydr), pogaduchy i śmiechy z M. Do domu zlądowaliśmy po północy. Jednak miasto w letnią, lipcową noc, ludzie na ulicach, daje ogromnego kopa energetycznego. Czułam się autentycznie szczęśliwa, odprężona, zadowolona z życia. I z siebie. Kiedy porównuję swój stan ducha z tym koszmarnym, marcowym stanem - to nie poznaję siebie.



niedziela, 16 lipca 2017

197.2017

16/07 - pożegnałyśmy się rano z Il i było po wizycie...
           Cały dzień minął mi na snuciu się między kuchnią a telewizorem.
           Obejrzałam do końca pierwszy sezon "Mostu..." i chcę więcej !
           Polubiłam Sagę, ciekawa jestem co dalej, chociaż finał trochę mnie
           zawiódł.
          W międzyczasie na kawę przyjechała Ir (chyba mam najwięcej
          koleżanek, których imiona zaczynają się na literę I :))

          A wieczorem pierwszy raz 1/10x4 :) Biegnę troszkę szybciej i teraz
          czuję, że dałam sobie w kość :)

196.2017

15/07 - wstałyśmy o 6 rano i gadałyśmy przez 3 godz, przez co Il spóźniła się
            na prowadzone przez nią warsztaty ! Gdy pojechała obejrzałam jeden
            dwugodzinny odcinek "Mostu...", pojechałam po zakupy i wpadłam do
            rodziców. Po powrocie do domu upiekłam tartę z gruszkami, przy czym
            owoce zalałam sokiem z cytryny wymieszanym z cynamonem i imbirem.
            Nie wiem, czy obłędna to trafne określenie :) ale na pewno smaczna,
            ciasto maślane a masa jedwabista.
            Il wróciła po 18 tak zmęczona, że położyła się odpocząć. Założyłam
            słuchawki, obejrzałam kolejny odcinek i zasnęłam ! :)

sobota, 15 lipca 2017

195.2017

14/07 - rano powkładałam do miski wszystkie składniki na ciasto drożdżowe
           z przepisu eM. :) Czas w pracy na szczęście przeleciał, bo skupiona byłam
           głównie na tym co po :) A po - wymieszałam ciasto, obłożyłam borówkami
           i morelami, posypałam kruszonką i upiekłam. No spektakularne nie wyszło :))
           Nie wiem, martwić się czy cieszyć, ale wybieram opcję z radością, bo jeszcze
           zaczęłabym je robić co tydzień. W smaku super, tyle, że rozlałam je na
           największej blaszce, więc wyszło płaskie. Obawiałam się zwęglonego spodu,
           jeśli wzięłabym mniejszą formę. A i tak dół przy- środek NIE do - piekłam. Ech :/
           Tak czy siak, marzę o piekarniku z termoobiegiem...



            A jeszcze rano, w drodze do pracy pan Mann na życzenie pana Piotra,
            - choć wiadomo, że to nie koncert życzeń :) - puścił "Tennessee Whiskey".
            Ścisnęło mnie w gardle i miałam łzy w oczach. Pan P. dedykował ten utwór
            siostrze w dniu ślubu wraz z prostymi życzeniami szczęścia. Zresztą... pisząc
            te słowa znowu jestem wzruszona :) Poza tym tak dobrze słucha mi się pana
            Manna, że poczułam jakby część tych życzeń skapnęła na mnie :) do tego stopnia,
            że pojawiła się przemożna potrzeba poinformowania pana Manna o swoim stanie :)
            (za to Czarnoksiążnik gada tak beznamiętnie, tak do bólu smęci,
             że proponowanym książkom robi bardziej antyreklamę, niż cokolwiek innego.
             Nie jestem w stanie zapamiętać ani autora, ani tytułu, nie mówiąc już o tym,
             że żadne pragnienie posiadanie nie zostaje nawet trącone...)

             Przyjechała Il. To był wieczór spędzony na dobrej rozmowie, przy
             naprawdę smacznym - przyznaję nieskromnie :) - jedzeniu.
             A sos z granatu do pieczonych warzyw jest O B Ł Ę D N Y :)
       

piątek, 14 lipca 2017

194.2017

13/07 - dużo drobnych spraw wybijających z równowagi. Trudnych,
           irytujących ale też i dobrych... tyle, że zmiana tak na mnie działa.

           Trochę posprzątałam górę i dół, przygotowałam sypialnię, zrobiłam
           pranie. Ugotowałam cytrynowe pęczotto i sos z granatów  na piątek.

           Wieczorem bieg 1/9 x 4, przy czym najprzyjemniejsze było ostatnie
           powtórzenie. Ponieważ trasa robi się coraz dłuższa chyba zacznę
           w  końcu używać endomonto.

194/365

Milion załatwionych spraw. Kilkanaście stron książki. Wieczorem podjechaliśmy umieścić kilkanaście książek w regale bookcrossingowym. A skoro blisko jest Kolorowa - to wiadomo - trzeba wstąpić na lody. Spróbowałam nowego smaku - śliwkowego z winem. I naprawdę smakowały domowym winem śliwkowym! Zrobiliśmy jeszcze spacer po centru, natknęliśmy się na otwartą drogerię Hebe. A tam... promocje, promocje, promocje! Kupiłam trzy litrowe maski do włosów Kallosa (każda za 9 pln) i kosmetyk do olejowania włosów w rewelacyjnej cenie 15 pln (w skład wchodzi 7 olejków, żadnych innych substancji - więc taki skład za taką cenę to wręcz niewiarygodna okazja). 

[Wczoraj testowałam Eau des Merveilles (tak, bardzo uparłam się poznać te legendarne zapachy Hermesa i podzielić zachwyt całego świata;P). Nie bardzo jest o czym pisać, bo nawet w chwili aplikacji nic nie czułam. Zapach uleciał tak szybko, jakbym rozpyliła wodę:) Hmm. Chyba nie jest mi po drodze z tymi Hermesami:/]

czwartek, 13 lipca 2017

193/365

Przypływ gotówki - tak, to zawsze cieszy. I daje taki spokój, kiedy można rozliczyć się z pracownikami. Pan listonosz dostarczył kolejną kopertę z próbkami/odlewkami perfum zakupionymi na grupie, w tym całkiem spora odlewka Shiro. Do snu kolejne kilkanaście stron książki. I lekki szum w głowie po wypiciu połowy niewielkiego kieliszka wina - tak bardzo ekonomiczna jestem...

Na Instagramie przyglądam się jednemu profilowi. Czytam podpisy pod zdjęciami, oglądam kadry. I zastanawiam się, czy to możliwe, że rozpoznaję autora? Jak poznaję? Po kilkunastu słowach? Po bardzo specyficznej frazie? Czy to naprawdę możliwe...? Czy istnieją aż takie zbiegi okoliczności?
Tak bardzo, bardzo naturalnie wiem, po którą sięgnąć płytę. Oczywistość. To naprawdę wspomnienia, które lubię, które wciąż mnie potrafią uśmiechnąć i rozczulić.


193.2017

12/07 - albo PG ustaliła taki termin, albo syn nr2 dopiero się zorientował.
           W każdym razie okazało się, że musi jechać do G., żeby złożyć
            dokumenty, ponieważ nie liczy się data stempla pocztowego, a fakt
            złożenia kompletu do 14/07. W tempie ekspresowym kupiłam mu
            bilet autobusowy i o 22 wyjechał na wybrzeże. Słabo mi było na
            dworcu, a jeszcze gorzej w domu. Smuto i samotnie, a to dopiero
            przedsmak tego, co mnie czeka. Na kategorię happy zasługuje całkiem
            dobra organizacja tego spontanicznego zdarzenia :) które niejako
            przyćmiło radość z przesyłki. (A stanik jest uroczy, bardzo zwiewny
            i delikatny !)

            Wieczorem zasnęłam przy pierwszym odcinku serialu, który
            zapowiada się  atrakcyjnie ! :) jeśli można tak określić film o morderstwie.

środa, 12 lipca 2017

192/365

Osiem godzin w biurze - sama z J. - a za oknem deszcz, wiatr i grzmoty. Miałam wrażenie, że usnę a jednak udało się jakoś przetrwać, sporo zrobić. W domu słuchałam "Simony"; jestem pełna podziwu dla takiego trybu życia, dla mnie niewyobrażalnym jest zmienić miejski dom z wygodami na puszczę, odludzie gdzie nawet sam diabeł rzadko zagląda aby powiedzieć "dobranoc". I to otoczenie zwierząt, ich wszędobylskość, wszechobecność. Wieczorem sporo przeczytanych stron "Willi Misteriów", jestem dopiero w połowie a już chciałabym poznać rozwiązanie zagadki.
I jeszcze do snu delikatnie rozpyliłam - a jakże! - Elixir des Merveilles. Cóż... wydał mi się zupełnie inny niż podczas ostatnich testów: czułam pomarańcze, karmel, bursztyn. Z ciężkiego, dusznego aromatu powoli uwalniały się lekkie, cierpkie nuty. Taka metamorfoza! A żeby było śmieszniej, żeby było mniej oczywiste - rano (czyli dziś) znów go użyłam. I czuję tylko duszące i męczące, gdzie ten urok, czar, intryga którą czułam wieczorem? Nie wiem... może on współgra akurat z chłodnymi wieczorami? No po prostu... eliksir cudów!;)

wtorek, 11 lipca 2017

192.2017

11/07 - kolejny dzień w pracy, kiedy nie wiem za co się łapać.
           Jeden z byłych pracowników doprowadził mnie do takiej wściekłości,
           że myślałam, że popłaczę się ze złości. 
           
           Wieczorem bieg 1/9x4. Jest naprawdę ciężko, człapię okropnie,
           trzecie powtórzenie z wrażeniem bycia na granicy kolki, za to przy
           czwartym przypływ sił !? :) Towarzyszył mi syn nr2, co robi mojej
           głowie dobrze :) Poza tym uczucie lekkości nóg wieczorem warte jest
           takiego wysiłku.

          Przed snem na chybił-trafił wybrałam komedię romantyczną. Fajny,
          lekki film. Myślę, że gdyby pozostała dźwiękowo wersja oryginalna,
          a nie dubbing, to wiele by zyskał. Fabuła sztampowa, ale dla mnie
          powiało "Arabellą" i "Masz wiadomość" w jednym :)


191.2017

10/07 - po pracy umówiłam się z I., koleżanką z lat szkolnych.
           Przespacerowałyśmy 3 godziny, odwiedzając po drodze
           dwie kawiarnie. Dowiedziałam się, że w jej mieście (okolice
           Krakowa) strajkowało ponad 80% szkół w ramach protestu
           przeciw reformie oświaty, co totalnie mijało się z przekazem
           telewizji narodowej...

           Wieczorem obejrzałam film. Widocznie już do niego dojrzałam.
           Pierwszy raz Marian Dziędziel wydał mi się ciepłym człowiekiem :)
           a sama historia trochę jak jedna z wersji tej samej opowieści
           o odchodzeniu, pokazana bardzo prawdziwie, ale - za co jestem
           wdzięczna twórcom - nie drastycznie. No bo tak to dla mnie w życiu
           też wygląda: tragikomicznie.

poniedziałek, 10 lipca 2017

191/365

Pojechaliśmy z G. na diagnozę (7 sierpnia kolejna - podobno już krótsza - wizyta, opinia na początku września). Nie przypuszczałam, że zajmie to cztery godziny! Byłam zmęczona siedzeniem na korytarzu, bezsensownym czekaniem, głodna. W nagrodę podeszliśmy kilka metrów do Krasza:)
W domu położyłam się na chwilę. Po przebudzeniu odkryłam, że dowcipne dziecko położyło mi na głowie pocztówkę wyjętą ze skrzynki. Pocztówkę z Bristolu! Tak, dopiero wczoraj dotarła - nie że byłam chamidłem, które wcześniej nie podziękowało;) Ach! Rzeczywiście na pocztówce widoczki z miasta wyglądają przepięknie.
Z próbek testowałam wczoraj Narciso Poudree. Obłęd! Znam ten zapach z blotterka, ale na skórze, ubraniu, włosach jest taki bardzo mój. Trochę duszny, ciepły, pudrowy, luksusowy a przy tym lekki. Jednak gdybym miała kupić, wybrałabym klasyczne Narciso. Jest cięższe ale bardziej pazurzaste, futrzaste, charakterne. Rano włosy nadal nimi pachniały...

190/365

Rano czytałam w łóżku. Już zapomniałam jaka to przyjemność odsunąć rolety, wpuścić słońce, leżeć na miękkiej poduszce, pić poranną kawę i czytać. Uwielbiam takie poranki! A później zrobiłam desernik jogurtowy z porzeczkami i galaretką, obiad, pranie. Posadziłam sadzonki ziół, nie spodziewałam się, że po wyjęciu z folii będą aż tak wielki i bujne! Przygotowałam miejsce w donicach na jakieś ładne kwiaty. I słuchałam "Simony", jestem już za połową. Wydawało mi się, że przyjście na świat w takiej rodzinie to bycie uprzywilejowanym, nic bardziej mylnego - to brzemię, ciężar oczekiwań od których niełatwo się uwolnić. Ale książka to piękna biografia osoby upartej, odważnej w spełnianiu marzeń, pełnej pasji i determinacji. Wieczorem pochylam się nad starymi zdjęciami, w myślach przywołuję te moje marzenia, plany na życie. I tym bardziej podziwiam Simonę Kossak bo wiem, jak łatwo to stracić, popłynąć z prądem zamiast zawalczyć o swoje.

189/365

Dzień zaczął się pięknie - dziecko przyniosło mi do łóżka czekoladę zakupioną za swoje kieszonkowe (acz muszę nadmienić, że kilka godzin później samo tę czekoladę zjadło, co było powodem srogiej awantury - nie, nie dlatego, że zjadł. dlatego, że nie miałam pojęcia, czy tyle cukru/kakao zwyczajnie mu nie zaszkodzi. oraz za kłamstwo, że nie wie, co się z nią stało, za próbę zwalenia winy na Zaspę... o matko:/). Pojechałam na rynek kupić owoce, warzywa i sadzonki ziół. Dostałam od pana gratis jedną sadzonkę bazylii. Oraz cięte różyczki. Przed tymi różami bardzo się broniłam, jakoś tak głupio było mi przyjąć za darmo to, na czym pan (jak sądzę raczej mało zamożny) zarabia. Ale rozwalił mnie argument pana: Coś pani taka wstydliwa? Wazonu w domu nie masz?:)))
W domu posprzątaliśmy garaż i piwnicę. Dokumentnie. Bardzo stare książki wywieźliśmy do stojących w centrum regałów bookcrossingowych. Jakoś tak miło mi, że może w ten sposób te harlequiny, ludlumy, klasyka czy inne tygrysy znajdą nowych właścicieli. Przy okazji znalazłam dużo moich starych zdjęć. Przy części łza w oku bo jako siedemnastolatka byłam śliczna (nawet w kostiumie kąpielowym!), przy innych oczy szeroko otwarte z niedowierzania bo jako dwudziestolatka byłam niewiarygodnie brzydka, chuda i naprawdę wyglądałam jak ofiara anoreksji. 

Z testowanych próbek - Shiro. Zapach w moim odbiorze tak obłędny, że chyba poświęcę mu osobną notkę na moim starym, zakurzonym, zapomnianym blogu:)

niedziela, 9 lipca 2017

190.2017

09/07 - na obiad znowu pizza ! Wspaniałe jest to ciasto, a dla mnie wciąż
           niewiarygodny jest fakt, że mi wychodzi :))
         
            Obejrzeliśmy z synem nr1 "Okję", rzeczywiście jest jedna scena,
            na której rozpłakałam się głośno, tak była wymowna i okropna.

            Po czwartkowym treningu bardzo obawiałam się dzisiejszego
            biegania, szczególnie, ze jedno powtórzenie to już 9 minut.
            Tym razem ubrałam się lżej, zostawiłam psa w domu, za to D.
            jechał obok mnie na rowerze. Wypróbowaliśmy inną trasę
            i było super. Na razie nie jestem gotowa biegać sama. Racjonalnie
            wszystko już sobie przetłumaczyłam ale gdy dochodzą do głosu
            emocje i ogarnia mnie panika, to rozsypuję się jak 5-latka.

189.2017

08/07 - sobota rozpoczęta spokojnie i leniwie była początkiem cudownego
            dnia, który potwierdził, że moje dzieci i pieniądze dają mi pełnię
            szczęścia :)))
            Spotkaliśmy się z D. i pojechaliśmy Nikko sushi, gdzie ku naszemu
            zaskoczeniu (i radości) podano nam zestaw nr 8 na takim oto statku :)


           Później kupiłam sobie wymarzony zestaw Veet :) i lakier nr7.
           Zrobiliśmy zakupy dla moich rodziców. W biedrze kupiłam lilie,
           które po powrocie do domu przesadziłam do gruntu czując, że zrobiłam
           niezły interes :)) 3 cebulki za 7,99, podczas gdy wiosną jedna kosztuje 4-5 zł.
       

           A wieczorem razem z synem nr2 obejrzeliśmy filmy polecane przez syna nr1.
          Pierwszy - początkowo, zważywszy na tematykę -  zastanawiałam się o czym
          on jest i do kogo kierowany. Czy mam się bać przyszłości, w której religia i pary
          homoseksualne zdominują świat ? Czy film  jest za, czy przeciw.  Od połowy nie
          miałam wątpliwości. A finał jest po prostu szokujący. Taki mniejszy kaliber
          "Requiem dla snu", co uznaję za komplement dla twórców "Love...".
          By nie konfrontować się z niepokojem (czy przerażeniem), który pozostawia
          po sobie ten film włączyłam kolejny. I to była dobra decyzja :) Może nie lekka,
          ale z pewnością lżejsza i zabawna historia wyczynów pewnego księdza na
          chorwackiej wyspie znacząco poprawiła nam nastrój. Poza tą łyżką dziegciu
          na końcu. W pamięci pozostaje pociągająca wyspa na Adriatyku i spójna z obrazem
          muzyka Kusturicy.



188.2017

07/07 -  Piątek zakończył bardzo pracowity tydzień. Delegacje, płace, pismo
            do pracownika. Ludzie pokazują mi jak bardzo ograniczoną mam wyobraźnię,
            że nie ma czegoś takiego jak granica bezczelności i cwaniactwa.
            Z radością wyszłam z pracy.
           
            Wieczorem przyjechał syn nr1. I w tej sytuacji nic więcej do szczęścia
            nie jest mi potrzebne.

sobota, 8 lipca 2017

187.2017

06/07 - od dziewiątej sekundy tej piosenki wiedziałam, że to miłość :)


       
            Z pracy wyjechałam dwie godziny później niż zwykle.
            Wracając zatrzymałam się przy straganie z kwiatami :)
            Miałam kupić mamie 3 begonie. Skończyło się na 5 begoniach, 3 rozwarach,
            2 lawendach i 1 bakopie. Ehmy :)

            A o samotnym biegu 1/8x4 lepiej nie wspominać. Maskara, dramat i rozpacz :/

188/365


Policzyłam bardzo skrupulatnie urlopy pozostałe pracownikom. Policzyłam nawet 2016 rok. Wyszło mi kompletnie inaczej niż księgowemu. Hmmm... Za to bardzo mnie cieszy zaprowadzony porządek w segregatorze ze sprawami pracowniczymi.
Na poczcie odebrałam zamówione próbki perfum. Tyle szczęścia! Testowanie zaczynam od Elixir des Merveilles Hermesa. Zachwyciły mnie opisy użytkowników, zaintrygowały nuty zapachowe. Mam wrażenie, ze dostałam zepsuta, zleżała próbkę bo to co czuje (jakas dziwna, słodka substancja, jakby leżała latami w oknie wystawowym kiosku Ruchu) nijak ma sie do tej pomarańczy, karmelu, żywicy której się spodziewałam! Przed snem aplikuje na szyje Le Parfum Lalique. Na początku jest cieżko i słodko, ale rano... ten cudowny zapachowy ślad na poduszce, wyobrażam sobie jak pięknie musi wybrzmiewać otulając szalem, golfem, swetrem w zimowe, mroźne poranki...

187/365

Dzień w pracowni. Z wiertarką, z takerem, taśmami tapicerskimi. Z ulgą witam przelew za "stolarskie" zlecenie, przy którym bardzo dużo zrobiłam. 
Przed snem czytam kilkanaście stron "Willi Misteriów" Davida Hewsona, znów pod wrażeniem kunsztownego oddania klimatu opisywanych miejsc. Niby kryminał ale każdy tego autora sprawia, ze chcę odwiedzić opisywane miasta - Amsterdam, Wenecje, Rzym...

I pewnie dlatego śni mi sie ognisty romans w rzymskiej scenerii, ha!:)

czwartek, 6 lipca 2017

186/365

Kupiłam maliny i wuchtę warzyw na wildeckim rynku. W pracy opanowała mnie taka senność, że potrafiłam nic zrobić. Ziewałam, ziewałam... zebrałam się i pojechałam do ulubionej małej cukierni po ciastko. Były jagodzianki! Oczywiście kiedy wróciłam do firmy kompletnie zapomniałam o ciastku:) Przeziewałam te godziny, a kiedy wróciłam do domu z ulgą padłam na łóżko i spałam ponad dwie godziny. Wieczorem przypomniałam sobie o jagodziance. Nie spodziewałam się, że będzie tak wspaniała!
Z radością powitałam informację, że w audiotece dostępna jest "Simona" Anny Kamińskiej, książka którą od dawna mam na "chciejliście". Włączyłam bezpłatny fragment i... trochę nie pasuje mi lektorka (Kinga Preis), co mnie zadziwia bo jako aktorkę ją uwielbiam. Tu czyta jakoś niepewnie, dziwnie. Ale chyba dam szansę:)

środa, 5 lipca 2017

186.2017

05/07 - skończyłam mc w br1. Czuję się wyczerpana :/ Sama praca jest
            ciekawa, lubię ją, tylko dużo tego wszystkiego. Ale to i tak
            najmocniejszy punkt dnia. Trochę jak wyjście na wolność :))
         
            Syn nr2 kupił truskawki - te dobre. Po południu pojechaliśmy
            do Tesco, wpadliśmy do rodziców, zrobiłam zakupy.
            Wieczorem spacer z psem. Aha ! I dałam sąsiadce 10 zł na
            zeszytową zbiórkę na - jak określiła - marmury w kościele :)
         
            Kroiłam truskawki na kolację, a w Trójce taka spójna ze mną
            muzycznie (bo tekstowo nie wiem) piosenka :)

185/365

Oczywiście znów nie udało mi się wstać tak wcześnie jak chciałam. Do pracy poszłam więc we wczoraj umytych włosach. I o dziwo! Nawet nie musiałam ich jakoś spinać bo wyglądały bardzo dobrze. Włożyłam ulubione dopasowane dżinsy, botki zamszowe, lnianą koszulę - i cóż - zachwyciłam się odbiciem w lustrze, mimo że bardzo zwyczajny to strój i wygląd. Zwyczajny ale taki mój. Matko, jakie to próżne! i jak bardzo mi potrzebne;)
W pracy pół dnia w pracowni, z wkrętarką w dłoni, bardzo to lubię. A w skrzynce list dobry i ciepły. Na obiad moja ukochana zupa z letnich warzyw. I  jeszcze sześćdziesiąt stron książki do poduszki.

184/365

Nienawidzę wstawania na dźwięk budzika. I nawet nie działa fakt, że włączam kilka drzemek i wstaję niemal godzinę później niż powinnam. W pracy telefon, że jednak zwolniło się miejsce na półkoloniach i możemy G. przywieźć nawet zaraz. Pędzę uradowana do domu a tam... ryk, bo G. już się nastawił, że ten tydzień będzie w domu. Na nic tłumaczenia, przekonywania że będzie fajnie, dobrze. Na szczęście G. rozumie, że tak trzeba. A mnie trochę łamie się serce. Ale tylko trochę, bo wiem że odbiorę radosne dziecko.
Na rynku jak zwykle tracę rozum na widok tanich i pięknych czereśni, malin, bobu. Więc na obiad naleśniki z serkiem i malinami - pierwszymi w tym roku.

wtorek, 4 lipca 2017

185.2017

04/07 - praca i br1. Po południu pojechaliśmy z synem nr2 do galerii.
            Dopiero teraz czuję jaka byłam dzielna, gdy kupowaliśmy dla
            niego trochę bielizny z intencją na po wakacjach... Bo teraz to
            chce mi się płakać, że wyjedzie :(
            W biedrze dokupiłam jeszcze 3 miseczki. Uwielbiam je !!!
            Z każdym razem gdy je widzę myślę o eM., bo nie wiem, czy
            przed rokiem sama bym je wypatrzyła :)


         
            Dziś 1/8x4 już trochę naprawdę biegłam ! Aaaaaaaaaaaa !!!! :))))

184.2017

03/07 - do pracy poszłam ubrana na biało :) co kiedyś było nie do pomyślenia.
            Wyszłam poirytowana (bez związku z bielą), bo jest trochę kłopotliwych
            spraw, które mogą zakończyć się kontrolą. No zobaczymy.

            Po pracy nigdzie nie musiałam jechać. W biedrze kupiłam 3 miseczki,
            z "nowej edycji" (5,99)  oraz najlepszą maskę złuszczającą do stóp.



              Po powrocie do domu sfotografowałam ogródek. Powala mnie różnica,
              między zdjęciem z kwietnia a tym lipcowym. Tempo w jakim te rośliny
              wypełniają przestrzeń jest zachwycające :) To nie chodzi o moje ego,
              bo ja je tylko posadziłam, resztę robi natura, która dodaje mi wiary
              w swoją potęgę.



poniedziałek, 3 lipca 2017

183/365

Posprzątałam łazienkę. Ale jak! Przetarłam każdą fugę, każdą uszczelkę, każdy zakątek. Wyrzuciłam dużo kosmetyków, które gdzieś śladowo i ledwie na dnie albo już po terminie. I bardzo mnie zdziwiło, że to wcale nie zajęło jakoś bardzo wiele czasu. Naprawdę chciałabym takim entuzjazmem wykazywać się znacznie częściej, bo jednak kojąco działa widok uładzonego czystego wnętrza.
Obiad nasz letni ulubiony - bób, młode ziemniaki, fasolka z tartą bułką i jajko sadzone.
Wieczorem podjechałam do firmy wydrukować formularze dla US.
I tak skończyła się niedziela...

182/365

W sobotę miałam plan spać aż do powrotu G., czyli do 10. Czy muszę dodawać, że obudziłam się chwilę po 6 i przez pół godziny przewracałam się z boku na bok, że nie mogłam zasnąć? W końcu usnęłam a chwilę później obudzili mnie śmieciarze:)
Przedpołudnie spędziłam w pracowni na pakowaniu tego i owego. A popołudnie spędziłam na robieniu pizzy (którą miał upiec G. ale jakoś nie wykazywał chęci), wieszaniu prania i oddawaniu się prozie życia. Ach, i na przeglądaniu stron o perfumach. Pocieszające, że nie muszę ich kupować, że zadowalam się tylko czytaniem o nich i wyobrażaniem sobie, dopasowywaniem do siebie...
Na deser kupiłam ulubione lody Palermo z Fawora. Oczywiście zapomniałam o nich, co doskonale pokazuje jak lichy jest mój pęd do słodyczy:)

181/365

Okazało się, że ktoś chce kupić coś, co chcemy sprzedać. No, perspektywa przypływu gotówki zawsze cieszy. G. poszedł do kina. Padałam na wieść, że w kinie kubełek popkornu i cola kosztuje 26 pln! Autentycznie nie uwierzyłam i sprawdziłam na paragonie. Nie ogarniam, naprawdę nie ogarniam takiej ceny... 
W ramach hucznego obchodzenia piątku postanowiliśmy zrobić G. niespodziankę i w drodze na nocowanie u babci zabraliśmy go do Krasza. Było wszystko, łącznie z listkami mięty, które są idealnym podkręceniem smaku mięsa, warzyw i sosów.

niedziela, 2 lipca 2017

183.2017

02/07 - obudziłam się z przeświadczeniem, że jest poniedziałek... trochę mi
            ulżyło, że jednak niedziela. Zwlokłam się z łóżka i poczłapałam
            na górę malować sufit w łazience i przekonać się na własnej skórze,
            czy farba nadal będzie odstawać. Inwestycja w dulux (oraz wczorajsze
            zabiegi) przyniosły efekt. Udało mi się pomalować i wyglądał nieźle.
         
            Koło południa uczyłam syna nr2 robić duszoną karkówkę i smażone
            ziemniaki. Dobrze mu idzie, więc uznał, że gotowanie codziennych
            potrwa jest banalnie proste i stracił zainteresowanie tematem.

            Wieczorem D. wyrównał szpachlą kilka zbyt mocno przytartych miejsc.
            Jutro syn nr2 przemaluje sufit jeszcze raz i chyba będzie można uznać
            odnowę łazienki za zakończoną ! Aha... jeszcze sprzątanie :/

            Padł kolejny rekord życia !!! 1/8x4 !!! :D
            (Następnie tygodnie: 1/9x4, 1/10x4, 1/15x3... a dalej nie chcę pamiętać,
            bo tracę rezon :))

sobota, 1 lipca 2017

182.2017

01/07 - wichura w tygodniu połamała gałęzie tulipanowca. Przyjechał D.,
            żeby je powycinać. Wyszlifował też sufit w łazience i pomalował go
            gruntem. Idealny ex-mąż :)
            A mnie tym razem pizza wyszła !!!!!!!!!! :)))



181.2017

30/06 - ostatni dzień czerwca. Niecierpliwie czekałam na wyniki z matury.
           Uprałam spodnie, w których podobno była karteczka z loginem i hasłem
           do konta, na którym od północy można było sprawdzić punkty, więc
           dowiedziałam się dopiero o 11. Nie spodziewałam się, że ogarnie mnie
           taka panika... Do 29 czerwca w ogóle nie denerwowałam się, a tu nagle
           taki boom strachu. Na szczęście wyniki są bardzo dobre, choć nie aż tak,
           żeby załapać się na AGH. Może to i lepiej :) Następny w kolejce Gdańsk.
         

piątek, 30 czerwca 2017

180/365

Coś się kończy. Wczoraj rozmawiałam z P., zaproponował porozumienie stron. W US usiłowałam załatwić złożenie jednego formularza. Oczywiście urząd ulokowany w centrum miasta, w kamienicy, gdzie pomimo wakacji trudno znaleźć miejsce do parkowania. Kiedy w końcu znaleźliśmy, odstaliśmy w kolejce to okazało się, że... to nie ten Urząd:) Pojechaliśmy kilka ulic dalej, znów szukaliśmy miejsce do zaparkowania. Już przy okienku skojarzyłam, że nie wzięłam kopii do potwierdzenia. Zapytałam, czy jest możliwość skopiowania formularza - nie ma, ksero w US jest zepsute. W budynku nie ma też punktu ksero więc musiałam przebiec kilka ulic, żeby wydać 60 groszy na skserowanie dwóch stron. Kiedy wróciłam do okienka pani stwierdziła, że formularz ma złą datę, i jeśli zmienią ją odręcznie, to ona go nie przyjmie. Cóż... Właściwie to jest zabawne, nie wiem czy na pierwszej linii zawsze sadzają takie antypatyczne baby? 
Na obiad naleśniki z serem waniliowym i truskawkami. Wczoraj wybitne:)
Wieczorem obejrzałam film na Netflixie. Poruszający, piękny i okrutny. Płakałam.
A w filmie cudowna piosenka:



czwartek, 29 czerwca 2017

180.2017

29/06 - pobiłam rekord wytrzymałości... Praca, br1, br2.  Wyszłam o 21:20.
           Miałam taki mętlik w głowie ze zmęczenia, że myślałam, że oszaleje.
           Ostatnio gdzieś przeczytałam, że ktoś (nie pamiętam kto) biega, bo to go
           relaksuje. I tak... spróbowałam :) Ostatni cykl 1/7x4 za mną !
           Fizycznie dobiłam się, ale psychicznie chyba faktycznie poczułam odprężenie.

           W drodze z br1 do br2 zatrzymałam się na pasażu i kupiłam truskawki.
           Sprzedawcy już się pakowali, było po 18. Zmęczona (ale i chytra) baba :)
           sprzedała mi owoce z łubianką za 18 zł. Nawet nie chciało mi się myśleć,
           że jakoś drogo (jak na nasze realia) ale jej mąż dodał mi małe opakowanie
           agrestu mówiąc, że to gratis, bo truskawki zmokły podczas ulewy.
           Chytra baba nie była zadowolona, ale mnie się jakoś miło zrobiło,
           zwłaszcza, że na piątek mam w menu sałatkę z agrestem, a wypadło mi to
           z głowy :) I tak, sporo truskawek musiałam wyrzucić, ale te, które zostały
           są ładne i smaczne.

179/365

Rano pomyślałam, że nie mam co liczyć na przychylność losu więc jeśli chcę mieć miły akcent w tym dniu, to muszą sama o niego zadbać. I tak zrobiłam obiad, obiad marzenie... Młode gotowane ziemniaki podane z masłem i koperkiem, bób i fasolka szparagowa polane tartą bułką, surówka z młodej kapusty i jajko sadzone. G. stwierdził, że - za wyjątkiem ziemniaków, których nie lubi (jak można!?) - taki obiad mógłby jeść codziennie. Litościwie pominęłam, że oporządzenie warzyw zajęło mi godzinę, co przekreśla takie plany obiadowe. A ponieważ ziemniaków i bobu ugotowałam duuuużo to z reszty zrobiłam sałatkę z dodatkiem rzodkiewki, pesto i świeżych liści bazylii. 
Właśnie za tą warzywną i owocową obfitością tęskniłam tak bardzo:)

179.2017

28/06 - urlop w br1 przerwany telefonem od B. Zupełnie nieoczekiwanie
           życie zmusiło mnie do tego, by przejechać łącznie 300 km w dużej
           części nieznaną mi trasą. Czy - pomijając dramatyczną bądź co najmniej
           trudną sytuację B.  - doda mi to odwagi do wypuszczania się autem
           w dłuższe trasy ? Nie wiem. Na pewno cieszę się, że tę przetrwałam :)
           W drodze Piotr Kaczkowski puścił - tak jakoś tematycznie...

      

           W nocy straszna burza, ale w domu czułam się tak bezpiecznie, do tego
           byłam tak zmęczona, że jedynie zarejestrowałam ten fakt.

178.2017

27/06 - to był taki dzień, o którym ciężko coś napisać... Może, że
            z ulgą dotarłam do domu i z ulgą nie poszłam do biedry oglądać
            nagrania monitoringu, bo niezależnie od rozstrzygnięcia, tak jak
            się spodziewałam, mama była niezadowolona. Zostaliśmy obdarowani
            wzgardzonymi przez mamę pomidorami i kabanosami, które oddał sklep.
            Była u mnie Ir., pochwaliła kwiaty... ale ja nie miałam nawet siły gadać.
            A wieczorem całkiem znośnie przetruchtałam 1/7x4.

środa, 28 czerwca 2017

178/365

I znów mam problem, co dobrego o tym dniu napisać...
Pojechałam do mojej "ulubionej" instytucji złożyć podpis i dwie pieczątki pod dokumentem. Zrobiło mi się przykro, że tyle starań i dobrej woli właściwie na nic. Na pocieszenie wstąpiłam na rynek i kupiłam piękne, ciemne truskawki. I bób, młody bób. A nawet wędzoną makrelę;)
A skoro byliśmy blisko cukierni serwującej dobre lody - to skusiliśmy się na dwie gałki. Zamówiłam smak gianduja i wiśnia. Jakie było moje zdziwienie, kiedy gianduja w tym wydaniu okazała się... biała. Zapytałam, czy pani nie pomyliła się. Nie, u nich gianduja to cytryna z limonką. Pytam od kiedy skoro to właśnie u nich pierwszy raz spróbowałam smaku gianduja? Pani stwierdziła, że tak ma napisane, jest pierwszy dzień po urlopie i nic nie wie. Uznałam, że nie ma sensu wykłócać się o smak gałki lodów za 2,50. A później oczywiście pożałowałam, bo cytryna z limonką miała dziwny, mydlany posmak. 
Położyłam się o 21. Nie mam pomysłu, jak przywrócić sobie żywotność.

wtorek, 27 czerwca 2017

177/365

Odstawiliśmy G. na półkolonie, minę miał nieszczególną kiedy okazało się, że jest jednym z pierwszych dzieci. Trochę się gryzłam, czy mu się podoba, czy odnalazł się w towarzystwie. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To jednak nie jest przedszkolak tęskniący za mamą i kiedy musi, to potrafi integrować się towarzysko. Wracaliśmy do domu słuchając podekscytowanego dziecka opowiadającego o dniu pełnym wrażeń. Że na warsztatach kulinarnych mielili ziarna na mąkę, a później robili i piekli pizzę, i że to takie proste i fajne. No chyba tak skoro w domu ochoczo zabrał się za obieranie marchewek i tarcie ich na surówkę. Zadzwonił też do babci z zaproszeniem na sobotnią pizzę, którą sam zrobi! Jaki kamień z serca - byłam pewna, że będzie tam smutny i zagubiony więc ogromna ulga, że podoba mu się i już mam rezerwować termin na następne wakacje;)

177.2017

26/06 - wstałam zmęczona. a to dopiero poniedziałek...
           Dostałam wiadomość, że córka B. urodziła - po ponad dobie akcji
           porodowej. Szczęśliwie wszystko w porządku. Ale poza tym, pomimo
           przepięknych butów - zadebiutowałam na chyba 12-cm wygodnej koturnie -
           zakupu farby do sufitu oraz ubranek niemowlęcych w ramach prezentu,
           to był trudny i ciężki dzień. W pracy dużo przytłaczających spraw,
           przez przeoczenie szefowej niespodziewanie musiałam jechać do br2,
           a w międzyczasie poszukiwałam tatę, który wyszedł na półgodzinny
           spacer... Znalazłam go po 4 godzinach, gdy maszerował dziarsko do domu
           w zupełnie przeciwnym kierunku...

poniedziałek, 26 czerwca 2017

176.2017

25/06 - postanowiłam, że pojedziemy do Ol. do syna nr1. Przyjechaliśmy
           na 16, bo tak dopiero mógł wyjść z pracy. Do tej pory czuję to ściśnięcie
           serca i radość, gdy zobaczyłam jak idzie na przeciwko nas...
           Pojechaliśmy na plażę nad jeziorem Ukiel i muszę przyznać, że to miejsce
           zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie. Teren jest zagospodarowany
           rewelacyjnie, wijąca się promenada odgradza plaże i pomosty od części
           sportowej, boisk, placów zabaw, wyglądających naprawdę fajnie kawiarenek
           i małej gastronomii. Później pojechaliśmy d GH, kupiłam (jak się okazało
           wymarzone i oglądane od tygodni) buty sportowe dla syna nr1 oraz zupełnie
           przez niego nie planowane spodnie :) Zjedliśmy w KFC, ale coś mi Vitalia
           odebrała pro-kurczakowy zapała :)
           Później przeszliśmy przez część Starówki, obeszliśmy Zamek Kapituły 
           Warmińskiej, vis a vis pracuje syn, a potem ... trzeba było wracać do domu.
           Cóż, przynajmniej w takie dni okazuje się, że jesteśmy kochającą się rodziną.
           A serce do tej pory mnie boli, gdy pomyślę, że mój syn, ten wyższy ode mnie
           o głowę chłop poparzył sobie gorącą patelnią palce...

175.2017

24/06 - rano pojechałam po D. ponieważ nie wiedziałam czego spodziewać się
           po powrocie do domu ze strony sąsiadów za moje konfidenctwo.
           Niepotrzebnie.
           Przez cały dzień D. robił oblistwowanie brodzika, przykręcił wentylator
           i zamocował drzwiczki rewizyjne. Zostało pomalować sufit i lifting łazienki
           będzie można uznać za zakończony.
           Zrobiłam pizzę wg przepisu eM. bo syn nr2 spał do 14-tej. Nic z tego !
           Ciasto drożdżowe to nie moja bajka, co potwierdziło się po raz kolejny !!!
           Najpierw było zbyt rzadkie, dodałam drugie tyle mąki, w końcu coś tam
           wyszło, trzymałam to coś w piekarniku o 2 minuty za długo i spód był
           w połowie spalony ! Poddaję się !!! :)
           Wieczorem poszliśmy biegać nowy cykl 1/7x4. Było dość późno (21), chłodno
           i to, co wydawało mi się nieosiągalne i przerażające całkiem spokojnie
           przeczłapałam. Największe zaskoczenie poczułam, gdy położyłam się spać.
           Miałam wrażenie, że moje nogi są lżejsze o jakieś 20 kg !!!


174.2017

23/06 - naprawdę to poczułam, że jest piątek i jak bardzo, ale to bardzo
           cieszę się z tego powodu ! Wyszłam z pracy wcześniej, żeby dowiedzieć
           się jak działa ePue. No dupy nie urywa, bo najważniejszy dla mnie wykaz
           zaświadczeń lekarskich (dawniej L-4) w pełni nie działa.
         
           Byłam z mamą w Obi, później pojechałyśmy po kwiaty. Kupiłam piękną, bladoróżową
           fuksję, różowy rozwar, begonię, dwie miniaturowe petunie, białą pelargonię
           i lobelię. Wobec kwiatów całkowicie puszczają mi hamulce... Powyrywałam
           bratki, żeby w gazonie posadzić nowe rośliny... i płakać mi się chciało, bo część
           miała pąki, wręcz bolało mnie to rwanie.
         
           Wieczorem sytuacja zmusiła mnie do nocowania poza domem, wylądowałam u B.,
           gdzie w wyniku porządkowania jej stanu posiadania (obuwniczego) zostałam
           obdarowana m.in.takimi i takimi cudami :D
         

176/365

Kolejna zmiana pogody, kolejny ból głowy, który usiłowałam wygnać snem. Przespałam pół dnia a głowa nie przestawała boleć. O 17 poddałam się i L. pojechał kupić Solpadeinę. Wypiłam, zasnęłam i obudziłam się już bez bólu. Skończyłam słuchać "Projekt Rosie" i wzięłam się za prasowanie. To jednak nie była moja ulubiona niedziela.
Za to trzy rożki zjedzone w ramach deseru...:)

175/365

Wstałam wcześnie a ponieważ jechałam na badanie lipidogramu i poziomu cukru - nie mogłam zjeść śniadania. Czy muszę dodawać, że jak na złość byłam okrutnie głodna?:)
Badanie wyszło rewelacyjnie, wszystko w normie, cukier niski. Tylko pani laborantka zwróciła uwagę, że mam bardzo delikatne żyły i warto je wzmocnić. W drodze powrotnej z festynu podjechaliśmy jeszcze na lody do Kolorowej. I znów mieliśmy szczęście, bo nie było kolejki. Za to był mój ulubiony smak czyli mascarpone z czarną porzeczką, a jako drugi wzięłam sorbet malinowy z porto:)
W domu ugotowałam zupę jarzynową na młodej włoszczyźnie, z młodymi ziemniakami i kapustą. Bardzo już tęskniłam za tym lekkim smakiem młodych warzyw, niby nic a jak cieszy. A wieczorem poszłam z G. i Zaspą odprowadzić dziecko na nocleg u babci. 

174/365

Plan aby na zakończenie roku założyć sukienkę totalnie nie wypalił. Padało, wiało i zdecydowanie nie była to sukienkowa pogoda. Odprowadziłam G. na uroczystość a sama pognałam do ulubionej cukierenki i kupiłam dwie jeszcze ciepłe drożdżówki z serem, które pożarłam wręcz nieprzyzwoicie. Do popołudniowej kawy kupiłam małe pączki z serowym nadzieniem i babkę truflową z wiśniami.
Na zakończeniu w klasie okazało się, że dostałam dyplom! No to się zdziwiłam, bo mam wrażenie że w tym roku to wyjątkowo niewiele się udzielałam. Wróciłam do pracy, wróciłam  - niestety - z bólem głowy, który mimo przyjęcia tabletki trzymał mnie do późnego popołudnia. 
Wieczorem obejrzałam dwa odcinki "07 zgłoś się", serialu do którego mam wyjątkową słabość. Ale on faktycznie aktorsko, reżyserko i scenariuszowo trzyma poziom.

piątek, 23 czerwca 2017

173/365

Rano w trójce piękna piosenka, możliwe że nigdy wcześniej jej nie słyszałam?


A później... Świecie, ech świecie... takiego afrontu to się nie spodziewałam. Ale przyjęłam do wiadomości, bez dramatu, bez łez chociaż z poczuciem, że znów robię za Hioba.
Na pocieszenie w trójce kolejna piękna piosenka, którą tak dobrze było sobie przypomnieć.


Po pracy jadę z G. na ostatni w tym roku szkolnym, wydłużony trening. Od trenera słyszę, że G. zrobił wielki postęp i ma zadatki na bramkarza, bardzo się odnajduje i przykłada grając na tej pozycji. Ech, no to będziemy brnąć w tę piłkę;)

173.2017

22/06 - dzień wybitnie zakupowy. Zamówiłam Apricot oraz cztery kolorowe shirty
            yyyy :) Widocznie mam wielkie zapotrzebowanie na nasycone barwy.

            Wstępnie skończyłam w br2.
            Syn nr2 zrobił pizzę z przepisu eM. Zostawił mi mały kawałek. Wyszła
            świetna !!! Lekka, chrupiąca ale też miękka :)
  
            W ramach brawo ja pomimo ogromnego, by nie powiedzieć skrajnego
            zmęczenia przeczłapałam 1/6 x 4. Jeśli odzew od Wszechświata -
            uzewnętrzniony przez dziada na rowerze komentującego, że przy takiej
            nadwadze, to powinnam dać sobie spokój - miał być mobilizujący, to:
            Wszechświecie -  nie był !!!

172.2017

21/06 - pierwszy dzień lata, duszny. Kwiaty przed domem kwitną jak szalone.
           W drodze do br2 kupiłam dla mamy znowu truskawkowe truskawki.
           W biurze ogarnęłam 1/3 firm.

           Wieczorem z bólem serca powyrywałam bratki. Biedne już były, zwisały
           przerośnięte i żałosne. W ich miejsce do gazonów posadziłam begonie.
           Rozkwitły pelargonie w skrzynkach i naprawdę jest pięknie przed domem.
       
         

czwartek, 22 czerwca 2017

172/365

I znów pół dnia w pracowni, niewiarygodne jak szybko umyka czas, kiedy robi się coś konstruktywnego. W międzyczasie dwie urzędowe sprawy, które załatwiałam zdalnie. Tak, jestem wielkim fanem wszelkich ePUAPów i innych takich. Ale żeby nie było zbyt prosto jedną z wiadomości musiałam odczytać za pomocą programu służącego do weryfikacji podpisu elektronicznego. Nie brzmi groźnie, póki na rządowych stronach nie trzeba znaleźć takiego programu. A później obsłużyć go bez instrukcji. Wiadomo - intuicyjne to nie jest, więc jestem dumna z faktu, że odczytanie korespondencji z urzędu zajęło mi tylko pół godziny;)

Rano nie wysuszyłam włosów suszarką, do pracy przyszłam z rozwichrzonymi falami. P. zapytał czy byłam u fryzjera zrobić trwałą. Kiedy przywołałam w wyobraźni wizję mnie u fryzjera z wałkami do trwałej nie mogłam przestać się śmiać:)

środa, 21 czerwca 2017

171/365

Przekazałam dokumenty księgowemu. Rozmawiał ze mną jak człowiek, coś poradził, coś zasugerował. A wszystko w duchu wyrozumiało-współczującym. I jeszcze pocieszył mnie stwierdzeniem, że pracownicy moi mają bardzo przyzwoite wypłaty. 
Pół dnia spędziłam w pracowni docinając, zgrzewając, itp. Jednak lubię tę manufakturę, zawsze wracam z przekonaniem, że nareszcie zrobiłam coś wymiernego, konkretnego i pożytecznego. 
Upał mnie chyba bardzo zmęczył bo usnęłam przed 21. Obudziłam się w nocy - już świtało, wpuściłam koty, skubnęłam i zjadłam kilka poziomek. Piękne są takie ciepłe, czerwcowe noce...

171.2017

20/06 - zaczęłam mc w br2 i od samego myślenia o tym, jestem zmęczona.
           Wychodząc zapomniałam parasola, ale na szczęście nie padało. Poza
           tym nic straconego - wkrótce odbiorę.
         
           Po upalnym dniu zdecydowałam się na bieg w spodniach dresowych 2/3,
           których mam z 10 par (z paczek)  i szczerze ich nie znoszę :) niemniej
           okazały się wprawdzie niewyględne, za to wygodne :)

           Po kilku dniach z zalukaj włączyłam tvn24, wytrwałam 2 min newsów
           i przełączyłam na film... Nie jestem w stanie konfrontować się z obecną
           rzeczywistością polityczną.

          Ach ! Znalazłam plus dnia :) Nowe buty do biegania są super :)))

wtorek, 20 czerwca 2017

170.2017

19/06 - upał tropikalny - w moim aucie na pewno. Przez klimatyzator w pracy
            odczuwany na zewnątrz dobitniej. Co prawda padam :) ale nie ma co
            na te gorące 5 dni w roku narzekać :)
         
            Robiłam zakupy w bierze, kasjerka wbiła mnie w podłogę pytaniem
            o zdrowie taty. Nie przyszło mi do głowy, że one kojarzą, że jestem
            córką... A przy ostatniej akcji "2x płacę za jedne zakupy" zrobił
            w sklepie awanturę.

           Po południu podjechałam do G., żeby zrobić depilację nóg woskiem.
           Śmignęła i zrobiła, a sama bujam się z plastrami godzinami...
         
           W domu obejrzałam ostatnie odcinki "Teorii..." a wieczorem
           wraz z synem nr2 zamknęliśmy tygodniowy abonament VIP na
           Zalukaj za 3,99 kinowym hitem. Tzn, zamknął syn, bo ja zasnęłam.

170/365

Włożyłam lnianą, krótką sukienkę kupioną dwa tygodnie temu w Lidlu. Tak, tę która wzbudzała wątpliwości więc zamierzałam ją oddać. Początkowo czułam się w tej krótkości przed kolano trochę nieswojo ale pod koniec dnia uznałam, że ją uwielbiam:)
Odkurzyłam zapomnianą maskę do włosów. Kiedyś robiła mi totalny przyklap a teraz... jest idealna: włosy miękkie, nawilżone, ładnie się układają. Czuję się jak mistrz recyklingu!:)

poniedziałek, 19 czerwca 2017

169/365

W niedzielę jedziemy na obowiązkowy festyn do klubu piłkarskiego więc nie ma długiego spania, niestety. Przymierzam wszystkie moje letnie sukienki i lustro mówi, że tak - mogę je nosić. Więc zakładam tę lat temu kilka kupioną w Zalando, jestem niezwykle szczęśliwa, że mogę bezproblemowo korzystać z obfitości mojej szafy (tak, jestem kobietą, która ma się w co ubrać!). Na festynie siedzę na trybunach, wieje wiatr, świeci słońce, włosy jaśnieją...
Na obiad robię pizzę. A później siadam na fotelu bujanym i słucham Borysa Szyca tak cudownie i ze swadą czytającego audiobooka. O fatalnym i przegranym meczu naszej reprezentacji w siatkarskiej Lidze Światowej nawet nie wspominam. Przed nami ostatni tydzień nauki w tym roku szkolnym. Tak szybko minął...

168/365

Śpię długo, bardzo długo. A zanim wstanę oglądam pozostałe odcinki najnowszego "Orange". Pada, wieje, zimno więc na obiad robię ulubione wszystkich naleśniki z serem i truskawkami. Na deser zjadamy resztę czwartkowych lodów, chociaż upiekłam też placek drożdżowy z rabarbarem i truskawkimi. Wieczorem znów wzruszam się na moim ulubionym filmie. A przed snem włączam idealną na smutki lekturę:)

167/365

Na piątek zaplanowałam pieczenie chleba i wyjazd do pracy. Na chwilę. Z chwili zrobiły się cztery godziny a zapisane sprawy związane z ośmiotysięcznikiem sprawiły, jakby szczyt jeszcze się wypiętrzył. Tyle trzeba dopilnować, tyle załatwić. Pan K. zajadał się moim sernikiem. Podziękował za chleb. Mam wrażenie, że tak po ludzku nawet mnie lubi:) Przed snem duża porcja "Orange...". To nie jest najlepszy sezon ale spotkanie z niektórymi bohaterkami - dobre i wzruszające.

166/365

Wstaję wcześnie, piekę sernik z truskawkami i kruszonką. Robię lody z pieczonych truskawek, z dodatkiem balsamico i czarnego pieprzu. I jeszcze surówkę do obiadu, i obiad z udziałem bobu i pesto. Przyjeżdża mama, chwali obiad, sernik i lody. A ja czuję, że naprawdę lubię karmić ludzi, że tego czasu spędzonego w kuchni nie umiałabym uznać za stracony. Taki dzień bez trosk, bez chmur...

169.2017

18/06 - prawie cały dzień oglądałam 9 i 10 sezon Teorii wielkiego podrywu.
           Uwielbiam ten serial. Gwarantuje mi taki relaks i odprężenie, jak kilka
           godzin w SPA :)
         
           Zrobiliśmy z synem nr2 żeberka po amerykańsku wg przepisu pani
           Katarzyny Pospieszyńskiej. Receptura hołubiona jest przez całą rodzinę
           i przyjaciół :))) I niestety, 1 kg mięsa jest na raz !

          Wieczorem nowa seria 1/6x4. W konfrontacji z innymi biegaczami jestem
          żółwiem. No tak, przygnębiło mnie to. Ego cierpi :)

168.2017

17/06 - pomalowałam rano włosy. Na opakowaniu jasny blond, na moich
           złotawo-zielone :) ale i tak jestem zadowolona :)
       
           Syn nr2 zrobił zupę pomidorową, sałatkę jarzynową (wykorzystanie
           warzyw z wywaru !:)) i pizzę ! Wobec mojego lęku przed ciastem drożdżowe,
           testowaliśmy gotowy, surowy podkład. To średni pomysł. Wyszła podeszwa...
           Ale i tak gorszy jest fakt, że wszystkiego próbuję i nie bardzo idzie to
           w parze z Vitalią :) za to okazuje się znienacka, że syn nr2 jest utalentowany
           kulinarnie, czego żadne z nas się nie spodziewało :))

           Wieczorem pojechałam do rodziców. Oparłyśmy się z mamą o komodę
           i patrzyłyśmy na nasze odbicia w lustrze. Mama powiedziała do mnie:
           zobacz, tak będziesz kiedyś wyglądała...
           Odparłam, że całkiem przyzwoicie :)
           To kolejny moment, w którym nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a ja czuję,
           że on jest dla mnie cenny, ważny, w jakiś sposób tkliwy i bardzo osobisty.
           Ale też chcę go zapamiętać, dlatego o tym piszę.

niedziela, 18 czerwca 2017

167.2017

16/06 - piątek. Po pracy zabrałam mamę do miasta. Załatwiła planowaną
            od 2 miesięcy sprawę, zrobiła zakupy w Obi oraz w Leclerku, przy czym
            miałam dziką (i wredną) frajdę, gdy przekonała się jak to jest robić zakupy
            ze swojej listy. W połowie miała dość :P
            Usiadłyśmy też w kawiarni. Kawa i lody :)
            Wzruszam się, gdy o tym myślę. Niby nic, po prostu przyjemnie...

            Wieczorem spotkałam się z D. Wręczyłam mu 2 naleśniki i porcję degustacyjną
            sosu bolognese wykonane przez syna nr2 :)

piątek, 16 czerwca 2017

165/365

Jadę do ukochanej instytucji wyjaśnić wątpliwości dotyczące terminów przedstawionych w piśmie. W aucie dociera do mnie wiadomość z innej instytucji, oczywista i przewidywana, ale... akurat dziś? teraz? tak? Mam dość tej środy. Ustalam z panem K. nowy plan działania i czuję się jakbym stała u stóp ośmiotysięcznika. Po pracy jadę do pań księgowych. Godzina w ogrodzie i wychodzę jak ze SPA. Zaczynają się wolne dni:)

164/365

Wracam z pracy zmęczona, chociaż nie bardzo wiem czym konkretnie. Kładę się na chwilę i zasypiam na godzinę. Na obiad robię szybkie mini-klopsiki, sos pomidorowy i makaron. Jedziemy do pana K. Wracam wykończona i z ulgą zasypiam. Przed snem próbuję nie myśleć o konieczności poukładania nowej sytuacji. Ale trudno od tego uciec. Może dlatego śni mi się jakaś gra planszowa, na której myszki walczą o kawałek sera..?;)

166.2017

15/06 - Boże Ciało... w swym heretyckim nastawieniu skupiłam się na tym,
            jak wrócić do domu, by nie wpaść na którąś procesję z sześciu -
            w 53-tysięcznym mieście - kościołów.
         
            90% dnia spędziłam w pozycji horyzontalnej. Obejrzałam cały sezon
            "Ani" - mam mieszane uczucia; Ugotowanego, środek przedrzemałam,
            lecz ocena na filmwebie 6,6 wydaje mi się wygórowana, a przed snem
            Światło między oceanami... I ten film faktycznie mnie zaskoczył.
            Bradley Cooper i Michael Fassbender,  aktorzy - dla mnie - o zbliżonym
            typie urody i teoretycznie podobny target do obsadzenia. W tej konfrontacji
            umiejętności Coopera wyglądają co najmniej blado, za to Fassbender wzbudził
            moją ciekawość z domieszką sympatii - jaki z niego będzie Harry Hole :)
            notabene... Charlotte Gainsbourg ma zagrać Rakel... buuuu !

           Przeczłapałam też ostatnie 1/5x4, od niedzieli dochodzi kolejna minuta.
           A tak w ogóle sam się wymyślił sposób na głośnomówiącego sąsiada :)
           Po powrocie z biegania rozciągam się przy zagłuszających go dźwiękach :))


         


165.2017

14/06 - wyjechałam z pracy z godzinnym opóźnieniem, bo zjawił się po
            długiej nieobecności bhp-owiec. Nawet nie byłam zła :)
         
            Podjechałam do galerii, kupiłam nowy jack-jack. Na pytanie pana
            w sklepie (do czego mi ten kabel jest potrzebny, bo ten który przywiozłam
            na wzór jest od Xboksa)  odpowiedziałam, że do połączenia komórki
            z samochodem, żeby mi audiobook działał przez... ehmy... samochód :)
            I wówczas się dowiedziałam, że to właśnie jack-jack !
         
            Wpadłam do rodziców, gdzie było więcej z konwencji horroru niż happy...
            Tata w sklepie 2x zapłacił za te same zakupy, raz 61 zł, a drugi raz 38 zł.
            Rzeczy za 20 zł nie przyniósł, bo przy drugim płaceniu zabrakło mu pieniędzy.
            Ale, że nic nie pamięta, poza tym, że był w biedrze, to nawet w sklepie ciężko
            coś reklamować, bo na drugim paragonie nic nie jest stornowane.

            Wobec powyższego z pełną premedytacją pojechałam wieczorem do
            B i L opijać ich nowe auto i topić smutki w limonkowym Ballantines,
            obejrzawszy wcześniej ostatni odcinek "Opowieści podręcznej"
            i pierwszy Ani.

środa, 14 czerwca 2017

164.2017

13/06 - pomimo trzynastego, w pracy spokojnie :)
           Zrzuciłam sobie na telefon z cd "Mistrza i Małgorzatę" i słucham
           po raz trzeci. Ostatnio obejrzałam połowę Elegii, o której kiedyś
           opowiadała mi eM. Bohater filmu mówi: "Czy "Wojna i pokój" stała się
           inną książką, ponieważ ją przeczytaliśmy ? Oczywiście, że tak ! Ale
           dlaczego ? Bo wnosimy coś do niej. Wnosimy nas samych. Co więcej,
           czytamy książkę po 10 latach i znowu się zmieni, bo my się zmieniliśmy.
           Piękno jest w oku obserwatora." Nie wiem, czy książka się zmienia,
           mój odbiór i kontekst życiowy za każdym razem jest inny.
           W ramach lekcji gotowania syn nr2 wykonał sos bolognese z pieczarkami
           i mięsem wołowym, oraz ugotował makaron i zupę pieczarkową
           na wywarze warzywnym :) Bardzo był z siebie dumny :))
           Będąc z nim w kuchni powiedziałam, że kocham teraz moje życie.
           Jest takie jak chcę, spokojne i szczęśliwe...
           Wieczorem zaliczone 1/5x4 :D
         

wtorek, 13 czerwca 2017

163/365

Znów trochę łez. Niby godzę się z tym wszystkim co się dzieje ale nie wychodzi.
Poszłam do laboratorium zrobić badania. Wieczorem zalogowałam się, ściągnęłam wyniki badań (zachwycona faktem, że tak szybko, zdalnie i sprawnie) no cóż - wyniki mam rewelacyjne. I to jest bardzo dobra wiadomość, tym bardziej że czuje się rozgrzeszona z niedostatecznej - w moim mniemaniu - dbałości o zdrowie.
Wieczorem wróciłam do czytania o bibliotekarzach z Timbuktu. Ale wciąż łapałam się na tym, że myśli uciekają do pań Chmura, na Piaskową Górę, do Grażynki Rozpuch. Widać moje związanie z tymi książkami, tęsknota za opowieściami jest tak duża, że nie pozwala skupić się na nowej lekturze. Więc odpaliłam nowy sezon "Orange is the new black" i obejrzałam trzy odcinki.

163.2017

12/06 - człapiąc w niedzielę mówiłam synowi nr2, że muszę kupić sobie
           buty do biegania. Nie, że jakieś specjalistyczne, ale potrzebne mi nowe
           i lekkie. I oto nadeszła paczka od siostry a w niej sportowe buty
           w ilość 2 par, w tym jedne idealne :))) Ponadto sporo ubrań dla mnie,
           w tym jeansowa, poprzecierana kamizelka. Nigdy nie miałam czegoś
           takiego i poczułam się młodsza o jakieś 15 lat :D

poniedziałek, 12 czerwca 2017

162/365

Śpię bardzo długo. Piekę zaplecioną wieczorem chałkę. Dziecko wraca od babci i razem jemy śniadanie - ciepłe pieczywo z masłem i pieczonymi truskawkami (z balsamico i pieprzem). Później gramy w karty, leżymy na kocu, polewamy się wodą z węża. Słucham ostatnich już rozdziałów "Chmurdalii" i jednak lubię Jadzię, dość ambiwalentnie ale lubię i rozumiem, być może odnajduję w jej postaci sporo siebie (to chyba powinno mnie smucić?)... Wieczorem oglądam "Dziennik Bridget Jones" ale nawet to nie pomaga na narastające poczucie lęku przed poniedziałkiem, konfrontacji z pracową, codzienną rzeczywistością.
Wieczorem zaczęłam czytać "Hardkorowych bibliotekarzy z Timbuktu". Pochłaniam kolejne strony i wiem, czuję że muszę bardziej zgłębić tę niewiarygodną historię Timbuktu, miasta na pustyni, miasta genialnego i tak bardzo zaskakującego. Przypominam sobie to Timbuktu z "Na wpół..." i wiem, że teraz w świecie rozszalałych ideologii, zaślepionych ludzi wszystkie te opisy są już tak bardzo przebrzmiałe i nieaktualne...