piątek, 26 maja 2017

145/365

Rano zapięłam pasek na ostatnią (lub pierwszą - zależy jak patrzeć) dziurkę. Aż nie wierzę, kiedy patrzę na najbardziej wyraźny ślad zarysowany przez klamrę kilka centymetrów dalej... Po długiej walce udało mi się wgrać audiobooki do telefonu. Jak tylko włączyłam, usłyszałam melodyjny głos lektorki, to niemal rozpłakałam się z zachwytu. I do wieczora słuchałam "Piaskowej Góry", zauroczona, zaczarowana. Wydawało mi się, że to nie jest książka na audiobook, że słuchając traci się wiele z tej pięknej frazy. Tymczasem dopiero teraz odkrywam te piękne metafory, zaskakujące porównania a cała opowieść zyskuje inny wymiar. Bator jest mistrzynią opowieści, motania wątków, skoków w czasie. I znakomicie nad tym panuje. Jestem zachwycona i przeszczęśliwa, że te książki mam przy sobie:)
Na obiad pieczone warzywa, uwielbiam ten orzechowy smak selera, chrupiąca skórka na cząstkach ziemniaków i mizerię z jogurtem greckim:)

145.2017

25/05 - przyjechałam do pracy na 11-tą i wreszcie ogarnął mnie pracowity zapał !

           Chipsy z buraków na podwieczorek. Wyglądają fajnie, ale zdecydowanie
           sprzyja im towarzystwo sałaty, sera, nasion i sosu :) bo w takiej ilości solo,
           to zbyt wiele.



             Po pracy odebrałam od mamy sadzonki kobei. Wobec wzmożonej obecności
             taty w łazience, przelewającego (hekto)litry wody podczas kilku porannych
             pryszniców i wielokrotnego lub długotrwałego wykonywania tych samych
             czynności (np. 40 min myje pędzel do golenia przy ciągłym strumieniu wody :/)
             mama stwierdziła, że wody na podlewanie kwiatów marnowała nie będzie,
             bo faktury z wodociągów już teraz są imponujące. Plus dla mnie taki, że
             zyskałam 15 sadzonek, a z moich 12 własnoręcznie wysianych, uchowały się trzy !

             Dzień przed czasem podarowałam mamie kupione w Rossmanie  maski.

             Skończyłam słuchać "Chmurdalię". Tęsknię za bohaterkami i najchętniej
             zaczęłabym słuchać od początku !
             Rozważałam wydanie punktu w Audiotece na  "Chatę" i jednak faktycznie,
             szkoda go :) Zwłaszcza, że zaplanowałam sobie z subskrypcji to.
             Znalazłam pdf "Chaty". 1/3 za mną.
             A wieczorem... tak, poszłam biegać :)

czwartek, 25 maja 2017

144.2017

24/05 - w pracy spokojnie. Przesłuchałam darmowy fragment Chaty. Gorliwie
            zalecał mi przeczytanie rozmodlony mąż szefowej z br2.  I chyba przez
            przekorę kupię z subskrypcji, by zapoznać się z treścią, chociaż pomimo
            własnych braków w posługiwaniu się słowem, to wydaje mi się, że książka
            ta prezentuje literacko poziom równie denny jak "Shantaram", Pan Grey
            i saga o wampirach.
            W domu gotowałam na 2 następne dni, w tym smażyłam a potem piekłam
            kotlety z kaszy, zrobiłam surówkę z białej kapusty, chipsy buraczane i zapiekłam
            buraka z rabarbarem do sałatki. To wszystko podczas ostatnich niestety godzin
            "Chmurdalii". Zostały mi już tylko godzina :/
            Vitaliowy podwieczorek wbił mnie w kanapę :) Był to mus z wiśni i ananasa.
            Nie wiem co ja sobie wyobrażałam, ale na pewno nie tak wyrazisty, głęboki,
            cierpko-słodki, migdałowy smak ! Gdybym miała spróbować i zgadywać co to
            jest poległabym :)
           

144/365

Ech, kolejny nieszczególny dzień. Rano pozwoliłam nam długo spać, lubię bardzo tak zignorować budzik, odwrócić się na drugi bok i zasnąć na jeszcze dwie godziny. Odebrałam z poczty przesyłkę, a to oznacza obietnicę szybkiego spotkania z wytęsknionymi audiobookami. Chłopaki zrobili obiad! A także deser:)

środa, 24 maja 2017

143/365

Cały dzień ze łzami w oczach. To, co miało być łatwe - wcale takim nie jest. Niemoc i bezsilność, świadomość jak niewiele zależy ode mnie, nie pomaga. Nie pomaga też obwinianie się o złe decyzje sprzed miesięcy, lat. A jednak wciąż łapię się na myśleniu, że gdyby kiedyś, to... Bez sensu.
Pojechałam z G. na trening. Lubię patrzeć, jaką przyjemność sprawia mu gra w piłkę, jak bardzo angażuje się w treningi, przeżywa pochwały, analizuje. Może ta przygoda potrwa dłużej niż moja z gimnastyką artystyczną?;) W domu zrobiłam naleśniki. G. zjadł osiem. OSIEM! A później pojechaliśmy na wieczorną przejażdżkę do miasta, na lody do Kolorowej. Tym razem wzięłam jedną porcję podzieloną na dwa smaki: moje ulubione mascarpone z czarną porzeczką i marcepan z czekoladą. Obłędne! Pojechaliśmy jeszcze do pracy przygotować dokumenty, wymęczony G. zasnął pod biurkiem... A pan klient rozmyślił się i nie kupił auta, po które jechał 200 km. Do domu wróciliśmy przed północą. Taki to los.


wtorek, 23 maja 2017

143.2017

23/05 - w pracy spokojnie, w br2 dokończyłam miesiąc, została jedna firma :)
           Idąc do samochodu zadzwoniłam do syna nr1. Był już w znacznie lepszym
           nastroju, więc i mnie zrobiło się lżej, radośniej. Po powrocie do domu
           włączyłam audiobooka. Stałam przy kuchence, mieszałam pęczotto ze szparagami
           i łzy mi płynęły gdy słuchałam: Eulalia niezdarnie usiadła na ramie, ruszyli. 
           Tłum ludzi oblegał pociąg, z którego okna wyglądała twarz konsula Sugihary;
           wypisywał wizy, jeszcze gdy pociąg ruszył z dworca w Kownie, i ludzie biegli
           wzdłuż peronu, wyciągali ręce i krzyczeli swoje nazwiska z Krakowa, Wieliczki,
           Częstochowy, Radomska, Piotrkowa, Będzina, Izbicy. Eulalia Meisels zdyszana tak,
           że aż się popłakała, była jedną z ostatnich osób, które dostały pieczątkę od konsula
           Sugihary, ona i Leo Barron z Wieliczki, rowerzysta, który podrzucił ją na dworzec.
           Opisane w tych książkach losy wojenne, wywołują inny rodzaj emocji, niż np.
           fragmenty "Czasu honoru" - tam nie byłam w stanie zmierzyć się z obrazami.
           Tu - przeplatają się losy pokoleń - może dlatego jest czas na oddech... Ale czuję
           w kontekście tych okropieństw, walki o przetrwanie, jak dobre jest moje życie.
           Schodzę do ogródka, zachwycają mnie orliki, chabry górskie, łubin. Przed domem
           bratki aż kipią. Zdjęcia nawet w 1/10 nie oddają uroku tych kwiatów.

           A wieczorem po raz pierwszy tylko z psem poszłam biegać. Zaskoczona jestem,
           że gdzieś w połowie odnajduję swój rytm, a najprzyjemniejsze, najmniej męczące
           było ostatnie powtórzenie !








142.2017

22/05 - jedyne słowa jakie mi się cisną to zmęczenie, irytacja, rozdrażnienie.
          Praca, br2, chwila na poczcie, u rodziców, wieczorem do B. i L.
          W międzyczasie syn nr2 skosił trawnik, przy czym chyba spalił silnik
          kosiarki. Na tekst: oj tam, stara była... - krew nie zalała.
       
          Wieczorny spacer z psem i synem. Dowiedziałam się w końcu powodu
          tak szybkiego powrotu z Kordowiady. Spodziewała się, że może zaboleć
          mnie serce i tak się stało, chociaż przyczyna była inna niż myślałam.
          Ale fakt, że ta zieleń zupełnie bez związku podnosi mnie na duchu.



142/365

Bardzo chciałabym móc napisać coś dobrego o tym dniu. I szukam, szukam, szukam. Był męczący, nijaki, a kiedy przyszła wiadomość o śmierci Zbigniewa Wodeckiego - był po prostu smutny. Coś dobrego? Chyba tylko rano upieczony chleb, który zjadłam jeszcze ciepły, i który G. pałaszował z wyjątkowym apetytem.

Odszedł Zbigniew Wodecki. Nie spodziewałam się tego. Nawet po ostatnich, niepokojących wieściach ze szpitala byłam przekonana, że to chwilowy kryzys, że wyjdzie z tego. Bo przecież to był młody człowiek, artysta wciąż aktywny, wciąż koncertujący. Wciąż obecny... Nie byłam przekonana do niego w roli jurora TzG. Miałam wrażenie, że zdecydowanie jego światem jest scena, estrada, muzyka a nie taka statyczna rola. Za to kiedy słyszę ten melodyjny, wyjątkowy głos... te piosenki z tekstem, który ma sens, maluje obrazy, jest znakomitą liryką... tak trudno wybrać ulubioną, jedną. Z dzieciństwa pamiętam te poranki, kiedy z radia rozbrzmiewało "Zacznij od Bacha". Później, jako dorosła kobieta, jadąc do pracy wiele razy trafiałam na nią w radio. To chyba jedno z najpiękniejszych, najbardziej uśmiechających wprowadzeń w dzień powszedni...




poniedziałek, 22 maja 2017

141/365

Ponieważ pół soboty spędziłam na zajmowaniu się firmowymi sprawami uznałam, że w niedzielę będę robić nic. Obudziłam się o siódmej, wypiłam kawę, odczytałam ciepły list o świcie pozostawiony w skrzynce i dalej spałam do dziesiątej! Obudził mnie G. wpadając do domu i czule witając - jakie to jego stęsknione tulenie jest fajne:) Zjedliśmy śniadanie (resztkę pizzy od wczoraj), wstawiłam pranie i usiadłam na tarasie słuchając audiobooka, wystawiając twarz do słońca i pijąc wodę, w której - zamiast kostek lodu - pływały mrożone jeżyny:) Na obiad zrobiłam mój ulubiony zestaw na ciepłe dni: ziemniaki pieczone w ziołowej posypce z czosnkiem, marchew pieczoną z czarnuszką i rozmarynem, mizeria z koperkiem i sadzone jajka. Uwielbiam te pyszności!
A wieczorem uznaliśmy, że nasz trawnik woła o pomstę do nieba więc o 20:30 skosiliśmy trawę i wyrównaliśmy żywopłot.

140/365

Jak ja czekałam na ten dzień, w którym do oporu będę spać! I spałam do 9:30. Rano szybko upiekłam dwa małe chleby, zjadłam śniadanie i pojechaliśmy do pana K. Po drodze kupiłam małe pączuszki z nadzieniem serowym, żeby tak nie siedzieć tylko  przy kawie. Nie wiem, czy te wizyty, rozmowy działają uspokajająco - jakoś czuję, że ktoś kompetentny czuwa nad moimi sprawami, nad tymi procesami, które są mi tak bardzo obce,
W drodze powrotnej zamówiliśmy pizzę, pojechaliśmy po mamę (była na wycieczce z kołem emerytów;P) i razem wróciliśmy do domu. G. postanowił spać u babci więc cały wieczór mieliśmy wolny. I spędziliśmy go na oglądaniu durnych komedii, ale chyba na coś bardziej ambitnego czy wymagającego po prostu nie mieliśmy siły.